wtorek, 31 marca 2015

Od Katherine

Mijały tygodnie a ja byłam w coraz gorszym stanie. Zaczynałam zapominać co miałam zrobić na przykład szłam dziś po schodach na górę a jak weszłam zapomniałam po co szłam. A po co szłam? Nadal nie pamiętam.
Miałam ludzkich 26 lat a wyglądałam na 36. Nie było tak źle mimo iż wydawałam co parę dni kasę na kosmetyczkę i fryzjerkę. Włosy siwe wyłaziły spod farby a zmarszczki pojawiające sie na moim ciele nie dawały mi spokoju.
Poszłam z Alanem na plac zabaw. Za tydzień "kończy 5 lat". Była bardzo inteligentny jak na swój wiek.
-Mamo zobacz!-zawołał i zjechał ze zjeżdżalni.
-Super! Też mogę?
-No pewnie!
Wstałam i dla zabawy podeszłam do zjeżdżalni. Już miałam wejść po drabinkach kiedy poczułam ucisk w klatce piersiowej i ostry ból.
-Mamo?-usłyszałam.
Nie mogłam oddychać. Serce biło mi bardzo szybko i czułam sie tak jakby zaraz miało mi wyskoczyć.
Nie pamiętam za bardzo co sie działo potem.


****

Obudziłam sie w szpitalu. Znowu. Obok mnie był oczywiście Nathan.
-Co sie stało?
-Miałaś zawał.
-Co z Alanem?
-Nic mu nie jest. Mamy cudownego synka. Sam zadzwonił z twojego telefonu na pogotowie. Gdyby nie on umarłabyś.
-A gdzie jest teraz?
-W domu z Damonem i Allie.
-To dobrze. Boli..
-Wiem to normalnie ale spokojnie nie możesz sie denerwować. Lekarz mówił że był to poważny zawał. Jeśli nie będziesz ostrożna i będziesz sie przemęczać twoje serce może nie wytrzymać kolejnego zawału.
-Same ze mną problemy?
-I tak cie kocham.
-Gdzie Valentina?
-Siedziała z tobą parę godzin a teraz wysłałem ja by sie nakarmiła. Jest strasznie zmęczona musiała długo nie karmić się.
-Obiecaj mi coś.
-Wszystko.
-Jak mnie już nie będzie.. zaopiekuj sie jak najlepiej umiesz Alanem i Valentiną. Val może i udaje twardą sztukę która nie potrzebuje opieki i wsparcia jednak tak nie jest. To moja mała córeczka.
-Nawet nie mów że ciebie nie będzie. Będziesz żyła.
-Nathan wiesz jaka jest prawda. Ja umieram.
-Nie mów tak.
-Taka jest prawda.-zakasłałam.
-Nie. Będziesz żyła długo!
-Nathan..
-Nie! Rozumiesz? Będziesz żyła bardzo długo.
-Już przeżyłam nawet za długo. Jestem zmęczona..
-Kat..
-Proszę obiecaj mi.
-Ale..
-Proszę.
Spojrzał sie na mnie a w jego oczach widziałam głęboki ból.
-Obiecuję.
-Przypilnuj by nasze dzieci stały się dobrymi osobami.
Zasnęłam.


********************Od Valentiny*****************


Było mi bardzo szkoda Katheriny. Umierała, z dnia na dzień była bliżej tamtej strony. Nie po to ja odnalazłam by umarła. Postanowiłam że znajdę sposób by żyłą długo. Alan potrzebuje jej.
Może i chciałam na początku zrujnować jej życie.. ale do tego potrzebuje jej żywej.
Postanowiłam zacząć szukać od dziś. Na początku wybrałam sie do najlepszej w okolicy czarownicy. Oczywiście rasa czarownic nie przepada za wampirami i nie chętnie i bardzo rzadko z nimi współpracują ale jakoś ja przekonam.
-Moja matka umiera. -powiedziałam.-Była parę set lat wampirem a teraz jest znów człowiekiem i umiera. Jest sposób by żyła?
-Przykro mi ale nie pomogę.
-Dlaczego?!
-Taka jest kolej życia. Nikt nie powinien żyć wiecznie. Twoja matka przeżyła już za długo.
-Nie prowokuj. Nie jesteś niezastąpiona.
-Nic mi nie zrobisz.
-Zobaczymy.
Już ją miałam zaatakować kiedy nagle poczułam ostry ból w głowie. Jęknęłam i skuliłam się.
-Nie próbuj robić tego następnym razem.-odparła i wypchnęła mnie magia za drzwi.
-I tak cię dorwę! Albo mi pomożesz!-krzyknęłam.
Poszłam do lasu. Musiałam w końcu sie nakarmić. Byłam za słaba a musiałam mieć silę by uratować Kat.

Od Chrissy

   Po zajęciach na uczelni wróciłam szybko do domu. Christopha odebrałam z zerówki, nauczycielka podeszła do mnie jakaś nie w humorze. Ona zresztą zawsze taka była.
   Wyczułam jej zapach krwi. Zacisnęłam zęby i starałam się powstrzymać pragnienie. Gdy byłam blisko człowieka od razu pojawiało się pragnienie. Na uczelni prawie zaatakowałam wykładowcę.
-Proszę pani... em...-Przeczesała swoją długą blond grzywkę.
-Słucham.-Uśmiechnęłam się.
-Pani syn sprawia wiele problemów...
-Problemów.-Powtórzyłam, dalej się uśmiechając.
   Nauczycielka była bardzo młoda, nie raz słyszałam, jak wydziera się na dzieci.
   Mój syn podszedł do mnie gotowy do wyjścia, pokazał pani język a ja zaraz go skarciłam. Zignorowałam młodą dziewczynę i poszłam do nowego samochodu. Musiałam zakupić nowy, bo nie miałabym jak dojeżdżać do uczelni w Seattle. Kosztował fortunę, ale musiałam mieć dosyć wytrzymałe i szybkie auto.
-Co znowu źrobiłem?-Spytał Chris robiąc słodkie oczka.
-Na mnie to nie działa.-Roześmiałam się.
   Zapięłam mu pasy z tyłu i usiadłam za kierownicą. Miałam nie jeździć... Ale nie bardzo obchodziło mnie to co mówiła Lili.
   Zadzwonił mój telefon, którego nigdzie nie mogłam znaleźć. Szukałam go w stercie papierów na przednim siedzeniu obok, ale nic nie znalazłam. Dzwonił kolejny raz, zajrzałam pod siedzenie i przypadkowo nogą nacisnęłam klakson.
   Kobieta która przechodziła przede mną pokręciła wystraszona głową, a gdy ja znalazłam wreszcie telefon wyprostowałam się i uderzyłam głową o dach samochodu. Za bardzo odskoczyłam do góry. Odebrałam telefon.
-Auć...-Szepnęłam.-Słucham...
-No, nareszcie odebrałaś!-Westchnęła Allie.-Ja biorę ślub, co z tobą?!-Zaświergotała.
-Oj, ale współczuje Dantemu...-Zaśmiałam się.
-Mamo, jedziemy? Głodny jestem.
-Tak, za chwilę.
   Nie rozmawiałam przez telefon jadąc samochodem. Byłam ostrożniejsza i korzystałam z tego, że Riley jest zamknięty u łowców. Oby tak zostało. Jak wyjdzie... po mnie. A nie chcę przed nim uciekać.
-No... Jestem u Woodów. Wiesz, że Sophie nie żyje?
-Słyszałam od Elise.-Chrząknęłam.-No i co ja mam zrobić Allie? Dzwonisz na pewno w jakimś konkretnym celu.
-Ach! Tak,tak. Elise namawia mnie na kupno odjazdowej sukienki, pojedziesz z nami?
-Dzisiaj?
-No!
-Nie dam rady... Przepraszam... Mam Chrisa na głowie, muszę zrobić obiad... pouczyć się na egzamin...
-Jesteś pół wampirem, zrobisz to w zaskakującym tempie.
-Właściwie to nie bardzo. Nie mogę z nich korzystać po ostatnim wypadku. Udaję człowieka. Co jest najlepsze? Nie mogę opanować się przed krwią ludzką. Chris jest hybrydą, więc nie pragnę jego krwi... na szczęście...
-No weź!- poprosiła Allie.
-Nie mogę, chciałabym. Muszę lecieć, Chris głoduje. Cześć.
 
   W domu zrobiłam mu spaghetti. Stałam się mistrzem kuchni. Chris uwielbiał jak gotowałam. Kiedy jadł ja poszłam do samochodu na szybko używając wampirzego tempa. Bałam się na sekundę zostawić Chrisa samego. Przecież ma tylko sześć lat...
   Byłam przewrażliwiona na tym punkcie.
   Gdy wróciłam z papierami ze studiów, z zeszytami... Chris kończył jeść. Lubił się ''modlić'' nad jedzeniem godzinami.
-Mamo kup mi psa.- poprosił.
-Psa?- zdziwiłam się. - A co cię naszło na psa?
-Bo lubię psy.
   Westchnęłam i gdy odłożyłam papiery mój syn zdjął swoją bluzę i wtedy zobaczyłam odciski, jakby siniaki, ktoś go mocno ścisnął. Zaskoczona i przerażona kucnęłam przed nim i spojrzałam na to.
-Kto ci to zrobił?
-A to? Em... Kolega.
-Aha... Kolega? Wydaje mi się, że to ktoś inny.
-Nie, no mówię ci, że kolega. - poszedł do swojego pokoju a ja byłam załamana.
   Kto mu to zrobił? Miałam ochotę zamordować tą osobę.
   No i Allie będzie na mnie zła, olałam sprawę z jej wybieraniem sukni. Ale po prostu nie miałam jak. Byłam jej druhną... Musiałam się po prostu zająć synem i nauką.
   Do domu usłyszałam pukanie. Ślizgnęłam się na parkiecie i doleciałam prosto do drzwi.
-Dante? Allie nie ma...
-Ja do ciebie smarkulo. - zaśmiał się.
-W takim razie wejdź.
-Czuję jaka jesteś słaba... Cholera, co się z tobą stało?
-Dziecko, uczelnia...
-Nie wykręcaj się. Słyszałem od Allie jak mówiła, że wilczek wrócił. Dałaś mu popalić?
-Za bardzo nie miałam jak. Straszył, że zabije Chrisa... Damon go zamknął u łowców. Na razie jestem bezpieczna.
-Moja narzeczona skarży się na to, że masz ją gdzieś.
-Nie mam, zrozum... od jakiegoś czasu nie mogę pogodzić uczelni z opieką nad Christophem.
-Na dodatek ten wypadek...- dodał z uśmiechem.
-Skąd ty to wiesz?! A... Allie...
-Dobrze mieć wszystko wiedzącą narzeczoną.
   Pokręciłam głową zaskoczona zachowaniem Allie. Rozpowiada na lewo i prawo to wszystko.
-Ale widzę te zadrapania. Przecież jesteś pół wampirem, powinno ci szybko znikać.
-Moją większą częścią jest człowiek. Po wypadku wszystko się zmieniło... Jestem słabsza... Ale dwa lata dawałam radę to teraz też muszę.
   Jasne... Wmawiaj sobie bajkę.
   I tak niedługo zdechnę.

Od Ethana

- No patrz co ty mu mamy? Konik!! Pięknie! - zaśpiewała Elise całując moją córkę w głowę.
Z Aybige byliśmy już miesiąc w domu. Mała rosła jak na drożdżach. Wciąż nosiłem żałobę, po Sophie. Wyprawiliśmy jej skromny pogrzeb, tylko dla najbliższej rodziny.
Często wpadała tu jej starsza siostra, Julie, ale naprawdę rzadko.Teraz poza jej własnymi dziećmi i mężem, Aybige była jej jedyną rodziną.
 Cała rodzina wręcz dostała fioła na punkcie mojej córki. Czasami śmiałem się, że ja jako ojciec spędzałem z nią najmniej czasu. Emilie i Elise wprost ją uwielbiały, a Nathan i Dante też za nią przepadali.
Niestety, z moim młodszym bratem, ostatnimi czasy było krucho.. Było widać, jak bardzo martwi się o swojego syna i Katherine.  
Teraz też oddał Alana, pod opiekę "babci".
  Elise dalej bawiła się z małą.

http://media.tumblr.com/d73b59dfdc5b7da5ad5f16494ba3364b/tumblr_inline_mnzzwcjOLi1qz4rgp.gif
- Zostaw już to biedne dziecko, nic ci nie zawiniła - roześmiałem się.
- Miły jesteś - zauważyła siostra sarkastycznie, jednak posłusznie położyła Aybige obok Alana.
- Ładna pogoda - zauważyłem - Może wyszlibyśmy potem małej porobić zdjęcia?
-Dobra myśl! - rzuciła Elise i pobiegła na górę szykować ubranka.
Przewróciłem oczami i przykucnąłem przy dzieciach.
- Co tam robicie łobuzy? - spytałem.
- Mośt budujemy! - odparł Alan plując się lekko.
Roześmiałem się i poczochrałem małego po włosach.
 O ile dzieci bawiły się przez chwilę w zgodzie, to już po chwili rozgorzała "awantura".
- Oddaj mi to! - krzyczał Alan, gdy Ay zabrała mu jakiegoś klocka. Mała jeszcze nie umiała mówić, więc tylko tymi małymi łapkami trzymała zabawkę.
Nie mogłem się na dziwić tej sile. Wyglądała jak paromiesięczne dziecko. Trochę się o nią martwiłem. Teraz rozumiałem troski Nathana i Kat.
- Ej, nie kłóćcie się - odparłem rozbawiony i oddałem klocka Alanowi - Kochanie, nie możesz zabierać kuzynowi zabawki. Masz swoje.
Aybige zrobiła minę, jakby się obraziła. Zaśmiałem się i wziąłem ją na rączki. To prawdziwa księżniczka.
Po chwili zeszła Elise z ubrankami. Ubrała ją i wyszliśmy na podwórkoo.


























poniedziałek, 30 marca 2015

Od Chrissy


  Siedziałam mu już trzy dni, a miałam być dwa. Denerwowało mnie to, coraz bardziej miałam dość tego miejsca. Gdy zjawił się Damon... zdziwiłam się. Patrzył na mnie zadowolony z siebie. Miał wielkie zadrapanie na policzku.
-Co ci się stało?
-Riley był troszkę zdenerwowany na mnie, że chcę go unieszkodliwić...
-Zabiłeś go?
-Powiedzmy.
-Co zrobiłeś?
-Dałem go tym idiotom z lasu.
-Nie zabili cię?
-Znają mnie, z Flynnem mam nie ciekawą przeszłość, zna mnie.
   Kiwnęłam głową. Na reszcie mam od niego spokój... No, jeśli nie ucieknie łowcom. Nie mają prawa trzymać wilkołaka i go zabić. Niedługo wyjdzie... lub nie.
-Zająć się młodym?
-Nie... Dziś wychodzę ze szpitala i muszę zabrać go do siebie. Nie wiesz gdzie jest teraz z Allie?
-Prawdopodobnie w domu Woodów.
-Em... Powinnam go odebrać...
-Zawiozę cię. Słyszałem jak Lili mówiła twojej mamie, żebyś pod żadnym pozorem nie wsiadała za kółko.
-I tak wsiądę.
   Po dwóch godzinach zahipnotyzowałam Lili by mnie wypisała. Wiedziałam jak bardzo będzie zła na mnie ale nie miałam wyjścia. Musiałam wyjść ze szpitala w końcu, kontynuować naukę i zająć się synem.
   Kiedy wyszłam ze szpitala zakręciło mi się w głowie. Damon cały czas powtarzał, że nie powinnam wychodzić ale i tak go nie słuchałam. Czułam się fatalnie. Spojrzałam na lusterko w samochodzie, miałam rozciętą dolną wargę z prawej strony, kilka zadrapań na szyi, parę siniaków na rękach. I zabandażowany brzuch.
-Głodna?-Spytał roześmiany Damon.
-Chcę widzieć Chrisa. -Odparłam wpatrując się w drogę.
   Wysiadłam z samochodu. Znów zakręciło mi się w głowie. Zapewniłam Damona, że dam radę. Christoph wyleciał z domu i przytulił mnie. Zatrzymałam powietrze w płucach by szybko zakryć grymas bólu.
-Cześć kochanie.-Powiedziałam słabo.
-Co ci jest mamo?
-Nic.-Zapewniłam synka.
   Allie dopadła mnie natychmiast z jakimś błyskiem w oku.
-Zgadnij zgadnij!!!-Pisnęła.
-No, co takiego?-Spytałam słabo się uśmiechając.
   Wyprostowała się, odrzuciła blond włosy do tyłu i dumna pokazała mi dłoń. Palce, a raczej pierścionek.
-Oświadczył mi się!-Zaśmiała się i uściskała mnie skacząc.
-Za mocno...-Szepnęłam jej na ucho a ona syknęła.
-Przepraszam!Jedź do domu, pewnie jesteś zmęczona...
-Trzy dni leżenia w szpitalu i mam jeszcze odpoczywać w domu jak jakieś krówsko, żartujesz sobie.
   Zaśmiała się. Damon został bo był tu Nathan. Coś z Kat... Martwiłam się, tylko jak powiedziałam, że nie odezwę się do niej by była szczęśliwsza... tak będzie. Nie chciałam nic więcej psuć.
   W domu Chrisowi zachciało się jakiegoś wielkiego plakatu na ścianie. Obiecałam mu, że to zawieszę jeszcze dziś. Jednak miałam zamiar zrobić to wieczorem... byłam zbyt zmęczona, na dodatek ominęłam kolejne zajęcia. Nie miałam z kim zostawić Christopha na dzisiaj, Leon zniknął.

Od Katherine


**************Oczami Valentine********************



Gdyby nie Leo umarłabym przez to coś jednak to on sprawił że ta kapsułka z werbeną dostała sie do mojego ciała. Kiedy wyszedł byłam zaskoczona. Dlaczego mi pomógł? Przecież zabiłam jego kolegę! Jednak był to gest obronny. Polowałam kiedy akurat on sie natrafił. Wycelował we mnie i strzelił jednak ja zrobiłam unik po czym go zaatakowałam. Może nie potrzebnie pozbawiałam go życia jednak to on pierwszy chciał pozbawić go mnie! Więc to nie ja zaczęłam.
Wstałam i zeszłam na dół. W salonie nalałam sobie whisky i napiłam się. Przez postrzał Leo straciłam siły i nakarmienie się tamtym chłopakiem było daremne. Znów czułam głód. Przewróciła moczami. Chyba bezpieczniej będzie napić sie z torebki. Aż sie skwasiła mną tę myśl.
Do domu weszła Kat z narzeczonym i Alankiem.
-O jesteś w domu.. jejku co sie stało?-zapytała Kat na widok mojej zakrwawionej koszulki.
-Mały wypadek w czasie polowania. Ci łowcy są nieznośni. Ale to pikuś. -odparłam idąc w kierunku schodów.
-Pijesz?!-oburzyła się znowu.
-Przypominam iż urodziłam sie 22 czerwca 1612 roku o oznacza iż mam 403 lat.
-To nie oznacza iż jako moja córka będziesz chodziła po domu pijana. Przypominam ci iz przestałaś sie starzeć mając prawie 17 lat.
-Nudzisz.-odparłam wchodząc po schodach i kierując się do mojego pokoju.
Wzięłam gorącą kąpiel, wyjęłam z szafy fajne ciuszki i czarne szpilki po czym je założyłam.. Umalowałam się ładnie i uczesałam a następnie wyszłam z domu nic nikomu nie mówiąc. Wybierałam sie na imprezę.


********************Oczami Katherine*******************


Kiedy uśpiłam Alanka poszłam do pokoju Val. Jednak jej nie było co szczerze mnie nie zdziwiło.
-Valentina znowu wyszła.-powiedziałam siadając obok Nathana w salonie.
-Same problemy z nią.-odparł.
-Jest nastolatką... z paroma setkami lat na karku ale jest nastolatką.
-To nie oznacza że może robić co chce. Nie tłumacz jej.
-Jest moja córką. Też taka byłam.
-Mam nadzieje że Alanek nie wrodzi sie z tym do ciebie.
-A ja mam podobnie. Mam nadzieje że nie odziedziczy po tobie charakteru bo nie wiem czy ktoś z nim wytrzyma.
-Co masz na myśli?
-To ze wszystko chcesz mieć po swojemu i jak ktoś nie robi tego co chcesz to jesteś zły i pokazujesz humorki!
-Nie prawda..
-Wcale. Widzisz.. nawet jeden dzień nie może być bez kłótni.
-Teraz to z winy Valentiny.
-Nie. Ty tylko na to czekałeś.
-Kochanie proszę..
Wystałam i poszłam na taras. Jednak nawet nie doszłam do drzwi a zemdlałam.

***

Ocknęłam sie w szpitalu. Byłam podłączona pod kroplówkę i coś jeszcze.
-Nathan?-zapytałam.
-Tak kochanie?
-Co sie stało?
-Jesteś coraz bardziej słaba.
-Co to oznacza?
Milczał.
-Powiedz!
-Zawołam Roberta.-powiedział.
Robert był lekarzem który wiedział o wampirach i nie tylko. Kiedy przyszedł miał na twarzy wymalowany smutek.
-Robert co mi dolega?
-Wiesz o tym że stajać sie człowiekiem osłabłaś a ciąża z wampirem pogorszyła twój stan. Mówiliśmy ci ze poród to nie najlepsze wyjście. Krew wilkołaków opuściła twój organizm juz dawno temu a teraz on po prostu nie daje rady.
-Do rzeczy.
-Nie wiem ile jeszcze tak pociągniesz.
-Umrę?
-Nie jestem pewny.
-W procentach.
-Na 98% tak.
-98% ze umrę? Zawsze zostają te 2 %. Jak już to ile czasu mi zostało?
-Nie wiem... musisz sie oszczędzać, pilnować diety i musisz brać leki. Twój organizm zachowuje sie jak organizm 90 letniej kobiety.
-Jednak tryskam energią.
-Pozostałość po byciu wampirem. Znam jeden przypadek kiedy wampir stał sie znowu człowiekiem. Umarł on parę miesięcy po ponownej przemienię w człowieka. Także miał podobny wiek co ty. Po prostu twój organizm sie starzeje bardzo szybko, krew wilkołaka musiała to spowolnić. Jednak to nie jest lekarstwo i nie podziała na dłuższą metę.
-Dziękuję Robercie.
Zostawił mnie z narzeczonym samą.
-Będziesz mnie kochał nawet jak osiwieje i dostane zmarszczek?
-Nawet wtedy będę cie kochał. Dla mnie zawsze będziesz piękna.


***

Minął tydzień od tamtego czasu. Tak jak mówił lekarz moje ciało zaczęło sie widocznie starzeć. Pojawiły sie pierwsze siwe włosy. Farbowałam je a na skórę nakładałam różne preparaty przeciwzmarszczkowe. Dam radę! 

Od Chrissy

 ***Oczami Leona***

  Siedziałem w lesie z chłopakami. Była noc, moja siostra nie wracała. Nagle usłyszałem strzał. Zerwałem się na równe nogi i dobiegłem do miejsca... gdzie leżał martwy Marcus. Wiedziałem, czyja to sprawka. Czułem jej zapach z ciała kolegi. Flynn zabrał go do szpitala. Ja szukałem Val. Nabiłem pistolet werbeną i szukałem dziewczyny. Gdy ją wyczułem, strzeliłem. Nie wiem czy chciała zaatakować, po prostu bez wahania werbena była w jej brzuchu. Rana po chwili zniknęła a w środku była fiolka z werbeną.
   Zaszokowana patrzyła na mnie.Zbliżyłem się do niej.
-Nie będziesz zabijać kogo ci się zachce.
   Dostałem telefon od mamy. Płakała.
-Co się dzieje?
-Chrissy... Miała wypadek... Poszła na salę ale...
-Co kurwa?-Wycedziłem i pojechałem tam.
   Wbiegłem do szpitala i mijałem lekarzy,pielęgniarki i pacjentów. Znalazłem mamę przy sali operacyjnej. Wyczuwałem od niej chłód, silniejszy niż powinna. Z twardą miną patrzyłem na zamknięte drzwi do sali.
-Co jej robią?-Spytała mama gdy pani doktor wyszła z sali.
-Chrissy jest w bardzo ciężkim stanie... Rany nie goją się tak jak powinny u wampira...
   Kolejna która wie o wampirach? Dajcie spokój.
-Lili, będzie wszystko dobrze, prawda?-Spytała szeptem matka.
-Powinna jutro się wybudzić. Ale trudno to powiedzieć. Odniosła wiele ran.

   Cholernie się martwiłem. Czekałem aż się wybudzi, olałem szkołę, treningi, wszystkie inne obowiązki. Kazałem Allie pilnować Christopha. Zabrała go wraz z El do domu Woodów. Elise wiedziała co się stało. Na milion procent Allie wygadała to Dantemu,Elise,Emilie i reszcie świata.
   Nie obchodziło mnie nic.
   Zdałem sobie sprawę, co zrobiłem Valentinie. Musiałem ją znaleźć. Nie było to trudne, od razu wyczułem jej zapach. Była w domu Kat. Wszedłem tam bez pukania, Val była sama. Miałem przy sobie przyrząd do wyciągania takich trucizn, wziąłem to po drodze. Dziewczyna stanęła w drzwiach i gdy miała się na mnie rzucić, wysunęła kły w geście obronnym ja podniosłem rękę do góry z przyrządem. Małym pistolecikiem.
-Nie chcesz żebym ci to wyjął?
-To jest we mnie kretynie!
-Dzięki temu - wskazałem na przyrząd - uratuję ci życie. Siadaj.-Nakazałem.
   Wykonała moje polecenie nieufnie patrząc mi w oczy. Wyciąganie trucizny i małej fiolki zajęło mi sporo czasu. Ok. dwóch godzin. Nie byłem perfekcjonistą, ale tutaj musiałem być ostrożny. Wyszedłem nie zwracając na nią uwagi. Nie powinienem wyżywać się na niej.

***Od Chrissy***

   Głowa mnie bolała. Wszystko mnie bolało. Kręciło mi się w głowie, czułam się strasznie. Gorzej niż przedtem. Lilianna weszła do mnie trzymając kartę badań i pytała o podstawowe rzeczy.
-Cieszę się, że się wybudziłaś, tak jak przypuszczałam. Powiedz coś Chrissy.-Poprosiła.-Jak się czujesz?
-Źle.-Mruknęłam.
-Nie masz złamań. Ciesz się swoją połówką wampira... Jedna z ran miała ślad, to był kołek. Kto ci to zrobił?
-Nie domyślasz się, Lili?-Chrząknęłam by nie brzmieć jakbym miała chore gardło.
-Nie mów mi, że to Riley.
   Milczałam, a ona zła podeszła do drzwi.
-Obiecasz mi, że nikomu o tym nie powiesz. Nikt ze sfory ma nie wiedzieć.
-On cie zabije...
-Dawno na to zasłużyłam. Jeśli dowie sie że komuś o tym powiedziałam to zabije Christopha.
   Ominęła temat. Wróciła do mnie czekając na kolejne pytanie.
-Kiedy będę mogła wyjść?
-Za dwa dni. Na ten czas będę cię nadzorować.
   Gdy wyszła wleciał na salę Christoph.Położył się koło mnie uważając, by nie zrobić mi krzywdy. Uśmiechnęłam się i przytuliłam go chociaż było mi trudno poruszać czymkolwiek. Może nie wytrzymam... i umrę? Riley wtedy będzie zadowolony a Chrisowi nic się nie stanie...

Od Ethana

 Wracaliśmy już do domu. Sophie było naprawdę przykro. Opuszczaliśmy Kair z mieszanymi uczuciami. Ja też się tu dobrze bawiłem..
 Siedziałem z Sophie na tyle. Samochód prowadził egipski kierowca. Zapadała już noc, a my wjechaliśmy w totalne zadupie.  W pewnej chwili samochodem zaczęło strasznie trząść.
- Co się dzieje? - spytała zdezorientowana Sophie, budząc się ze snu.
Wychyliłem się przed siedzenie i spytałem kierowcy o to samo.
-Vous avez un problème? - powiedziałem po francusku, ponieważ facet dobrze znał ten język.
Mężczyzna zrobił tylko dziwny gest i nagle silnik zgasł.
Zapadła cisza. Sophie się do mnie przytuliła. Wiedziałem, że jeśli nie ma ogrzewania, to zaraz i kierowca i Sophie odczują na sobie niewyobrażalny chłód pustyni. O czarnego się nie martwiłem... Ale Sophie? Potrzebowała ciepła... 
Szybko wysiadłem. Postanowiłem zachować dziwną krew. Facet tylko chodził w kółko i klął po arabsku. Myślał, chyba, że nie zrozumiem, ale nie bardzo mnie to interesowało. Najpierw w bagażniku udało mi się odszukać ciepły koc dla Sophie. Opatuliłem ją nim i pocałowałem w czoło.
- Zaraz wrócę - szepnąłem.
Kierowca wrócił do samochodu, tak mu było zimno. Ja też musiałem zgrywać jakieś pozory, więc chodziłem obejmując się ściśle rękoma i udając, że zamarzam.
- Ethan! - zawołała przez okno Sophie.
- Zaraz wrócę! - uciszyłem ją i otworzyłem maskę.
Z środka dobiegały jakieś dziwne odgłosy. Po chwili znów rozległ się przerażony okrzyk Sophie.
Do głowy wpadły mi różne czarne myśli. Że czarny sobie za dużo pozwolił i się do niej dobiera. Czym prędzej zamknąłem maskę i pobiegłem do samochodu.
 Całe szczęście,  gościu nawet jej nie dotykał.
Ale był inny problem... 
Zatrzymałem się przerażony, patrząc na pozę Sophie i jej rozchylone nogi.
- Tylko nie to... - pokręciłem przerażony głową.
- Ethan, ja rodzę! - krzyknęła przerażona - To dopiero 6 miesiąc, on nie przeżyje! 
Znieruchomiały stałem i nie ruszałem się. Kierowca niespodziewanie krzyknął po angielsku.
- Zrób pan coś, a nie stoisz jak widły w gnoju!
W normalnej sytuacji parsknąłbym śmiechem, ale w tej chwili nie było mi wesoło. Słowa  tego gościa odrobinę przywołały mnie do rzeczywistości.
- Są tu jakieś domy?
- Parę kilometrów stąd panie! - odparł ten.
Złapałem się za głowę.

- Dobra... Siedź tu z nią.
- Nie zdążysz człowieku! 
Jednak już go nie słuchałem. Parę metrów przebiegłem  ludzkim tempem. A gdy mgła mnie zakryła... Pobiegłem normalnie.
Chwile potem byłem w wiosce. 
Szukałem jakiegoś szpitala czy coś. Znalazłem małą, osiedlową klinikę, która przypominała bardziej szopę. Jednak nie było czasu. W środku zastałem energiczną kobietę po czterdziestce.
- Co się stało? - spytała, gdy tylko mnie zobaczyła. Na szczęście znała angielski.
- Moja... żona rodzi... - wydusiłem szybko.
- Gdzie jest? - lekarka spoważniała i zaczęła jej szukać za mną.
- Właśnie o to chodzi, że nasz samochód utknął na drodze za wioską! - wydusiłem.
- Prędko - odparła i porywając torbę w biegu pobiegła za mną.
Na szczęście miała samochód. Gdy pojechaliśmy, dokładnie ją kierowałem.  W tej chwili błogosławiłem wampirzą orientację w terenie.
 Dojechaliśmy po paru minutach. Samochód, mimo mgły, zauważyłem z daleka. Reflektory jeepa pani doktor oświetliły dokładnie nasze auto i wnętrze tego co się w nim działo. Kierowca pochylał się nad Sophie i coś do niej powoli mówił.
 Lekarka wysiadła od razu. Natychmiast podbiegła do Sophie.
- W samą porę - rzuciła i zaczęła wyciągać narzędzia.
Odszedłem na bok, zaszokowany tym co się dzieje. 
Dziesięć minut potem ciszę nocną przerwał płacz małej istotki.
Niedowierzając podszedłem do samochodu.
Sophie, bardzo wyczerpana uśmiechała się promiennie do białego zawiniątka na jej brzuchu.
- Mamy córeczkę - wyszeptała.
- Gratuluję panu - uśmiechnęła się do mnie - Jak ją nazwiecie?
Popatrzyliśmy po sobie.
-  Sophie, masz jakiś pomysł? - spytałem.
Moja małżonka westchnęła.
- Sądzę, że pani doktor powinna ją nazwać.. - wyszeptała.
- Ja? - spytała zdziwiona lekarka. 
Obaj pokiwaliśmy głowami. To fakt. Gdyby nie ona...
Kobieta pochyliła się nad zawiniątkiem i wyszeptała.
- Jesteś tak śliczna jak kwiat róży... Chciałbym ci nadać imię Aybige. 
Uśmiechnąłem się szeroko i wziąłem małą na ręce.
Pasowało jej to...
Zerknąłem na Sophie, oczekując od niej opinii na temat nowego imienia i zamarłem..
Nie ruszała się i nie oddychała. Uśmiechała się lekko z zamkniętymi oczyma.
Jej serce też nie biło...
Przerażony oddałem Aybige kierowcy pochyliłem się nad Sophie.
- Coś nie tak? - zareagowała szybko lekarka.
- Ona.. Nie żyje - wykrztusiłem. 
- Jak to nie żyje?! - spytała poddenerwowana pani doktor i przystawiła ucho do jej klatki piersiowej. 
Przez następną godzinę nawzajem reanimowaliśmy moją żonę.
Niestety nic nie pomogło.
Kolejny raz Bóg na moich oczach zabrał życie... i dał nowe.

Od Chrissy

***Oczami Leona***

   Wiedziałem, że moja siostra ma jakieś problemy.Słyszałem jak płakała gdy wchodziłem do domu, jednak gdy się zjawiłem w holu ona wampirzym tempem uciekła do pokoju i zamknęła się tam. Chciałbym z nią porozmawiać, podejrzewałem, że nic mi nie będzie w stanie wyjawić. Starałbym się jej pomóc, przecież to moja siostra. 
   Łowy zaczęły się dzisiaj. Moja grupa chodziła po lesie i patrolowała teren. Nie wiedzieli, że mam siostrę wampira, gdyby wiedzieli... zabraliby ją. Oczywiście stawiłbym się im ale ich jest więcej. Zatrzymaliby mnie. Nie mogli się dowiedzieć o Chrissy, wtedy będzie przeżywała piekło. A łowcy po ostatniej akcji z pierwotnymi pomnożyli swoje siły razy miliard i w Forks i za miastem, jest naszych grup pięć w każdej piętnaście osób. Są ostrożniejsi i lepsi, martwiłem się o Chrissy.Jednak trudno przewidzieć to, jak zareagują na połówkę wampira i człowieka. Mogą ją wypuścić, ale też zatrzymać i wykańczać. Nie mógłbym na to bezczynnie patrzeć. 
   Wieczorem przyszedłem z imprezy, nie piłem ani nie paliłem. Od kiedy Chrissy pilnuje mnie bym do domu przychodził ogarnięty... musiałem wykonywać jej prośby. Nie było z nią dobrze. Z każdym dniem słyszałem jak serce bije jej coraz szybciej, miałem wrażenie, że zaraz pęknie.Chociaż już dawno miała je złamane.
   Dla Chrisa była cudowną matką, spędzała z nim wolną chwilę. Tylko nie wiedziałem jakie problemy ma moja siostra. 
   Usiadłem koło niej i wyjechałem z jedną prostą propozycją. 
-Co powiesz na łyżwy?
-Nie lepiej iść z jedną z twoich lasek?-Bardziej stwierdziła, niż pytała.
-Potrzebujesz odrobiny szczęścia. 
-Załatwisz mi to jednym wypadem na łyżwy o osiemnastej?-Zdziwiła się patrząc na zegarek.
-Wiem, że masz jakiś problem. Nie chcesz mi powiedzieć, unikasz tematu jak ognia, więc chodźmy gdzieś razem jak rodzeństwo. 
   Wahała się, ale po chwili zgodziła się. Zawiozłem nas i po chwili jeździliśmy razem. 
-Figurówki? Pokręciło cię.-Zaśmiałem się.
-Jak miałam dwanaście lat mama zabierała mnie na łyżwy co jakiś czas. W Seattle jest sporo takich miejsc.
-Weź się uśmiechnij. 
-Nie będzie on szczery...
-No weź.
-Spadaj!-Zaśmiała się.
-Nieźle jeździsz. 
-Zazdrościsz?
-Umiesz zrobić jakąś figurę?
-Dwie.
-Dawaj. 
-Oszalałeś?-Jechała tyłem i patrzyła się na mnie z uniesionymi brwiami. 
 -A co ci szkodzi?
     Zrobiła dwie, a przy tej ostatniej wywaliła się. Pomogłem jej wstać, roześmiałem się głośno a ona wraz ze mną. Tak... Przydało jej się coś takiego. 
-Dziękuję.-Szepnęła gdy siedzieliśmy w samochodzie.
   Uśmiechnąłem się i ruszyłem do domu.
   
***Oczami Chrissy***

   Tak, przydało mi się coś tak spontanicznego. Nie myślałam o niczym, była ta chwila z moim bratem. Przynajmniej udało mi się naprawdę rozchmurzyć i szczerze uśmiechać. Minęło półtora tygodnia od wizyty Rileya u mnie w domu. Powinnam powalczyć o życie, ale po jaką cholerę? Nie dam rady na wilkołaka chociażby ze względu na to, że jego atak może być dla mnie śmiertelny. A i tak Riley działa tak ostrożnie, by nikt się nie poznał na tym, że to właśnie on chce mnie zabić. I poza tym, miałam tańczyć tak jak on mi zagra, inaczej zabije Chrisa. Wie, że jak nie Damon go ''odstraszy'' to Sam lub Allie. Albo ktoś inny. Nie miesza się w żadne kontakty z nikim. 
   Pojechałam do rezerwatu do Lilianny. Sprawdzała moje zachowania jako wampir, no i jak to się wiąże z człowiekiem. ''Połówki'' jak ona to nazywa, są trudne do opanowania. Jest pod wrażeniem, że jeszcze nikogo nie zabiłam. Chociaż... prawie zamordowałam w łazience tego chłopaka na imprezie u Jess. 
  Gdy miałam wracać do domu spotkałam na swojej drodze Rileya. Spojrzałam na niego i zaraz spuściłam wzrok. Nie chciałam na niego nawet patrzeć. 
Co on tu robił w ogóle? Miał tu zakaz wstępu o ile mnie pamięć nie zawodzi. 
   Nie chciałam się dowiadywać, nie obchodziło mnie nic co było z nim związane. Odeszłam i podążyłam przez las do miejsca gdzie zaparkowałam. 
   Słyszałam jak ktoś za mną idzie. Słyszałam bicie jego serca, było takie spokojne... Nie szalało jak moje. 
   Kiedy się odwróciłam oczywiście można było się domyślać któż to. Riley stał przede mną i po chwili przebił brzuch kołkiem. 
-Obiecałem - zaczął ze śmiechem - że zniszczę ci życie. A słowa dotrzymam. 
   Wyjął kołek i kazał mi jechać. Miałam ochotę go zamordować. Ale oddałby mi za to co bym mu zrobiła. O ile w ogóle dałabym radę coś mu zrobić. Z trudem nacisnęłam pedał gazu. Jedną ręką zaciskałam ranę na brzuchu. Traciłam krew. Moja część ludzka utrzymywała mnie przy życiu, a mi było coraz ciężej oddychać, kręciło mi się w głowie. Poczułam silny ból... i skręciłam niespodziewanie z drogi i zleciałam na dół niewielkiej wysokości. Samochód turlał się na dół, to trwało wieczność. Jakiś kawałek metalu wbił mi się w okolicach rany od kołka. Gdy samochód padł dachem,uderzyłam głową o ostry wgnieciony dach.Czułam ostry,silny ból wszędzie.Bolały mnie kości...głowa... z dwóch ran na brzuchu lała się krew... po krótkich męczarniach... przestałam nareszcie czuć ból i zapadła ciemność...





Od Ethana

  Na podróż poślubną wyjechaliśmy do Egiptu. Nie byłem zbyt tym zadowolony, ponieważ chciałem by Sophie odpoczywała, a nie dodatkowo się męczyła. Jednak wszyscy zgodnie w końcu uznaliśmy, że należy jej się przez śmiercią zwiedzić trochę świata.
Dziecko miało przyjść na świat za dwa tygodnie,  a to były nasze ostatnie dni urlopu.
- Ethan, chodźmy na plażę - poprosiła mnie Sophie na śniadaniu.
Niestety, musiałem udawać człowieka, co mnie  już odrobinę irytowało. Nie ma to jak trzy razy dziennie jeść "ziemię".
Dziś udawałem, że nie jestem głodny, więc poszło gładko.
- Ehhh Sophie... Bez szaleństw - mruknąłem.
 - Ethan proszę... - zrobiła "słodkie oczka".
Parsknąłem śmiechem.
- Sophie teraz jest bardzo gorąco. Tłum plażowiczów. Istne piekło. Pójdziemy wieczorem, dobrze?
Przewróciła oczami.
- Niech ci będzie.
 Popołudniu wybraliśmy się zwiedzić ostatnią piramidę, która nam została, a mianowicie piramidę Chefrena. Sophie jak zwykle niepewnie wchodziła do środka. Widząc jej minę wybuchnąłem śmiechem.
- Tyle razy byłaś w piramidzie. Nadal się boisz?
Pokiwała głową, a ja rozbawiony pocałowałem ją w głowę.
Przewodnik odrobinę zanudzał, dlatego sam opowiadałem jej historię tego grobowca. Zasłuchana nawet nie zauważyła, jak wyszliśmy na upalne słońce.
- Strasznie dobrze znasz historię - zauważyła.
- Nie tylko historię - odparłem szeroko się uśmiechając.
- Ah ta skromność - wywróciła oczami.
Roześmiałem się i podniosłem chustę z jej ramion.
- Jeszcze mi cię słońce roztopi - powiedziałem i położyłem jej tą chustę na głowie.
- Kocham cię - szepnęła i pocałowała mnie w usta.
Miałem pretekst, żeby nie odpowiadać jej tym samym. Milcząc, po prostu ją całowałem.
 Do hotelu wróciliśmy o szesnastej.
- To idzieeemyyy? - spytała Sophie, gdy weszliśmy do pokoju.
- A obiad? Kto zje?
- Traktujesz mnie jak dziecko - odparła naburmuszona i opadła na łóżko.
Usiadłem obok niej. Wyciszyła się, trzymając ręce na już bardzo dużym brzuchu.
- Wiesz co mnie zastanawia? - spytała po chwili.
- No co? - spytałem ostrożnie.
- Czemu on tak szybko rośnie. Przecież ja w 9 miesiącu będę wyglądać jak prawdziwa słonica!
Roześmiałem się kryjąc zdenerwowanie. Sophie na szczęście nic nie podejrzewała, i miało tak zostać.
Pocałowałem ją w czoło.
- Na pewno nie będzie tak źle. A teraz choć mój słoniu, zjemy coś.
Sophie niechętnie poszła się odświeżyć i zaraz byliśmy na dole.
- Nie zjesz nic? - spytała, gdy dłubałem w talerzu widelcem, a ona kończyła już swoje danie.
Wzruszyłem ramionami.
- Jakoś nie jestem głodny...
- Teraz może ja ciebie potraktuję jak małego chłopca?
Parsknąłem śmiechem.
- Bardzo proszę.
Swoim widelcem nabiła kurczaka z mojego talerza i przystawiła go do moich ust.
- No, otwieraj! - powiedziała, gdy zaciskałem usta w kreskę.
- Nie chce mamo! - odparłem naśladując głos dziecka.
Roześmiała się.
  W końcu skończyliśmy i wstaliśmy od stołu. Sophie z trudem się podniosła. Położyła dłoń na brzuchu i westchnęła.
- Mały, ty mnie kiedyś wykończysz - mruknęła, a ja wzdrygnąłem się odruchowo.
  Po godzinie poszliśmy na plażę. Sophie była przeszczęśliwa.
Wygłupialiśmy się nad brzegiem.

 https://38.media.tumblr.com/2506cb6cfa12bd8b769d0dc6fcab0322/tumblr_mqeamwvW1a1szgqtlo1_500.gif
Nie kochałem Sophie, ale naprawdę mi na niej zależało...
Nie chciałem żeby umierała..
A to niestety mogło nastąpić za niedługo...

niedziela, 29 marca 2015

Od Chrissy

   Gdy siedziałam u Katherine zjawił się Samuel i Damon. Zachowywali się jak bracia, byli różni ale... polubili się. Nawet byli trochę podobni do siebie.
   Sam usiadł koło mnie, wyrwał mnie z głębokiego zamyślenia i nerwowo odparłam.
-Idź denerwuj kogoś innego,co?
-Masz z tym problem?
-Idź z nią pogadaj.
-Nie chcę.
-Idź.
   Odszedł, a ja miałam cały czas uszy szeroko otwarte na tą dwójkę. Poszli na bok do kuchni. Wsłuchałam się w to co się tam dzieje. Gdy sytuacja zaczęła się komplikować... Musiałam chyba wkroczyć.
-Nie czuję do ciebie tego Sam...
-Ale ja czuję. Kat... wiem, że mnie kochasz.
-Jak brata!
-Kat...-Podniósł głos a ja zjawiłam się w sekundę w kuchni.
-Sam, myślę, że powinieneś iść...
   Nagle Nathan się zjawił Słyszał całą rozmowę lub być może widział, jak Samuel obmacywał Kat. Będzie gruba akcja...
-Odpierdol się od niej.-Warknął Nat.
-Uspokój się...
-Mówiłem, że przez nią będą kłopoty i problemy!-Wskazał na mnie.
-Nie...
-Ma racje.-Przerwałam kłótnię.-Przeze mnie są cały czas problemy. Powinniście żyć swoim życiem a ja... powinnam się usunąć...
-Co ty mówisz?-Krzyknęła zrezygnowana Kat.
   Elise zjawiła się w drzwiach a ja podeszłam do Katherine i spojrzałam jej w oczy.
-Do ślubu z Nathanem będziesz ograniczała ze mną kontakt. Potem... Zdecyduję jak powinnaś o mnie zapomnieć.
   Odsunęłam się od niej i minęłam zaszokowaną Elise. Dogoniła mnie przed domem Kat gdy otwierałam drzwi samochodu.
-CO to było?
-Szybkie,skuteczne zahipnotyzowanie człowieka.
-Przecież to ją zabolało, dlaczego to zrobiłaś?!
-Bo... Czas na zapomnienie o mnie. Nie chcę żeby ich związek się rozpadł. Przeze mnie zawsze wszystko się kończy... Teraz ja przestane zużywać tlen bo nie mam szans na szczęśliwe życie. Nie ma dawnej Chrissy... Jest wrak człowieka, Elise... Ty też o mnie zapomnij. Ułatwisz sobie sprawę.
-O co ci chodzi?Jak możesz tak mówić?! Mogę ci pomóc...
-Nie! Nie możesz!-Krzyknęłam zrozpaczona i właśnie nadeszła burza.
-Nie da się pomóc. -Pokręciłam głową i zaczęłam płakać.-Odejdź. Po prostu to zrób.
   Odjechałam.
   Kiedy byłam w domu właśnie rozmawiałam z Leonem. Próbował mnie rozbawić,ale nie udawało się to. Raz się uśmiechnęłam, to ostatnie chwile mojego życia, muszę udawać przed bratem, że jest ok.
-Możemy jeszcze raz zajarać trawkę.-Uśmiechnął się do mnie a ja spojrzałam w okno.
-Nie Leon. Nie możemy.
-Co jest?
-Jestem zmęczona. Miałeś iść na trening... Leć. Ja zostanę.
   Poszłam na górę do pokoju gdy brat się zmył. Pocałowałam Chrisa w czoło gdy smacznie spał. -Kocham cię.
   Starłam łzy i usłyszałam na dole hałas.
   Zeszłam i zobaczyłam Rileya. Miałam ochotę wydrapać paznokciami dziurę w ścianie i uciec.
-Umowa była inna...
-Siadaj.-Nakazał a ja wykonałam polecenie.
   Usiadł na przeciwko mnie i z uśmiechem mnie obserwował. Patrzył jak się kulę ze strachu.
-Myślałem jak będzie wyglądać twoja śmierć... Co powiesz na powrót do agencji?
-Nie możesz tego zrobić... Riley... Błagam... Nie rób tego...
   Roześmiał się.
-Zamknij się.
-Mówiłeś że mnie zabijesz...
-Chcesz chronić syna. Uroczo. Tylko, słońce... Ja odgrywam się na wszystkich. Twoje odejście zaboli każdego, a do agencji żaden się nie zbliży by cię uratować. Mnie bawi to, że się panicznie boisz tego miejsca.
-Błagam... Nie zabieraj mnie tam...-Zaczęłam płakać. Byłam przerażona.
   Nie byłam w stanie tam wrócić. Nie wiedziałam jak bym to przeżyła. Chyba bym umarła po pierwszej operacji.
-Nie zrobisz tego... Błagam...
-Niczym mnie nie przekonasz. Ale twoje błaganie mnie bawi.-Zaśmiał się.-Masz jeszcze dwa tygodnie. Zastanów się jak je zmarnujesz.
-Błagam, nie zabieraj mnie tam!-Krzyknęłam a on zniknął.
   Usiadłam pod ścianą i rozpłakałam się.

Od Chrissy

   Byłam bardzo zmęczona po zajęciach. Miałam je do osiemnastej, gdy Allie mnie odwoziła, ja zdążyłam zasnąć. Poczułam jej lodowaty uścisk który przywrócił mnie do żywych natychmiast. Otworzyłam oczy, płakałam przez sen...? Nigdy mi się to nie zdarzyło.
-Wszystko w porządku?-Spytała zmartwiona Gery siedząca z tyłu.
-Nie wiem.-Szepnęłam.-Nie mam pojęcia...
   Spojrzałam na Allie a ona uśmiechnęła się lekko. Chciała mnie pocieszyć, ale w tej sytuacji nie umiała.
-Uśmiechnij się.No dalej.-Odgarnęła moje włosy na bok.
-Nie mam powodu. Udaję od dwóch lat, że jest wszystko w porządku, mam robić to dalej?-Prychnęłam i pożegnałam się z dziewczynami.
   Weszłam do domu i przybrałam twarz ''Wszystko jest dobrze, jestem najszczęśliwszą osobą na świecie''. Jednak... było wręcz odwrotnie. Byłam najgorszą osobą na świecie która była na dodatek nieszczęśliwa. Nie wiedziałam jak potoczy się dalej moje życie. Chodziło mi tylko o dobro syna. Gdyby nie on... nie wiem jak by wyglądała moja sytuacja. Czy bym żyła, czy nie.
   Leon siedział w pokoju czekając na mnie.
-Gdzie Chris?-Spytałam i starłam łzy z policzka.
   Przy nim nie musiałam nic ukrywać. Był osobą, która doskonale wiedziała jak się czuje. Widział to i nie dało się go okłamać. Od razu wyczuwał kłamstwa i kręcenie. Jednak mnie nie wspierał, czego nie wymagałam od niego. Chociaż można powiedzieć, że z tym wszystkim jestem sama i nie dam rady dłużej tego ukrywać. Ale musiałam. Musiałam ukrywać emocje jak najlepiej... Nie dać się im. Tak żyję dwa lata. Przeżyję jeszcze ostatni rok.
   Tak, rok. Ponieważ mój syn rośnie w zaskakującym tempie. Za rok stanie się nastolatkiem, wtedy Allie powinna się nim zająć. Nie powinnam odchodzić... ale i tak wiedziałam ile zostało mi czasu. Na moją śmierć czeka mój najgorszy wróg - Riley. Nie odpuści... Wiedziałam, że mnie zabije. Groził mi, że jeśli nie mnie to zabije Chrisa. Nie pozwolę mu na to. Dla Chrisa byłam w stanie się poświęcić. On się teraz dla mnie liczył bo tylko on mi został.
-Śpi.-Odparł Leon.-Idę spać.

   Dziś sobota. Minęły dwa tygodnie. Przez ten czas wiele zdążyłam zrobić. Spełnić moje jedyne marzenie które nie zostało zburzone przeze mnie lub czas. Dziś spotkałam się z Damonem,Allie,Elise,Jess,Samem,Gery i Katherine.
   Przez te cholernie ciężkie dwa tygodnie zmagałam się z problemami dotyczącymi Rileya. Codziennie go widywałam a on przypominał mi o swojej obietnicy, że jeśli nie zrobię tego co do mnie należy przez 3 tygodnie, to zabije mojego syna albo go zabierze. Byłam zrozpaczona, ale dla mnie było oczywiste co muszę zrobić.
   Znów przybrałam twarz szczęśliwej, ale wiedziałam, że niektórych osób nie uda mi się oszukać. Takich jak Allie,Gery i Elise. Elise chyba od razu się domyśli, że jestem nieszczęśliwa. Gery to wyczuła już dawno...
-No co chcesz powiedzieć?-Spytała podekscytowana Kat.
-Wiedzieliście, że pracowałam nad książką...
-No i?!
-Wysłałam ją do kilku z najlepszych wydawnictw w Nowym Jorku... No i... Moja książka spodobała się Stephanowi King'owi...
   Wszyscy mi gratulowali. Damon wraz z Allie najbardziej krzyczeli by zrobić mi wiochę, ale byli też podekscytowani moim osiągiem. Tak, to było moje ostatnie marzenie które jeszcze we mnie istniało. Stephen King był moim ulubionym pisarzem, uwielbiałam jego książki.
   Elise mnie przytuliła.
-Gratulacje za zrealizowanie marzenia.
-Ostatnie jakie mi zostało w tym roku.
   Zmrużyła oczy.
-Co masz na myśli.
-To, że został mi miesiąc.
-Słucham?-Zjeżyła się.
   Wymusiłam na twarzy uśmiech i spojrzałam na nią.
-Nic takiego. Po prostu... odreagujmy.-Szepnęłam i odeszłam szybko od przyjaciółki.
   Gdy po spotkaniu z nimi wracałam do domu, jakiś młody chłopak... o cholera. Znałam go!To ten, którego zaatakowałam w łazience na imprezie u Jess. Podał mi moją książkę i poprosił o autograf. Zaszokowana wpatrywałam się w niego ale podpisałam.
-Znam cię.
-Nie, zapewniam pana, że nie.-Zaśmiałam się nerwowo.
-Ale poważnie... czasem nie u tej dziewczyny... tej... Jessica miała na imię, prawda?
-Musi mnie pan z kimś mylić, naprawdę nie kojarzę. Nie chodzę na imprezy. Mam sześcioletnie dziecko i nie sądzę, bym latała po imprezach jak nieodpowiedzialna gówniara.
   Tym go odstraszyłam. Podziękował za autograf i zmył się. Tak jak myślałam, dodanie dziecka do konwersacji z podrywaczem powinno zadziałać.
   Spotkałam się w domu z Gery. Jutro miałam podpisywanie książek. Chirs był w przedszkolu, więc na razie mogłam odpocząć od nauki,zajęć i opieki nad dzieckiem. To powoli zaczynało być męczące, nie umiałam tego pogodzić. Ale kochałam to wszystko i nie chciałam tego kończyć. Co ja mówię... Przecież został mi miesiąc.
-Muszę przeczytać to mojej cioci.
-Nie sądzę żeby jej się to spodobało. Jest tam dużo seksu i wulgaryzmów.
-Kryminały takie są?
-To nie kryminał... no... trochę fantasy...
-Jeśli się spodobał najlepszemu pisarzowi to chyba jednak musiało mieć to coś.
-Uważam jednak, że nie spodoba jej się taka książka.
-Jest szczera, to chyba nie jest źle. A wulgaryzmy czasem się przydadzą w dobrej książce. A mojej cioci to nie przeszkadza, lubi seks.
-Aha, dobrze wiedzieć.-Zaśmiałam się.
   Wszystko było wymuszane. Śmiech, uśmiech, to w jaki sposób starałam się być miła na siłę.

   Dziś miałam wolne od zajęć i zaczęłam podpisywanie książek. Była ze mną Gery która wiedziała jak się zachować. Była milion razy na podpisy książek i sama to robiła. Przecież teraz wychodzi jej druga książka. Ona nie pisze szczerze, a ja tak.
   Stałam i rozmawiałam z ciekawymi czytelnikami mojej książki. Nie wiedziałam, że aż tak się ona im spodoba.
   Podszedł do mnie Damon. Niespodziewanie się tu zjawił.
-Lubię seks, lubię wulgaryzmy... lubię kryminały i fantasy. Napisałaś to dla mnie?-Spytał a ja się zaśmiałam.
   Ponownie. Zmusiłam się do tego.
-W tej sukience wyglądasz seksownie.-Skomentował jeszcze.-Ale nie jesteś w moim typie.
-Ciesze się. Za godzinę muszę iść. Spotkanie z Kat.
-Luz. Mam popilnować twojego brzdąca?
-Jeśli byś mógł.-Szepnęłam i powstrzymałam łzy.
-Coś nie tak?-Od razu zareagował.
-Em... Wszystko jest pod kontrolą.-Zapewniłam przyjaciela.

   Gdy poznałam córkę Katherine byłam zaskoczona. Wow,po takim czasie się spotkały... Niesamowite.
-Wkurza mnie Nathan... czasami myślę, że mnie nie kocha.
-Nawet tak nie mów.-Wzięłam łyk kawy.
-Poważnie. Wkurza mnie... Cały czas mną rządzi. Wiesz co mi powiedział? Że mnie zahipnotyzuje bo... Em...
-Byś nie spotykała się ze mną.-Dokończyłam za nią.
-Skąd wiesz?
-Kazał mi się od ciebie odsunąć... To nawet dobrze... Nie chciałabym być problemem. Pasujecie do siebie, ostatnio wiele rzeczy psuję... Jedyną rzeczą która mi się udała to wydanie książki.
   Pokręciła głową zrozpaczona.
-Dasz radę.-Zapewniłam ją.
-Jesteś nieszczęśliwa.-Zauważyła.
-Nie.-Pokręciłam głową.-Jestem bardzo szczęśliwa. Tylko... Nie okazuję tego w taki sposób jak powinnam...

   Przyjechałam po Elise i Allie, które siedziały w domu Woodów. Nie lubiłam tu przyjeżdżać, wiadomo dlaczego. Byłam dawnym problemem Ethana, jestem problemem dla Nathana... Nie chciałam im przysparzać kłopotów. Emilie tylko uśmiechnęła się do mnie przelotnie, gdzieś jechała. Jednak nie odwzajemniłam uśmiechu. To były moje ostatnie dwa tygodnie życia.
   Czekałam pół godziny. Zdenerwowana wyszłam z samochodu a kiedy miałam pukać do drzwi otworzyła mi Elise.
-Przepraszam, już idę.-Uśmiechnęła się El a za nią zobaczyłam Allie.
   Całowała się z Dante. Dobrze, że była szczęśliwa...
-To kierunek dom Kat?
-Tak...

Od Katherine

Od tego najbardziej ponurego i smutnego wesela minęły 3 tygodnie. Powoli z Nathanem wyznaczaliśmy datę własnego ślubu. W końcu już rok minął odkąd przyjęłam oświadczyny. Alanek "ma już 4 latka" to chyba nie możemy czekać długo z weselem.
-Myślałam nad świadkiem i chcę Chrissy. To ona jako pierwsza tak na prawdę wiedziała co do ciebie czuję. 
-Ja za świadka myślałem wziąć Damona.. 
-Dobry pomysł. Do ołtarza zaprowadzi mnie Samuel. 
-Dlaczego on? Nie lubię go.
-Wiem że nie przepadasz za nim jednak tylko on mi został. Ma mnie Naomi zaprowadzić? Wątpię żeby mnie do ołtarza zaprowadziła prędzej do grobu a poza tym ona jest dziewczyną.
-No dobra. -powiedział niezadowolony.
Pocałowałam go w policzek i poszłam do pokoju małego gdzie bawił sie z Valentiną.
-Jak tam łobuzy?
-Dobrze mamo. Val uczy mnie grać w szachy.
-To dobrze.-powiedziałam całując go w czoło.
-Ne rób tak! Jestem chłopcem!
Zaśmiałam się.
-Valentina wzięłabyś go na plac zabaw?
-Mam inne plany no ale z braciszkiem sie nie pobawię?
-Braciszkiem?
-Tak młody. Jestem twoja starszą siostrzyczką.
-To super!
Valentina pomogła mu sie ubrać i poszli a ja zadzwoniłam do Chrissy.
-Hej piękna co byś powiedziała na mały wypad na kawę i ciastko?-zapytałam.
-W sumie to bardzo chętnie. Stęskniłam się.
-To za 20 minut w kawiarni?
-Tej na rogu?
-Tak.
-To jesteśmy umówione.
Rozłączyłam sie i przebrałam.
-Gdzie idziesz?
-Z Chrissy do kawiarni.
-Nigdzie nie idziesz.
-Dlaczego?
-Zostań w domu.
-Bo co?
-Nie zachowuj sie jak smarkula
-To mnie tak nie traktuj.
-A jak zasłabniesz?
-Będę z Chrissy i nie zasłabnę.
-Ona jest chora i nie udzieli ci pomocy.
-Weź przestać. Cukrzyca to nie kalectwo. Da sie z tym żyć normalnie.
-Nie chcę byś szła.
-A to niby dlaczego?
-Bo po prostu nie chcę.
-Nathan weź sie ogarnij!
-Nie chcę byś utrzymywała z nią kontaktu. Nie chcę byś wpadła w kłopoty. -powiedział a ja już nie wytrzymałam.
-Ogarnij sie! Przyjaźnie sie z nią i nie zabronisz mi sie z nią zadawać. Nie będziesz wybierał mi przyjaciół! Nie wiadomo ile czasu mi zostało i chcę przeżyć to co mi zostało jak najlepiej.
-To spędź ten czas ze mną.
-Nie będę twoja niewolnicą!
-Czasami zastanawiam się że może lepiej jakbym cie zahipnotyzował. Mozę wtedy byś była ostrożniejsza i słuchała dobrych rad!
-Jesteś kretynem! Nawet sienie waż tego robić! Nie jestem twoja własnością!
-Jesteś matka mojego dziecka i moja narzeczoną a wkrótce żoną.
-Jak tak dalej bedzie to jedyne kim dla ciebie mogę być to matką Alana. -wykrzyczałam wychodząc z domu.
Byłam wściekła. Dlaczego on taki jest? Rozumiem martwi sie ale bez przesady.
Poszłam do kawiarni gdzie miałam się spotkać z przyjaciółka, musiałam odreagować.




*****************Oczami Valentiny*********************



Młody zjeżdżał ze zjeżdżalni a ja siedziałam na ławce. Musiałam soc załatwić ale spędzanie czasu z Alanem było ważniejsze. Kochałam go. Był chyba jedyna osobą którą kochałam kiedykolwiek. Jako iż całe swoje życie byłam samotna to spotkanie Alanka było najlepszym co mnie spotkało.
Po chwili bawiłam sie z nim w piaskownicy. Wtedy właśnie zobaczyłam Kat z przyjaciółką. Szły w naszą stronę a kiedy podeszły Alanek od razu podbiegł do tamtej kobiety. Miałam ochotę zabrać go i bronić przed nią bo w końcu jej nie znałam ale.. jeśli była to przyjaciółka Kat i Alan ja lubił to najwyraźniej nie była niebezpieczeństwem dla niego.
-Chrissy chciałabym być poznała moją córkę Valentinę.-powiedziała kat a ja wstałam.-Dwa miesiące temu odnalazła mnie.. mówiłam ci dużo o niej... to znaczy tyle ile sama wiedziałam czyli to jak bardzo chciałam ja znaleźć i być dla niej a teraz mogę.
-Miło mi ciebie poznać to niezwykłe że spotkałyście sie po takim czasie. -powiedziała Chrissy.
-Wiem. Szukałam Kat całe życie. To z tego powodu stałam sie tym kim jestem. -powiedziałam.
-Jesteś tak do niej podobna.. cała Kat.-zaśmiała się Chrissy.
-Wiem to. Dobrze ja uciekam Alanka zostawiam już pod twoja opieką Kat.
Wyszłam z placu zabaw i poszłam załatwić to co miałam. A co? Musiałam zapolować. Dawno nic nie jadłam i byłam bardzo głodna. 

Od Ethana

  Siedząc przy oknie i obserwując siąpiący deszcz, słuchałem jak Sophie nuci pod nosem. Z dnia na dzień była coraz słabsza i było to po niej widać. Zamiast przytyć, bardzo schudła. Pojawiły się cienie pod oczami. Włosy wypadały, paznokcie się łamały...
Od momentu ślubu było z nią coraz gorzej.
A minął już miesiąc.
Często wracałem do tego dnia. Był na tyle przykry, że wyrył trwały ślad w mojej pamięci.
Wraz z zawarciem ślubu, straciłem wszelką nadzieję, na odzyskanie Chrissy.
Dzięki mojej rodzinie, druga część wesela nie była taka straszna. Nawet miło ją wspominałem, a szczególnie te głupie życzenia.
  Pierwsza była Elise. Jak zwykle wygłupiała się przy mikrofonie.

http://media.tumblr.com/e8165e31f8d31752ababc8d1fe7c2264/tumblr_inline_mre82anFQd1qz4rgp.gif
- I cierpliwości do mojego brata - zakończyła - Miej na niego cały czas oko!
Wszyscy się roześmiali, a ja tylko wywróciłem oczami.
Widząc, że Sophie jest trochę zmęczona, spytałem zmartwiony.
- Jak się czujesz?
- Nigdy się lepiej nie czułam - uśmiechnęła się szeroko i położyła dłoń na brzuchu.
- Nie chcesz się położyć?
- Dajże spokój - mruknęła - Nie mam gdzie leżeć, tylko na własnym ślubie.
Roześmiałem się.
Może nie będzie tak źle mieć ją za żone...
Potem wyszedł Dante.

http://images5.fanpop.com/image/photos/31500000/Emmett-emmett-cullen-31533185-245-179.gif
Już trochę schlany,  pieprzył jakieś głupoty.
Szybko wszyscy zaczęli się z niego śmiać i zawstydzona Emilie ściągnęła go ze sceny.
Długo po tym nie mogłem dojść do siebie, tak mnie tym rozwalił.
Potem jeszcze długo składali życzenia, ale nie już tak "kreatywne".
Teraz jak o tym myślałem...
Westchnąłem nagle.
Miałem nadzieję, że wszystko się ułoży.

Od Chrissy

   Błyskawicznie wróciłam do domu po zajęciach.Byłam na później umówiona z Gery, dlatego mój brat musiał przypilnować Chrisa. Stał się moim oczkiem w głowie. Starałam się być dla niego idealną mamą, chyba mi to nawet nieźle wychodziło. Próbowałam godzić uczelnię i opiekę nad nim. Dobrze, że nie byłam z tym sama. Nawet będąc wampirem nie pogodziłabym tych wszystkich rzeczy ze sobą.
   Weszłam do domu a mój brat minął mnie bez słowa i zniknął za sąsiednim domem z naprzeciwka.Uniosłam brwi zaskoczona i zignorowałam to po chwili. Ma swoje sprawy, niech leci. Christoph podbiegł do mnie i przytulił moją nogę. Pogłaskałam go i pocałowałam w policzek z szerokim uśmiechem.
-Głodny?
   Pokręcił głową na ''nie''.
-A co byś chciał robić?-Ukucnęłam przy nim. -Pobawić się... pooglądać bajkę...
-Nie traktuj mnie... jak... dziećko.
   Roześmiałam się ale gdy zobaczyłam jego naburmuszoną minę spoważniałam z trudem powstrzymując kolejny wybuch śmiechu.Był przesłodki.
-Dobrze proszę pana.
-Zrobisz mi mamo kakao?
-Dla pana wszystko.-Pocałowałam go w policzek a on poszedł oglądać bajkę.
   Gery miała po mnie przyjechać. Zjawiła się po kilku minutach i weszła. Ubierała się kolorowo, jej oczy były jak zwykle pomalowane kredką przy czym wyglądała jak zmora. Jej brązowo-fioletowe włosy lśniły pod wpływem światła w wielkim, przestronnym holu.
-Gdzie jest Chris?-Pisnęła.
   Uwielbiała go. Gdy go widziała rozklejała się. Mały wykorzystywał swój urok osobisty na Gery, bo na mnie on nie działał pod żadnym pozorem. Wiedziałam, że nie mogę ulegać jego słodkim wielkim oczom.
-Jedziemy?
-Zabiorę go ze sobą.
-Jest zimno i pada, jesteś pewna, że chcesz go zabierać? Przeziębi się.-Spojrzałam na nią a Gery już siedziała tuląc do siebie mojego synka.
-Masz racje.-Przegryzłam wargę i zadzwoniłam po Allie.
   Przyszła do mnie pytając jak się czuje. Wiedziała, że nie jest mi łatwo z tym całym małżeństwem Ethana, ale nie pokazywałam, że mnie to boli w jakikolwiek sposób. A ona mi wierzyła.
-Pamiętaj o tym, żeby nie wykonywać wszystkich jego próśb... No i tu jest jego ulubione kakao... No a tutaj...
-Pamiętam wszystko, wiem jak się nim zajmować powtarzałaś mi to milion razy przez te trzy tygodnie pobytu małego tu. Nie martw się, będzie super.
-Dobrze... a, no i leki...
-Wiem!-Zaśmiała się a ja wyszłam z Gery.

   Gdy szłyśmy do samochodu Gery zatrzymała się. Spojrzała na mnie, zaniepokoiło mnie jej nagła zmiana nastroju. Dziwnie wyglądała. Stanęłam przed nią i pytałam się trzy razy czy wszystko w porządku... ale ona milczała. Dopiero po jakimś czasie się odezwała gdy miałam dzwonić na pogotowie bo naprawdę wyglądała źle. Po minionym czasie wyglądała normalnie...
-Co ci jest?
-Mam czasem takie przebłyski... takie... wizje... ale... wyczułam u ciebie zmianę.
-Jaką?
   Dotknęła mnie.
-Jesteś ciepła... wampiry są lodowate... A...
-Wiem! Ostatnio miałam się spytać o to...
-Jesteś pół wampirem pół człowiekiem, Chrissy.
-Jak to? -Zdziwiłam się.
-Mówiłam, że z tobą jest coś nie tak. W agencji robili na tobie eksperymenty, osłabili twoją odporność i ciało przy czym nie możesz być w pełni wampirem. Jesteś ciepła bo jesteś nadal człowiekiem gdzieś tam w środku. A druga część ciebie pragnie krwi ludzkiej, to jest silniejsze ponieważ część ludzka jest słabsza. Będąc połówką masz większe szanse na to, że nie opanujesz pragnienia.
-Ale teraz idzie mi to świetnie...
-Przy Christophie tak... A co na uczelni? Widzę twoje oczy gdy jesteś spragniona. To oznacza...
-Wiem, co to oznacza...-Odparłam zdenerwowana.-Powinnam wracać... Allie jest umówiona u Dantego za kilka minut... Do zobaczenia.-Przytuliłam ją i odjechałam.
 
   Nazajutrz odwiedził mnie Sam. Zdziwiłam się jego wizytą, tym bardziej, że jest przyjacielem Kat. Właśnie... trzy tygodnie bez widzenia Katherine od tamtego ślubu... Tęskniłam.
   Stałam się bardziej uczuciowa niż za bycia człowiekiem... Wiele zmian zaszło w moim organizmie... powinnam się martwić, czy też nie...?
   Uśmiechnęłam się do Samuela. Dziś było słonecznie i ciepło, niecodzienna pogoda w Forks... Uwielbiałam takie dni..
-Cześć.-Uśmiechnął się.
-Co tu robisz?-Spytałam zaskoczona.
-Przyszedłem pogadać.
-Pytanie moje powinno brzmieć ''o kim''.-Podeszłam do niego.
-Wiesz o kogo mi chodzi.
-Co byś chciał wiedzieć o Katherine drogi Samuelu?-Uśmiechnęłam się szerzej.
-Jest zaręczona, prawda?
-Tak.-Kiwnęłam głową unosząc brwi.-Coś nie tak, prawda?
-Po prostu wydaje mi się, że nie jest odpowiednia dla Nathana.
-A mnie się wydaje, że nie powinnam o tym rozmawiać.-Uniknęłam dalszych pytań.
-Dlaczego? Masz takie samo zdanie co ja, co nie?
-Boże... Nie!-Parsknęłam śmiechem.-Są świetną parą, nie powinnam po prostu o nich w ten sposób rozmawiać. Chcesz coś wiedzieć o Kat to może się z nią spotkaj, przyjaźnicie się.
-Może wejdźmy do środka.-Zauważyłam nadchodzące chmury.
   Siedzieliśmy przy stole.
-No mów, o co ci chodzi w sprawie mojej przyjaciółki Kat.-Uśmiechnęłam się.
-Szukałem jej. Nie mogłem znaleźć...
-Kochasz ją!-Uśmiechnęłam się.
-Em... Chrissy...
-O mój Boże..-Złapałam się za głowę.
-Nie mów jej.-Ostrzegł.-Mówię poważnie. Masz milczeć.
-Wow, spokojnie, Sam.-Zdziwiłam się jego nagłą agresją.
-Muszę iść. Cześć.
   Zniknął, a ja zajęłam się Christophem. W końcu mam dla niego czas.

Od Ethana

Gdy marsz weselny zagrał, byłem wpatrzony w niebo.  Czułem, że z każdym krokiem Sophie, oddala się moje szczęście i nic nie mogłem na to poradzić.
"Jeszcze możesz wszystko odwołać".
Słowa brata nadal dzwoniły mi w głowie...
A gdyby go tak posłuchać? Gdyby powiedzieć "nie"?
Miałem na tą wielką ochotę. Odwagę zresztą też..
Tylko musiałem myśleć o swojej rodzinie. Jaki wstyd bym im przyniósł. No może nie Nathanowi i Dantemu... A Sophie? Załamałaby się na pewno...
Trudno.
"Nawarzyłeś sobie piwa, to teraz ja wypij" - powtarzałem w myślach to zdanie jak mantrę.
Zerknąłem na Elise, która stała jeszcze obok Melanii - naszej dalekiej kuzynki znad morza.

 http://25.media.tumblr.com/tumblr_mc7l6diZ5X1r4gq4jo1_500.gif
Odczytałem z ruchu jej ust, że chwali się jaką swoją dekoracją, by po chwili zająć miejsce w ławce.
 Przeniosłem wzrok na Sophie, była już bardzo blisko. Na jej własne życzenie, szła sama. Powiedziała, że "prowadzi ją jej syn", ponieważ była pewna, że urodzi synka.
Ja też miałem na to cichą nadzieję.
Zerknąłem na gości. W pierwszej ławce siedziała Emilie, Elise, Nathan z Katherine i Alanem, oraz Allie. Dante jako mój świadek wraz ze starszą siostrą Sophie, Julie byli naszymi świadkami.
Dużo tu było znajomych ze szkoły. Ciotka Clary pomachała mi wiązanką kwiatów.
Parsknąłem śmiechem, lecz zaraz spoważniałem, bo o to Sophie stanęła przede mną.
Wyglądała naprawdę pięknie.
Lecz nikt, nigdy nie był piękniejszy, nie jest i nie będzie od pewnej dziewczyny...
Instynktownie zacząłem jej szukać wzrokiem, jednak wkrótce zorientowałem się, że jej nie ma.
Może i lepiej...
Teraz nic już nie nakłoni mnie do zmiany decyzji...
  Sophie uśmiechnęła się błogo i położyła w charakterystycznym geście dłoń na brzuchu.
Usiedliśmy, a kapłan (ponieważ Sophie była chrześcijanką),  zaczął mówić.
- Zebraliśmy się w tym cudownym dniu, aby...
Po jego pierwszych słowach całkowicie odjechałem myślami.
Gdzie się podziewa Chrissy? Miałem nadzieję, że nic się nie stało...
Nawet nie wiem, kiedy ten czas upłynął. Cały czas gorączkowo się zastanawiałem, czy nie zmienić decyzji.
W końcu poczułem na sobie pytające spojrzenie Sophie.

 http://i.pinger.pl/pgr45/4a10e23200113b994ed3595d
Ksiądz chrząknął i powtórzył.
- Czy ty Ethanie Jonathanie Wood, bierzesz sobie Sophie, Lissy Ergec za żonę i ślubujesz jej miłość, wierność i uczciwość małżeńską, aż do śmierci?
Wzdrygnąłem się.
A więc musiałem złożyć przysięga na półtora miesiąca...
Zamknąłem oczy.
Czy mogłem to zrobić?
Zdecydować przeciwko sobie...?
Przepraszam Chrissy - pomyślałem i wypowiedziałem wiążące słowo.
- Tak.
Na sali przez chwilę panowała cisza, a potem usłyszałem wiwat, a przy niektórych (m.in. Emilie, Elise) westchnienie ulgi. Sophie na początku nie dowierzała, a potem uśmiechnęła się szeroko.
- Kocham cię Ethan  - wyszeptała i przysunęła się do mnie.
- Ja ciebie też Sophie - odparłem, lecz zabrzmiało to niczym żałobny pacierz.
Pocałowałem ją bez uczucia. Wszyscy zaczęli klaskać, a ja zrezygnowany, aby ukryć swój wyraz twarzy, przytuliłem jeszcze Sophie.
- Gratulacje pani Wood - słyszałem potem.
Czasem nawet nie dziękowałem za gratulacje i prezenty. Byłem taki przybity, że ludzie i Sophie zaczęli dziwnie na mnie patrzyć. Elise w pewnym momencie szturchnęła mnie w bok.
- Ethan -syknęła.
- Co mu jest?  - zaniepokoiła się Sophie.
- To tylko taki szok, Ethan tak zawsze miał kochanie - "wytłumaczyła" mnie szybko Emilie, ze sztucznym uśmiechem.
Lecz tak naprawdę każdy w mojej rodzinie wiedział jak się czuje.
Nathan poklepał mnie tylko po ramieniu i nic nie powiedział.
Czułem się jak na własnym pogrzebie.





























Od Chrissy

   Rozmawiałam z Allie i Katherine. Kat była jakaś nie w humorze, chciałam ją spytać o co chodzi, ale uznałam, że to nie jest odpowiedni moment. Nagle dostałam telefon od... mojego brata. Zdziwiona odebrałam.
-Cześć, sis.
-Czego chcesz?
-Nie zaprosiłaś mnie na ślub? Chciałbym rozstrzelać pijawy ale...
-Leon.-Ostrzegłam go.-Po co dzwonisz?
-Christian miał wypadek. Jechał po pijaku...
-Co z Christophem?-Zamarłam.
   Brat milczał.
-Co z nim?!-Wrzasnęłam ale zobaczyłam, że przecież jest tu kupę ludzi.
   Musiałam jechać do Rio.
-Zaraz tam będę. Skąd wiesz o wypadku?-Już byłam w samochodzie.
   Z piskiem opon odjechałam i ruszyłam jak najszybciej się dało w stronę Rio.
-Co z Christophem Leon?!-Spytałam ponownie.
-Uspokój się.
-CO Z NIM!?
-Christian nie żyje...
-Pytam się o MOJEGO SYNA nie o tego zapijaczonego szmaciarza!
-Christoph żyje. Jest w szpitalu, ma tylko złamaną rękę.
-O Boże...-Szepnęłam przerażona.
-Jest wszystko pod kontrolą.
-Od teraz tak. Zabieram go do Forks.
-Mogę wrócić?
-Możesz. Jasne, że możesz Leo.
-Do zobaczenia.-Rozłączył się a ja miałam zamiar jeszcze dziś wrócić z nimi do domu.

***Oczami Leona***

   Z Val musiałem ''pobawić'' się później. Działała mi na nerwy, ale jakoś była znośna. Nigdy dziewczyny nie uderzyłem, ale akurat ona była pijawką. To zwalniało mnie z zasady ''nawet kwiatkiem jej nie bij''.
-I jak się czuje?-Spytała mama martwiąc się o Chrissy.
-Jest przerażona.
-Wracasz do niej, tak?
-Muszę jej pomóc. Nie da rady ze studiami i Chrisem.Poza tym muszę pilnować jej by pragnienie nie wzięło nad nią panowania...
-Daj spokój, nie jest do tego zdolna.
-Mamo, to wampir.
-Nie wszyscy są tacy. Weźmiemy go do domu.-Powiedziała mama gdy Chris wyszedł od lekarza.
-Jest z nim w porządku.
-Głowa mnie boli.-Mruknął młody.
-Jakieś lekarstwa dla niego są przepisane czy nie?
-Nie. Tylko jakiś na ból głowy i będzie dobrze. -Zapewnił lekarz.
   Posłałem sms'a Chrissy, że jesteśmy u mamy ''nowego partnera''. Nie podobał mi się, Chrissy pewnie też będzie miała o nim złe zdanie. Chociaż koleś wyglądał w porządku, po prostu nie podobało mi się to, jak łatwo zapomniała o ojcu.
-Jak ci idzie jako łowca?-Spytała zdenerwowana matka. Nie podobało się jej to kim jestem.
-Doskonale.-Uśmiechnąłem się zadowolony z siebie.
-Kiedy będzie mama?-Spytał zniecierpliwiony Chris.
-Za momencik wróci.-Zapewniła mama.-A tęsknisz za nią?
-Od dwóch lat tęsknię za mamą.-Przeciągnął się.
-A lubisz gry?-Spytałem.
-Lubię. Ale strzelanki, inne są dla dzieci.
   Roześmiałem się i włączyłem mu jakąś grę z telefonu. Zadowolony usiadł w fotelu i zaczął grać.


***Oczami Chrissy***

   Podbiegłam do drzwi. Trochę się uspokoiłam przez jazdę tutaj. W końcu zobaczę mojego synka... Nareszcie go zobaczę...
   Stanęłam przed drzwiami nowego faceta mojej matki. Uniosłam brwi i zapukałam. Ciekawe jaki jest, czy mama nie popełni błędu. Ciężko znosi rozstania. Usłyszałam kroki. Mama nadchodzi. Pomachałam jej.
   Gdy mi otworzyła wpadłam jej w ramiona i od razu podążyłam za zapachem mojego syna. A więc tak działa węch wampira?
   Kiedy Chris mnie zobaczył pobiegł w moją stronę i przytulił mnie. Rzucił telefon Leona na ziemię. Przytuliłam go i podniosłam do góry.
-Tęskniłeś za mamą?-Spytałam i pocałowałam go w policzek.
-Bardzo!
   Miał już sześć lat. Ale ten mały rośnie... Nie obchodziła mnie śmierć Christiana, może odrobinę tak, bo był ojcem Chrisa... Ale mój były nie powinien sprawować nad nim dłużej opieki. Spowodował wypadek po pijaku na dodatek z dzieckiem na tylnym siedzeniu. Co za kretyn!
-Jedziemy do Forks?-Spytał Leon.
-Tak.
   Wszedł partner mamy do salonu. Uniosłam brwi. Przecież on był o sześć lat młodszy od mojej mamy. Jezu... oszalała chyba. Jednak zachowałam resztki godności i przywitałam się z nim jak należało.
-Jasper, miło mi was poznać.-Uśmiechnął się.
-Mi również.
   Ta, jasne. Wciskaj kit dalej. 
-A mi nie.-Wzruszył ramionami Leon.-Nie chcę tu siedzieć, jedziemy?
   Mama przekrzywiła głowę i spojrzała się na Leona błagając, by się zachowywał jakoś w stosunku do jej partnera.
-W dupie to mam, nie obchodzi mnie koleś młodszy o kilka lat od ciebie.-Parsknął śmiechem i wyszedł.
   Spojrzałam na mamę i przytuliłam ją.
-Potrzebuje czasu.-Szepnęłam do nich.-Nie przejmuj się mamo. On taki jest.
   Widziałam, że mamie było przykro.
-Wszystko Chris ma ze sobą?
-U ciebie w domu są jego ubrania.
-Dobra... Zabawki, wszystko jest?
-Pokój tak jak był tak został. -Uśmiechnęła się.
-Dziękuję ci. Do zobaczenia.
   Weszłam do samochodu i zignorowałam brata. Christoph zasnął z tyłu.
-Jak dobrze, że nic mu się poważnego nie stało...-Złapałam się za głowę.
-Mówiłem.-Odparł z uśmiechem.
-Zachowuj się w stosunku do...
-DO Jaspera? Powaliło cię.
-Mi też on nie odpowiada ale zachowuj się w miarę...
-Ty zawsze taka miła, ułożona. Grzeczna. Ja jestem twoim przeciwieństwem. Pieprzę te zasady które ty sobie ustalasz.
-Nie mam żadnych zasad, tu chodzi o kwestię wychowania Leon.
-Jasne.
-I się odzywaj przy Chrisie.
-Śpi.
-Ale to nie zmienia faktu, że masz się zachowywać.
 

***Oczami Leona***

   W domu zadowolony z siebie, że już jestem w Forks poszedłem do lasu. Czas rozpocząć szukanie Valentiny. Gdy łaziłem po lesie czułem, że była tuż za mną.  Odwróciłem się i zobaczyłem ją.
-Niezły masz węch jak na psa.
-Mylisz rasy pijawko.-Uśmiechnąłem się.
-Gdzie zniknąłes, zaczynałam tęsknić.-Szepnęła teatralnie zrozpaczona.
-Moja rodzinna sprawa.-Zbliżyłem się do niej z szerokim uśmiechem a potem oparłem się o drzewo.
-Nie zabijesz mnie?-Spytała lekko zaskoczona moim spokojem.
-Nie mam ochoty.
-Bo?
-Nie wiem.-Odparłem.
-Widzę, że masz przy sobie spluwy. I tak strzelisz to przeżyję.
   Wyjąłem fajkę i zapaliłem.
-Chcesz?-Spytałem.-Wiesz, bawi mnie to zabijanie, bieganie jak idiota po lesie... Ale teraz moja siostra potrzebuje pomocy. Nie mogę narażać swojego życia. A ta robota właśnie z tym się wiąże.
   Wzięła ode mnie fajkę i zapaliłem jej. Była niska, mogłem na nią patrzeć z góry co mnie bawiło. Ale maskowałem rozbawienie idealnie.
-Nudzi mi się tutaj. Szukam rozrywki. A zabawa z tobą w kotka i myszkę to cudowna zabawa. Chociaż to mnie bawi. -Zaciągnęła się.
-Nie mogę rozmawiać z wampirami, ale pierdolę zasady. Ty też powinnaś to robić jeśli ktoś takie ci narzuca.
-A jest inaczej?-Zaśmiała się.
-Nie wiem. Nie znam cię. Ale nie wiem czemu jesteś tak wredna, że aż dorównujesz mi.
-Jestem w tym lepsza. -Zaśmiała się a ja wraz z nią.
-Wątpię ślicznotko. Muszę się zwijać. O osiemnastej są tutaj zwiady łowców, więc uważaj.-Mrugnąłem do niej i zgniotłem spalonego papierosa.
-Ostrzegasz mnie przed nimi?-Zdziwiła się.
-Bo ty jesteś moim celem, nie tych bezmózgich kretynów.
   Odszedłem prosto do domu. Chrissy zaraz musi iść na zajęcia a ja musiałem zająć się młodym.

Od Ethana

 Jak na skazanie zszedłem na dół.
- Ethan! Jesteś! Wszędzie cię szukałam! - powiedziała Elise i zaraz wszyscy mnie dopadli.
Emilie pomagała jeszcze przygotować się Sophie na górze.
Słyszałem nerwowe bicie jej serca.
I bicie serca mojego dziecka.
"Dziś twój dzień. Idź i świętuj".
Nie miałem najmniejszej ochoty do świętowania. Czułem się wręcz jak na pogrzebie. Chciałem dogonić Chrissy i powiedzieć jej całą prawdę... Ale co by to dało? Sprawy by się tylko skomplikowały...
Klamka zapadła. Nie było już wyjścia z tej sytuacji.
Chcąc nie chcąc musiałem ożenić się z Sophie.
 Rozglądając się po całym naszym domu i podwórku, które Elise przeobraziła w coś.. niewyobrażalnego, złapałem się za głowę.
- Elise, ty chyba zwariowałaś! - rzuciłem zirytowany.
Posłała mi buziaka.

http://media.tumblr.com/e580ae953faf37b8216a40b8b6c933ac/tumblr_inline_mrpd05PxzI1qz4rgp.gif
- Pamiętaj, że cię kocham braciszku - parsknęła śmiechem - A teraz wybacz, ale idę się ubrać.
Zmęczony zacząłem szukać Nathana.
Gdy trafiłem na Dantego, który oczywiście stał z kieliszkiem i rozmawiał z gronem swoich wielbicielek, spytałem go o to.
- Gdzie jest? - odparł - A skąd ja mam to wiedzieć - wybuchnął śmiechem.
Przewróciłem oczami i zacząłem przeszukiwać pokoje.
Wreszcie na niego trafiłem. Siedział jakiś przybity w swojej sypialni.
Gdy tylko wszedłem, podniósł powoli wzrok.

http://images6.fanpop.com/image/photos/33700000/Breaking-Dawn-Edward-edward-cullen-33710791-500-212.gif
Zamknąłem drzwi i spytałem.
- Co się stało?
Nathan westchnął.
- Nie mogę patrzyć, jak robisz coś, przeciwko sobie. Życie jest nie fair.
- A kto powiedział, że jest fair? - prychnąłem i usiadłem obok niego.
- Naprawdę, szkoda mi ciebie...
- Trudno. Nawarzyłem sobie piwa, to teraz muszę je wypić...
- Ale no czemu? Czemu nie pogodzisz się z Chrissy? Czemu nie będziecie żyć tak jak dawniej?
- Nat, gdyby się dało...
Brat mi już nie odpowiedział, bo do środka wpadła Elise.
- No tu jesteście! Wszędzie was szukamy!
Popatrzyliśmy po sobie z Nathanem rozbawieni i wstaliśmy.
- Jeszcze możesz wszystko odwołać - szepnął brat gdy wychodziliśmy, ale zignorowałem go.
Zeszliśmy na dół.
Zaniedługo wszystko miało się zacząć.
"Jeszcze możesz wszystko odwołać".























sobota, 28 marca 2015

Od Katherine

W domu miałam małe problemy.
-Valentina nie wiem czy to dobry pomysł.. nie zrozum mnie źle ale oni nie wiedzą o tym że moja córka sie odnalazła.
-Wstydzisz sie mnie?-wybuchła.
Zadzwonił mój telefon. Dzwonił Nathan.
-Gdzie jesteście?
-W domu. Zaraz będziemy. Mały kłopot związany z "Mam córkę a nikt nie wie że ja mam".
-Przyjedźcie. Cała trójka. -powiedział.
Byłam zaskoczona. Rozłączyłam się.
-Valentina możesz jechać tylko proszę nie sprawiaj kłopotów.
-Jednak zrezygnuję.-odparła co mnie zdziwiło.
Na miejscu weszłam z Alankiem do budynku. Wszyscy już byli. Podeszłam do rodziny Nathana gdzie stał także i on.
-Witajcie. -powiedziałam.-Gdzie Chrissy?-zapytałam.
-Idzie. -odparł Dante.


**********Oczami Valentiny*********

Czułam sie zupełnie nie na miejscu i nie chciana ale przyzwyczaiłam się do tego. W końcu nigdzie nie było mojego miejsca. W ogóle nie powinnam istnieć no ale cóż.. istnieje. I nie narzekam. Miałam wszystko co chciałam a wszystko co zaplanowałam szło tak jak chciałam. Zbliżyłam sie do mamy i jej narzeczonego a teraz poznałam rodzinę i przyjaciół matki i jej faceta. Dodatkowo do mojego planu dołączyłam zemstę na łowcach a szczególnie tym który do mnie strzelał.
Cała uroczystość sie zaczęła a ja sie jednak zmyłam. Nie lubię takich rodzinnych zlotów a co dopiero ślubów. Choć mogłabym narozrabiać jednak nie miałam na to dziś nastroju.
Poszłam ulicą w stronę domu. Weszłam do środka i przebrałam się. Nie lubiłam sukienek. Choć nie powiem.. dzięki mojej smukłej kobiecej figurze i dłuuugim nogą i dodatkowo w szpilkach i obcisłej sukience wyglądałam bardzo seksownie.
Zeszłam na dół i nalałam sobie whisky. Napiłam sie i wyszłam zapalić. Wtedy wyczułam go. Z uśmiechem zgasiłam papierosa i poszłam w kierunku gdzie był.
Weszłam do pokoju.



-Zastrzelisz mnie w biały dzień?-zapytałam zaskoczona.
-Wreszcie cie znalazłem pijawko.-odparł Leo.
-Nie jesteś na ślubie?
-Skąd wiesz o ślubie?
-Wiem więcej niż możesz sie domyślać.
-Gadaj skąd wiesz to wszystko..
-Mam swoje źródła.



-To strzelasz bo sie trochę nudzę?
Wycelował prosto w moja klatkę piersiową.
-Co robisz w domu przyjaciółki mojej siostry?
-Zabronisz mi tu przebywać?
-Nie będzie to potrzebne bo będziesz martwa.. ale wiesz.. ty i tak już jesteś trupem.
-Ajć.. mimo mojego martwego serca zabolało. Ciekawe czy to samo mówisz o swojej siostrze i matce.
-One są inne.
-Tak? Pytałeś ile osób pozbawiły życia? Z ilu sie karmiły?
-Zamknij sie.
-To strzel.
-Strzelę.



-Taki słodki chłopczyk a za razem taki niebezpieczny. Lubie takich.
-A ja lubię kiedy dziewczynie bije serce.
-Ranisz!!!-powiedziałam i teatralnie złapałam sie za miejcie gdzie mam serce.
-I tak nic nie czujesz.
-Twoja siostra z matka też? Trochę tak głupio być łowcą a za razem mieć w rodzinie wampiry co nie?
-Nie twój interes.
Zbliżyłam sie do niego co u sie za bardzo nie spodobało.
-Jejku strzelasz czy mam tu czekać na śmierć wieczność? Bo wiedz iż ta wieczność będzie dłuższa niż twoja.



Napiłam sie po czym odłożyłam szklankę obok na szafkę.
-Jednak zanim strzelisz będziesz musiał mnie złapać przystojniaczku.-odparłam puszczając mu oko po czym znikłam.
Poszłam do lasu. Spacerowałam ścieżkami i wsłuchiwałam sie we wszystko co mnie otaczało. Mozę by zapolować na jakieś zwierzątko? Lecz lepsza była krew ludzka. Usiadłam pod drzewem przy strumyku i rozmyślałam.
Katherine i Nathan byli dla mnie dobrzy, Alanka pokochałam jednak.. zemsta to zemsta. Nie mogę być słaba. Musiałam być silna. Życie mnie tego nauczyło. Zawsze byłam sama to dlaczego teraz miałoby sie to zmienić?


(nie rozpisałam sie Katherine bo chce wam zostawić pole do popisu w sprawie ślubu bo nie wiem jak chcecie to rozegrać :) Mimo to chciałam napisać bo dawno nie było opowiadanka ode mnie. Pozdrawiam i dobranoc dziewczynki)

Od Chrissy

   Wróciłam do domu po zajęciach i napiłam się kawy.
-Po co ją piję?-Szepnęłam sama do siebie.-Moje serce nadal jest człowiekiem.
   Do drzwi ktoś zapukał. Wyczułam Elise, w mgnieniu oka otworzyłam drzwi szczęśliwa, że ją widzę.
-Przekazuję ci tylko zaproszenie, nie żebym popierała twój pomysł.
-Zaproszenie na ślub... Dobijasz mnie.
-Prosto w twoje martwe serce.-Szepnęła i odeszła.
   Przewróciłam oczami i dogoniłam ją.
-No czekaj no! Nie strzelaj we mnie tak swoimi pociskami bo to boli.
-Podobno nie masz uczuć.
-Ale potrafisz dogryźć.
-Uczę się od mistrza.-Wskazała na mnie.
-Mam klęknąć i błagać o przebaczenie?
-Tak!-Zaśmiała się.
-Dobra.
   Tak też zrobiłam. Elise zaczęła się śmiać i kazała mi wstać.
-Ludzie patrzą.
-Są tolerancyjni.-Odparłam powstrzymując śmiech.-Poważnie, zaakceptują to.
-Dobra, wybaczam. Gdzie twój brat?
-Wysłałam do Seattle. Zrobiłabym mu krzywdę... nie umiem się opanować... pragnienie mnie wykańcza. Gdy czuję głód nie jestem sobą.
-Przyzwyczaisz się. To... przyjdziesz?-Wskazała na zaproszenie.-Wiem, że to nie problem...
-To nie zadziałało.-Przerwałam jej.-Zaklęcie nie działa.
-Poważnie?-Zaśmiała się.-Gratulację na czarownicy.
-Ale... mówiła, że to uczucie jest zbyt silne by je usunąć.-Przegryzłam wargę.
-Czyli nie powinnaś iść...
-Dam radę.-Zapewniłam ją.-Ile razy cierpiałam przez facetów? Przyzwyczaiłam się...
-Ale Ethan nie jest dla ciebie jakimś tam facetem.
-Drążysz temat. Po prostu zamknijmy to.
-Mam dla ciebie sukienkęęę!-Powiedziała śpiewnie przypominając sobie o tym.
-Pokażesz?

   Allie oczywiście została zaproszona, Dante sam po nią miał przyjechać. Nathan wraz z Katherine także mieli być. Kat była u mnie, teraz miałam to gdzieś, że mi zabrania spotykania z nią. Co on jest jej ojcem?
   Mogłam wyłączyć człowieczeństwo ale po ostatnich przeżyciach bałam się to zrobić. Dla mnie wyłączenie tego było niedopuszczalne i przerażające.
   Na ślub pojechałam wraz z Allie i Dante. Byliśmy wcześniej, Dante nalegał byśmy tak się zjawili. Siedziałam na krześle wraz z Allie rozmawiając, a do nas podeszła Emilie. Matko, jak dawno jej nie widziałam.
   Za nią stał Ethan. Patrzył się w naszą stronę.
-Chrissy!-Uśmiechnęła się.-Myślałam, że nie przyjdziesz.
-Rozważałam to.-Zaśmiałam się.
   Wstałam a Elise stanęła obok mnie i przekazała mi telepatycznie Nieźle to maskujesz. Długo tak potrafisz?
   Spiorunowałam ją wzrokiem.
-Co u ciebie?-Spytała Emilie.
-Studiuję.
-Jaki kierunek wybrałaś?
-Dziennikarstwo.
-Filologia Angielska brzmi bardziej zaawansowanie.-Poprawiła mnie Allie.
-Miałaś iść na prawo...
-Nie mogłam się zdecydować. Potem zmieniłam na medycynę, a następnie na dziennikarstwo. Teraz wiem czego chcę.Idę tak poszła moja mama...
   Emilie uśmiechnęła się do mnie szeroko.
-Jesteś wampirem, jak mówiła mi Elise.
-Tak...
-Dlaczego?
-Byłam chora... i... miałam problemy...-Starałam się odpowiadać tak, bym brzmiała poważnie.
   Dlaczego? Bo miałam dość człowieczeństwa, miałam dość uczucia którego nie umiem się pozbyć? Bo kocham Ethana? Bo mi go brakuje? -Pomyślałam.
-No,no, Howl wyglądasz cudownie.-Uśmiechnął się Dante.
-A ja to co?-Allie wstała i pocałowała go.
   Uśmiechnęłam się lekko i odwróciłam wzrok.

   Czekałam na Katherine. Byli wszyscy, tylko nie ona. Był Nathan... Nie było Alana. W końcu po kilku minutach zobaczyłam ją. Od razu podeszła do mnie i przytuliła.Nie wiedziała, że jestem wampirem. Na razie powinno tak zostać.
-Ale jesteś cieplutka.-Uśmiechnęła się Kat.
-Jak to ciepła?
   Powinnam być LODOWATA.
   Spojrzałam na Allie przerażona.
-Przepraszam cię Kat.
   Podeszłam do Allie. Nie umiałam kontrolować jeszcze tego tempa wampira. Poczułam tą Sophie... Zacisnęłam zęby. Cholernie mnie kusiła jej krew. Słyszałam jak pulsuje w żyłach...
   Nie! Jej nie mogę. 
-Co się stało?-Spytała Allie.-Jak to jesteś... O cholera, jesteś naprawdę ciepła.
   Nagle wróciło wspomnienie z agencji. Przypomniałam sobie co mi wstrzykiwali kiedy byłam nieprzytomna. Coś z jakimś niewyraźnym napisem... Coś musieli mi dać bym zachowała człowieczeństwo po przemianie.
-Widz...
-Widziałam.-Szepnęła także przerażona Allie.
-Co ze mną nie tak?-Wycedziłam.-Zaraz wrócę.
   Weszłam do środka i skierowałam się do łazienki. Gdy z niej wyszłam spotkałam Ethana. Starałam się go ignorować. Nie patrzeć na niego. Jednak on mnie zatrzymał.
-Coś nie tak?
-Powinieneś przy niej być.-Spojrzałam na Sophie.
-Nie muszę być cały czas.
   Dotknął mnie i zdziwił się. Wiedział, że jestem wampirem bo to wyczuwał, ale zdziwił się temperaturą.
-C...
-Nie powinno cię to obchodzić.
-Ale...
-Ethan, idź do swojej narzeczonej, dobra?-Spojrzałam mu w oczy i wylało się ze mnie to wszystko.Mówiłam ciszej.-NIE potrafię zapomnieć o tobie. Ty zapomniałeś. Z nami się nie udało, sam to zakończyłeś więc powinieneś być z nią. Kocham cię, ale myślę, że Sophie będzie zła, że ktoś taki zakłamany i okropny jak ja z tobą rozmawia. Nie chcę cię ranić za każdym razem. Ja nie mogę zapomnieć o tobie, nie daję rady.Udaję, że mnie to wszystko nie rusza.Nie mogę być szczęśliwa... ty spróbuj. Bo ja nie jestem i nie będę. -Starłam łzy z policzka.-Dziś twój dzień. Idź i świętuj...
   Poklepałam go po ramieniu delikatnie i odeszłam.
   Trudno było mi opanować to wszystko. Musiałam być silna.

Od Ethana

 Minęło parę dni. Elise chodziła jak nabuzowana.
- Mówiłem, że to ma być skromna uroczystość - westchnąłem znużony.
- Ethan! Ślub w naszej rodzinie to coś, co zdarza się dosłownie raz na wiek! Nie może być to zwykła ceremonia!
Widząc stos zaproszeń czekających na mój podpis złapałem się za głowę.
- Elise, ja tego nie zdążę podpisać!
- Nie dbam o to - odparła rozkładając ręce.

 http://media.tumblr.com/26b3dab1f4d1eecc4d6cfd59b300774f/tumblr_mg9upeeMTJ1rct7z4o1_500.gif
Dante stojący obok niej wybuchł śmiechem.
- Co cię tak bawi? - mruknąłem.
- Noc poślubna też będzie tak wystawna? - zamruczał jak kot.

http://images5.fanpop.com/image/photos/25400000/Emmett-Cullen-emmett-cullen-25403078-500-250.gif
- Puknij się w ten swój durny łeb - mruknąłem i usiadłem za stołem.
Podpisywałem po kolei każde zaproszenie, jeśli uznawałem, że osoba powinna być zaproszona.  Prawie przy każdym zgłaszałem swoje wątpliwości, ale Elise siedząca naprzeciwko, wszystko gasiła, jednym zdaniem: "To nasza daleka rodzina, co oni sobie o tobie pomyślą?"
- Nie znam żadnej, ciotki Clary! - warknąłem w pewnym momencie.
- Oj znasz - mruknęła Emilie wchodząc do pokoju - Gdy byłeś jeszcze młody i niedoświadczony... Zostawała z tobą, by cię przypilnować pod moją nieobecność.
-  Ta Clary? - odparłem zdziwiony.
- Właśnie ta - roześmiała się matka.
Podpisałem jeszcze parę zaproszeń i wreszcie zamarłem.
- Co to ma być?
Elise przechyliła mi się przez ramię.
- No co? Nie zaprosisz Chrissy i jej brata?
Przygryzłem wargę.
- Jestem pewny,  że nie przyjdą.
- Ale zawsze wypada zaprosić - odparła Elise.
Zmrużyłem oczy.
- Ty z nią pogadaj. Po co jakieś głupie zaproszenie wysyłać?!
- Nie gadaj tyle, tylko pisz - burknęła, ale nic nie powiedziała, gdy nie podpisałem i odstawiłem to kretyńskie zaproszenie dla Chrissy.
 Godzinę potem, gdy Sophie wstała, przekazałem jej długopis. Pocałowała mnie w policzek i zabrała się do pisania, rozmawiając z Elise.
Przygnębiony udałem się na górę.
Nie chciałem tego ślubu.
Nie chciałem tego wszystkiego.
Chciałem żeby było tak jak dawniej...
Chciałem szczerze kochać.
I być kochanym...



































Gada teraz: