sobota, 28 lutego 2015

Od Chrissy

   Byłam wdzięczna Kat, że dała mi swoją krew by moja rana się zagoiła, jednak mimo tego że zniknęła nadal mnie bolało gdy się ruszałam. Miałam nic nie czuć... a tu... nadal mnie bardzo boli ramię.Lilianna musi mi trochę o tym powiedzieć, myślę, że zna się na tym. Mam nadzieję, że nic mi nie przeszkodzi w wycieczce na rezerwat.
   Siedziałam przy Ethanie i próbowałam ukryć twarz przepełnioną bólem i cierpieniem. Przecież on wyczuje to od razu ale... na razie nic chyba nie zauważył. Katherine patrzyła się na mnie pytająco, jednak ja tylko się lekko uśmiechnęłam w jej stronę zapewniając, że nic mi nie jest.
   Nie udało mi się jednak utrzymać mojego stanu w tajemnicy przed ukochanym, bo kiedy ból się nasilił gdy się tylko poruszył i otarł swoim ramieniem o moje... syknęłam lekko i od razu zareagował.
-Co ci jest?- spytał cicho.
   Milczałam i odchrząknęłam wpatrując się w Katherine prosząc o pomoc, jednak ona była zajęta rozmową z Nathanem.
   Cholera!
   Pociągnął mnie delikatnie za rękę na zewnątrz i od razu spuściłam wzrok.
-Co ci jest?- powtórzył ale wyostrzył ton.
-Nic. Źle się czuję...
-Twoja mina nie mówi tego samego. Czuję ten dziwny ból co ty, o co chodzi?
   Dotknęłam go by zapewnić, że nic mi nie jest ale nagle coś dziwnego się stało. Jakby lekki prąd nas poraził i... nic.
-Co to było?-Szepnęłam zdziwiona.
-Czemu słyszę myśli Katherine...?-Spytał zdezorientowany.
-Ach... wiem dlaczego... Katherine mówiła mi, że nie jesteś wyjątkowy. Jesteś wampirem którego nie można zabić kołkiem czy osłabić jakąś werbeną, jesteś niezniszczalny. Moja bariera nałożona na ciebie i twoją rodzinę nie jest potrzebna, bo mają ciebie. Kiedy ty znikasz ode mnie ci którzy chcą mojej śmierci pojawiają się nagle bo wiedzą, że nic mnie nie ochroni, to tak jakby czuli, że jesteś... niezwykły. Masz wiele mocy i ujawniają się one po czasie, ale... widocznie... kiedy masz ze mną jakiś specjalny kontakt... jest małe spięcie i jakby przekazałam ci moc.
-Po tylu latach się o tym dowiedziałem?-Parsknął.
-To jedna z tych mocy. Słyszysz moje myśli?
-Nie.
-Bo ci zabraniam to robić. Jesteśmy razem jak... dwa magnesy. Przyciągamy się a z tym nasza siła się kumuluje... przekazuję ci w jakiś sposób moce... Nie, nie pozwolę ci przetrzepać moich myśli.
-Masz coś do ukrycia?
-Nie,skąd...
-To mi pozwól. Ufasz mi.
-Tak, ufam... jeden ostatni raz...-Westchnęłam.
   Modliłam się, by nie odszukał wspomnienia czy myśli o ataku Rileya. Jednak... nie. Myliłam się. Znalazł ją od razu, do tego dążył. Tylko o to mu chodziło. Zacisnął zęby i spojrzał na ranę na ramieniu.
-To zły pomysł by Katherine ją usuwała.-Ruszył do samochodu a ja za nim.-Wysiadaj.
-Nie pojedziesz do rezerwatu!
-Zabiję gnidę jak tylko wejdzie mi na drogę. Rozjadę szmaciarza.
-Ethan ja chcę z nim dziś porozmawiać!
-Oszalałaś?!
-Nic mi nie będzie. Obiecuję, wrócę cała...
-A jeśli nie? Co mam zrobić, patrzeć się jak odjeżdżasz do niego na śmierć!? Mówiłem ci że to nie przyjaciel tylko niebezpieczny wilkołak a ty swoje! Nie jesteś odpowiedzialna ani trochę. Wszędzie musze mieć na ciebie oko...
-Tylko nie w rezerwacie.-Szepnęłam a on zrobił minę przepełnioną bólem, że nic nie może zrobić.-Obiecuję ci, że wrócę cała.
 
   Wysiadłam z samochodu i poszłam w stronę drewnianego średniej wielkości domku Lilianny, wyglądał jak z bajki. W okół kwiaty, z tyłu ogród... W środku lasu miała taki spokój. Zapukałam a ona otworzyła mi od razu i wpuściła do środka.
-Najgorsza wada człowieka - choruje.-Zaśmiała się.-Wejdź,proszę. Z czym do mnie przychodzisz słońce?
-Mam pytanie... Przyjaciółka...-Tak, mogę ją tak nazwać.-uleczyła mnie swoją krwią wampira by rana zniknęła...
-O nie,nie,nie... Na takich jak ty to źle działa...-Złapała się za głowę i szukała czegoś na półce pełnej fiolek i książek.-Jesteś jedyna taka na całym świecie, jesteś ważna...
-Jestem zwyczajna. Moje moce schowałam i tylko ja mogę je zniszczyć lub przywrócić... Ethan jest wyjątkowy. Ma wszystkie moce, jest nieśmiertelny. Werbena i kołki, słońce... nic go nie zabije.
-Słońce zabija wampiry które są z rodu pierwotnych. Innych to tylko pieści promieniami.
-Co z moją raną...?
-Boli cię?
-Tak... okropnie... ból doprowadza mnie do łez... piecze, jakbym dalej ją miała...
-Bo jest, tylko zakryta cienkim naskórkiem. Tak to działa, ale rana jest przykryta barierą która wygląda jak skóra. To skomplikowane...
-Naprawisz to?
-Nie. Rana zagoi się za kilka dni ale naskórek już za kilka godzin powinien zniknąć. Powinnaś zostać, zabandażuję ją zdezynfekuję... Nigdy tego nie rób, proszę cię!
-Dobrze...
-No.-Westchnęła ciężko odgarniając długie czarne włosy sięgające jej do pasa.- Rana pozostawi ślad na całe życie.
-Nawet jak... będę wampirem?
-Tak. Rana wilkołaka nie znika z człowieka nawet jak staje się wampirem. Będziesz miała ślad jak ja, tylko głębszy.
-Kto ci to zrobił?
-Sam, mój mąż. Poznałaś go. Zdenerwowałam się na niego za byle głupotę, a on... mimo że jest alfą nie panuje nad sobą.
-Jak to możliwe, że nie jesteś wilkołakiem?
-Jedna ze znajomych Sama przywróciła mnie do człowieczej formy,za co jej nienawidzę. Sam nie chce bym była tym czym on jest, mówi, że to cierpienie.
-Tak samo uważa Ethan...
-To są dwie największe klątwy na człowieka. Ale są  plusy. Jesteś z osobą którą kochasz na zawsze.
   Kiwnęłam głową i uśmiechnęłam się. Miała rację, uważałam to samo.
   Zamknęłam oczy, i zaklęciem zatrzymałam się jak teraz jestem. W wieku 19 lat przestałam rosnąć i starzeć się, jestem człowiekiem, tylko nieśmiertelna... Ethan nie musiał mnie zmieniać. Będę nadal delikatna, ciepła, taką jaką mnie pokochał. Nie musiał tego robić, ja zaklęciem załatwiłam sprawę sama.
   Riley wszedł do środka z resztą chłopaków, jednak unikałam jego wzroku. Usiadł koło mnie i przepraszał... wybaczyłam mu. Przytuliłam go.
-Przepraszam... Nie chciałem... Nie powinienem...
-Nie musisz mnie już przepraszać. Wybaczyłam ci...
-Odwieźć cię do domu?
-Tak... moja ręka coraz bardziej boli po zabandażowaniu.
-Nienawidzę siebie za to...
-Nie prawda. Chodźmy.-Wstaliśmy.

   Pod domem podziękowałam mu. Wyszliśmy z samochodu a ja za plecami poczułam tylko zimny powiew wiatru i widziałam jak Riley uderza plecami o dom Ethana.
-JESZCZE RAZ JĄ DOTKNIESZ!-Wrzasnął Ethan.-ZABIJĘ CIĘ!
-Ethan...!-Jednak on mnie nie słuchał.
   Riley zmienił się w wilkołaka i w tej chwili bałam się o Ethana. Wiedziałam, że nic mu nie grozi, tylko... po prostu. Nie chciałam by walczyli.
   Ethan podrzucił go i wywalił gdzieś dalej a ten walnął o drzewo, zapiszczał w bólu i podniósł się. Warczał, Riley nie zamierzał się poddać. Wbiegłam między nich i uprzedziłam Rileya.
-Stop!- powiedziałam błagalnym tonem.-Proszę... przestańcie. Zależy mi na was...
-Za to co ci zrobił jeszcze go bronisz?!
-Tak, bo to mój przyjaciel.
-Jeszcze raz usłyszę, że zrobiłeś jej coś! Że ją tknąłeś, to cię zabiję! Zrozumiałeś?!
   Elise wyleciała na zewnątrz i zabrała mnie do domu.
-Nie...Elise...!
-Dadzą sobie radę.-Uspokoiła mnie.
   Nathan pojawił się przede mną i przerzucił mnie przez ramię jakbym była powietrzem. Przecież on nie czuł żadnego ciężaru kiedy mnie niósł. Tylko czuł, że go dotykam. Z uśmiechem odstawił mnie na ziemię i nie pozwalał wyjść.
-Ale....
-Muszą sobie parę sprawy wyjaśnić.-Szepnęła Katherine.-Rozumiem to, Ethan walczy o swoje, pies musi wiedzieć gdzie jego miejsce.
   Kiedy Ethan wrócił, nie miał śladu po żadnej walce.
-Nic ci nie jest?-Spytała Emilie.
-Co ma mi być? Dostał kundel za swoje.
-Co mu zrobiłeś?-Zbliżyłam się do niego a on wyszedł ze mną na zewnątrz.
   Zdziwiłam się, jak po tej walce Railey dopiero co podniósł się i ruszył ledwo co w stronę rezerwatu. Wsiedliśmy do samochodu i Ethan zawiózł mnie do domu ojca.
   Usiadłam koło taty a on spojrzał na zegarek.
-No,no, na reszcie jest punktualny.-Mruknął.
-Czemu go tak nie lubisz?
-Nie znam go...
-Własnie.
-Nie znam go... ale uważam, że nie jest dla ciebie odpowiedni. Co przeżywałaś kiedy wyjechał?
-Każdy popełnia błędy tato.-Pocałowałam go w policzek i poszłam do pokoju.
   Czekał tam na mnie Ethan. Wszedł przez okno, oczywiście.
-Jesteś na mnie zła,co?A może to ja powinienem być, i jestem na ciebie wściekły jak nigdy. Pokaż ranę.
-Ale...
-Pokaż.-Podszedł i zdjął bandaż. Zacisnął zęby i wściekły na mnie i na Rileya zawinął nowy bandaż.-Jeszcze raz go zobacze, to go zabiję.
-Czemu go tak sprałeś, że zwiał i ledwo co się podniósł? Nadużywasz mocy...
-Nie. Bronię osobę, która jest dla mnie całym życiem, nadużywam mocy?
   Milczałam.
-Nigdy tego nie rób. Jeśli usłyszę, że idziesz się z nim spotkać to macie to robić na tym terenie, żebym mógł w razie czego skopać mu kudłaty tyłek.
-Będę się z nim spotykać gdzie będzie mi wygodnie. Nie pozwolę, byś go tak... obijał. Wykorzystujesz fakt, że jest młodzikiem...
-I mówię ci, mam z tego ubaw.-Zaśmiał się.-Sprać takiego jak on to przyjemność.
-Kretyn.-Warknęłam.-Wyjdź.. Mam dość...
-Chrissy...
-Wyjdź.
   Zniknął, a ja usiadłam na łóżku i wpatrywałam się w sufit... Rana zaczęła znów piec i krwawić coraz bardziej. Źle się czułam, więc... postanowiłam, że nie pójdę do szkoły. Ostatnie dni odpuszczę. Naprawdę, czuję się okropnie... mam dość tego bólu. Musze to przejść, jak na razie słuchać się Lilianny. A Riley...? Martwię się o jego stan. Ethan ma za dużą siłę i zdecydowanie przesadził... według mnie ostro przesadził.

Od Katherine

Ja prowadziłam bo Chrissy przez ranę na ramieniu nie mogła. Właśnie dlatego wolałam życie wampira. Nawet gdyby mnie postrzelono, przekuto nożem.. moje rany sie goją i nie zostaje blizna. Człowiek zwijał by się w cierpieniach. Nagle wpadłam na wspaniały pomysł. Zjechałam w boczna drogę. 
-Mogę Ci pomóc.-powiedziałam.
-Jak?
-Krew wampira nie tylko potrafi przemienić człowieka ale także uleczyć jego rany. 
-No nie wiem.
-Ethan by sienie dowiedział. 
I to ja przekonało.
-No dobra. 
Ugryzłam swój nadgarstek i dałam jej swojej krwi. Tylko tyle by rana sie zagoiła. Po chwili nie było po niej śladu.
-I jak?
-Dziękuję na prawdę. 
-Spokojnie dla mnie to nic takiego. Lubie cię, nawet bardziej niż mogłoby się zdawać.
-Ja ciebie też tylko drażni mnie to jak sie zachowujesz wobec Ethana.
-Przystojniak z niego nie powiem ale nie jestem nim zainteresowana.
-Wolisz Nathan'a?
Uśmiechnęłam się.
-Powiem ci że u mnie trudno z uczuciami.
-Pasowalibyście do siebie.. uważam tak. 
-Doceniam twoje zdanie.
-No i jakbyś z nim była byłabym spokojniejsza o Ethana.
-Teraz też możesz być. On cie kocha. Może i wyglądamy tak samo ale jak sie nas pozna jesteśmy całkiem inne. 
-Też tak uważam. Ty jesteś ta bardziej ostra. 
-Ostra? Jeszcze nikt tak o mnie nie powiedział. 
-Jesteś władcza i musisz mieć to co chcesz.
-Prawda. Taka już jestem. Ale spokojnie.. Ethana nie chcę. 
-Długo sie przyjaźniłaś z Naomi?
-To ona mnie przemieniła.
-Chciałaś tego?
Zamilkłam. Spojrzałam się przez szybę w las a wspomnienia tamtej nocy wróciły. Jednak nie dałam im sie ponieść.
-Powiedzmy że nie miałam za bardzo wyboru. 
-Jak to?
-Ty chcesz by Ethan cie przemienił?
-Tak. Kocham go i chcę z nim być długo.
-Osobiście powiem ci że są zalety wampiryzmu jak i wady. 
-Wszystko ma swoje zalety i wady. Nic nie jest idealne. 
Uśmiechnęłam się. 
-Jedziemy?-zapytałam.
-Tak. Miło tu ale chcę już do domu. 
-Ja też. Jestem głodna a ty pachniesz tak apetycznie. 
-Nie jesteś pierwszą osobą która tak mówi. 
-Wiem. -zaśmiałam sie a ona ze mną. 
Ruszyłam. Polubiłam Chrissy. Czuję że jednak wrogami nie będziemy. 


W domu już czekała na nas cała rodzinka Wood'ów. Oczywiście Ethan patrzył sie podejrzliwie na mnie a ja to olałam. 
-Odstawiłam nasz skarb bezpiecznie do domu. Nie musisz dziękować. 
Minęłam go. Zauważyłam że Nathan zerknął ciekawie w moja stronę. 
-Jestem głodna kto ma ochotę na drinka z dodatkiem?-zapytałam otwierając drzwi.
W salonie zrobiłam sobie drinka z krwią i piłam go słuchając muzyki i tańcząc powoli. Miałam ochotę na imprezę. A akurat była sobota. Może uda mi sie kogoś wyciągnąć bo samej mi sie nie chce jechać. 

Od Ethana

 Znowu szkoła. Szczerze, nudziło mnie to ganianie do tej dziury i udawanie pilnego ucznia. Wszystko i tak już umiałem, a uczęszczałem do liceum tylko po to by jak najdłużej zostać w Forks... Lecz pewnego dnia...
Wszyscy stąd i tak wyjedziemy.
Przewróciłem oczami widząc kanapki leżące na brzegu blatu.
- Nigdy ci się nie znudzi robienie ich Emilie? - spytałem rozbawiony.
Westchnęła.
- To takie... Przyjemne... Mam poczucie, że dbam o własne dzieci.
Miałem już powiedzieć, że i tak ich nie jemy i podrzucamy bezdomnym czy dokarmiamy psy, ale była zbyt wzruszona chwilą i nie chciałem burzyć tego "błogiego" nastroju. Bez słowa zgarnąłem kanapki i rzuciłem jeszcze.
- Chrissy może się skusi.
- O właśnie - radosna zaklaskała w dłonie.
Roześmiałem się cicho. Czasami zachowywała się jak mała dziewczynka, a nie poważna, dorosła kobieta.
Gdy wychodziłem, tak jak się spodziewałem usłyszałem za sobą jej głos.
- Ethan...? Nie zapomniałeś czegoś...?
Przewróciłem oczami i cmoknąłem ją w policzek. Dopiero wtedy zadowolona mnie puściła.
Emilie może nie była naszą biologiczną matką, ale tak ją właśnie traktowaliśmy.  Byliśmy dla niej jak dzieci, których nigdy nie mogła mieć...
  Nathan z Elise czekali już w samochodzie. Dantego... nie było. Przesłał nam tylko krótką wiadomość, że "mamy się nie martwić i wkrótce wróci". Podejrzewałem gdzie jest, nawet się z tego powodu cieszyłem, tylko żałowałem że nie wziął mnie do wykonania tego "przyjemnego" zadania.
- Maminsynek musiał jeszcze dać buziaczka na pożegnanie? - zadrwił Nathan.
Usiadłem obok niego i dotknąłem go palcem w twarz.
- A czy to nie na twoim policzku widzę świeży ślad szminki?
Nathan już nie odpowiedział, a rozbawiona Elise powiedziała.
- Psssst.... Zgasił.
Roześmiałem się głośno i Nathan też parsknął w końcu. Dalszą drogę kierował już rozchmurzony.
- Jedziemy po Chrissy? - spytał gdy byliśmy już niedaleko jej domu.
- Tak - odparłem i wpatrzyłem się w ponurą panoramę Forks.
Gdy zaparkowaliśmy pod domem jej ojca, a Nathan raz zatrąbił wyszedł jej ojciec.
Zmrużywszy oczy, nerwowym okiem skierował się do samochodu.
Chyba mnie rozpoznał, a zbytnio za mną nie przepadał.
- Dzień dobry - przywitałem się wysiadając z samochodu.
Na wszelki wypadek postanowiłem nie ściskać mu ręki.
- Dzień dobry chłopcze - odparł chłodno. Specjalnie użył tego protekcjonalnego słówka.
- Chrissy już się ubiera? - wychyliłem się przez jego ramię, sądząc, że ukochana zaraz wyjdzie.
Teraz dotarła do mnie jej woń... A raczej brak tej woni.
Zdenerwowałem się nie na żarty.
Ojciec śledząc uważnie każdy mój ruch odparł powoli.
- Niepotrzebnie przyjechałeś... Ethanie - skrzywił się lekko wypowiedziawszy moje imię, co nie umknęło mojej uwadze - Moja córka pojechała ze swoją przyjaciółką.
Zdezorientowany uniosłem brwi. Przyjaciółką? Allie leży jeszcze nieprzytomna...
Chyba, że Jessica...
- Kamile... Czy jakoś tak... - mruknął.
- Chyba... Katherine - zauważyłem łagodnie.
Machnął ręką.
- No, jakoś tak. W każdym razie pojechały dziesięć minut temu. I nie sądzę, żeby specjalnie zawróciły, żebyś  t y  mógł ją zawieźć - dodał złośliwie.
- Yhm - mruknąłem pod nosem. Kompletnie nie zwracałem uwagi na ojca Chrissy. Byłem już daleko myślami...
Coś jeszcze mówił, ale zignorowałem go. Wtrącałem pojedyncze monosylaby, gdy wymagana było to ode mnie wymagane.
- ... punktualny. Wracanie zbyt...
Czy Chrissy pojechała z Katherine?
- ..życzę sobie...
Czemu Kat po nią przyjechała, jeśli żyły w dosyć chłodnych relacjach?
- ..wieczorem jest...
Czyżby jakaś zmiana? A może zabrał się z nimi ten kundel?
- ... mnie?!
Niee, to raczej niemożliwe. Katherine nie toleruje wilkołaków...
- Ethanie! - warknął i przywrócił mnie na ziemię.
- Przepraszam - mruknąłem i natychmiast się zreflektowałem.
Prowadziliśmy jeszcze krótką rozmowę. Obiecałem, że będę ją odwoził o czasie i dbał o jej bezpieczeństwo (co już dawno sobie obiecałem). Gdy skończyliśmy, pożegnał się ze mną chłodno tak jak i przywitał i odszedł wyniosłym krokiem w kierunku domu. Ja wsiadłem do samochodu. Jak najszybciej chciałem dotrzeć do szkoły... Ciekawiło mnie co się takiego stało...

Od Chrissy

   Zeszłam na dół do kuchni żebym mogła posprzątać kieliszki i resztę po tym jak z Ethanem wypiliśmy jedno z win ojca. Miał tak fantastyczne wina, nie wiem skąd je  wytrzasnął... Chyba nawet nie zauważy jak z jego barku zniknie mu jedna butelka.
   Kiedy wkładałam je do zmywarki Ethan pocałował mnie w szyję, przeszły mnie przyjemne ciarki.
-Twój ojciec nie będzie zły że jego kochana córeczka wypiła mu z barku jedno z jego najlepszych win?-Roześmiał się.
-Nie...
   Wystraszyłam się,kiedy z rąk wypuściłam kieliszek. Ethan na szczęście go złapał i podał mi a ja odetchnęłam z ulgą.
-Dzięki... Ojciec by mnie zabił...
-Czemu przywiązuje wagę do tak mało istotnych rzeczy?
-Nie wiem - wzruszyłam ramionami.
-Gdzieś się dziś wybierasz?
-Tak. Dawno nie widziałam się z Jessicą, muszę to naprawić. Potem spotkam się z Rileyem...
-Mówiłem ci, że ten wilczek jest niebezpieczny.
-Nie jest...
-Chrissy, rozumiem, że jesteś przywiązana do swoich przyjaciół, ale akurat co jak co na wilkach się znam.
-Ale nie wiesz jaki jest!
-Wiem, że łatwo jest im się wpoić w kogoś, nie panują nad sobą.
-Jestem odpowiedzialną osobą, na pewno potrafię o siebie zadbać mądralo.-Mruknęłam pod nosem i zamknęłam zmywarkę.
-Jeśli coś ci zrobi, to go rozszarpię.
-Złamiesz jedną z waszych umów...
-Pieprzę te umowy, już ci o nich powiedział?
-O tych najważniejszych, byłam ciekawa jakie one są.
-Żadna umowa mnie nie obchodzi, jeśli chodzi o ciebie.
-Ethan...-Szepnęłam.
-Kocham cię, przestań zgrywać odważną bo wiem, jak bardzo przeraża cię ten świat. Jedyne osoby które są przy tobie to przyjaciele, a nawet oni potrafią zranić. A ty nie chcesz w to wierzyć.
   Przytuliłam go mocno. Boże, kto mnie rozumiał bardziej niż on...?
   Spotkałam się z Jessicą, jednak nie była zadowolona z tego, że Allie zerwała z nią kontakt przez sms, chociaż wiedziałam doskonale kto za tym stał. Dante lub jego rodzeństwo za tym stoi, ale dobrze, że nie musiała tego robić Allie. Będzie zagubiona po przemianie, a ja nie mogę przy niej być dopóki nie opanują jej głodu i w ogóle... jej nie opanują.
-Allie ma ciężko, ale masz mnie tak? Kocham cię, zawsze byłaś dla mnie siostrą i nie przejmuj się Allie.-Uśmiechnęłam się i przytuliłam ją.
   Uśmiechnęła się i westchnęła. Martwiła się o nią, ale doskonale wiedziałam, że nie ma możliwości żeby ponownie zaczęły rozmawiać... chyba, że Allie poradzi sobie doskonale z powstrzymaniem głodu... w co wątpiłam.
-Idziesz się spotkać potem z Rileyem?
-Tak - uśmiechnęłam się do niej szeroko - kiedy wrócił... a raczej złożył mi wizytę... no... fajnie by było znów wznowić kontakt. Lubię go.
-A co na to Ethan?
-Nie jest o mnie nigdy zazdrosny.-Zaśmiałam się.
-No co ty? Nawet jak idziesz z jakimś swoim bliskim przyjacielem...?
-Nie.-Wzruszyłam ramionami.-To ja odwalam robotę zazdrośnicy.
-Gdzie tu się dziwić? Przystojny jest... Ale Riley też jest świetny.-Westchnęła marzycielsko.-Ale to tylko mój przyjaciel!-Zaznaczyła.
-Oczywiście, ja nic nie mówię.
-Podwiozę cię do rezerwatu, co?
-Jasne.

   Riley wyszedł po mnie z motorem i zabrał mnie do reszty watahy. Poznałam dziesięć kolejnych wilkołaków, którzy okazali się być całkiem przyjaźni.
-Duuuużo nam o tobie opowiadał.-Zaśmiał się Dan.
-''Zadzwonię''- dodał Seth - ''Może jednak nie!''
   Uśmiechnęłam się a Riley pociągnął mnie w stronę warsztatu. Schował motor i poszliśmy do lasu, tam zaczęliśmy rozmawiać. Teraz on wyczuł Ethana i najwyraźniej nie spodobało mu się to.
-Cuchniesz pijawą.
-Ethanem. - poprawiłam go.
-Jedno i to samo. Co za różnica?
   Zdenerwowałam się ale nie pokazywałam tego. Nie to, że bałam się Rileya, bo tak nie było. Nie chciałam psuć między nami relacji. Wiedziałam, byłam wręcz przekonana, że nic a nic mi nie zrobi poważnego.
-Dobrze, że ciebie mam jako człowieka.
-Właściwie...- odchrząknęłam a on spojrzał się na mnie i zatrzymał.-...to nie, bo za miesiąc...
   Pokręcił głową. Był zły... wściekł się.
-Nie żartuj, że z jego powodu chcesz być taka jak on?!-Podniósł głos, a ja milczałam.-Nie pozwolę, by zrobił z ciebie trupa. Oni nawet nie czują.
-Riley...-Zaczęłam, ale on przyłożył moją dłoń do miejsca, gdzie miał serce.
-Czujesz to? Ciepło bijące ode mnie? Przyjemne, nie to, co chłód martwego ciała które żywi się takimi jak ty.
-Ethan taki nie jest, nie znasz go...
-Znam ten gatunek. Od lat żywią się krwią ludzi i niszczą ten świat. Gdyby nie rezerwat i nie te pieprzone umowy już dawno bym ich rozszarpał.
-Bo wybrałam wampira?!
-Tak. Jesteś głupia, że wybrałaś jego. Wolałbym bys umarła niż stała się jednym z nich.-Warknął.
-Naprawdę to powiedziałeś.-Szepnęłam.
-Tak! Mam gdzieś to, że wybrałaś jego! Nie zasługuje na ciebie. Zniszczy cię.
-Nie mów tak o nim.-Warknęłam.
-Bo co?!
   Uderzyłam go w twarz, a on stał się czerwony, jego ciepło poczułam wyraźnie, gotował się w środku. Zmienił się w wilka i chcąc mnie zaatakować udrapał mnie w ramię kiedy się odwróciłam. Na szczęście nie był jednym z synów alfy więc nie jestem zakażona. Ale ból był tak nieznośny, że nie umiałam go wytrzymać.
   Upadłam na ziemię i zwijałam się z bólu. Ramię krwawiło i nie potrafiłam się uspokoić. Zaczęłam płakać, zjawiły się inne wilkołaki które zareagowały od razu. Sam, przywódca sfory wraz z Harrym odciągnęli Riley'a a sami zadbali o to, by rana została odkażona i zabandażowana. Lilianna (dziewczyna Harrego) była jednym z najlepszych lekarzy w Seattle, tylko spędzała tu weekendy wraz ze swoim ukochanym. Była człowiekiem.
   Udało jej się zatamować krwawienie które zdawało się nie mieć końca. Jednak Lili zachowała spokój i kiedy skończyła pracę nad moim ramieniem odetchnęła z ulgą. Ona miała wielki zadrapanie na twarzy.
-Nie zostanie ci ślad, jak mi.-Uśmiechnęła się.-No... może... zostanie.-Westchnęła.
-Dziękuję.-Jęknęłam dalej cierpiąc z bólu.
-Zadzwonię po kogoś by po ciebie przyjechał.-Uśmiechnęła się.-Dam ci jeszcze zastrzyk przeciwbólowy.
   Zadzwoniła po Jessicę, byle nie po Ethana czy jego rodzeństwo, miało już na głowię Allie a na dodatek Ethan jak się dowie zamorduje Rileya za to, że śmiał mnie w ogóle dotknąć.
-Uważajcie na Ethana...-Szepnęłam.-Może się wściec.
-Będziemy ostrożni. W razie czego zadzwonię do ciebie.
-Przyjadę po niego jeśli się dowiem że zniknął.
   Wróciłam do domu i nadal cierpiałam. Rana była okropna, a piekła okropnie. Do pokoju weszła Katherine. Spojrzałam na nią i uśmiechnęłam się.
-Co? Dostałaś od wilkołaka?-Usiadła koło mnie.-Mogę zobaczyć?
   Odsłoniłam lekko bandaż, całe ramię miałam zadrapane od krwi... wyglądało paskudnie.
-Auć...-Syknęła.-Nawet mnie to przeraziło. Wkurzyłaś wilkołaka, jesteś chora psychicznie?-Zaśmiała się.
-Boli...-Szepnęłam.
-No już, będzie dobrze.-Objęła mnie ramieniem co mnie zdziwiło.
-Co robisz w domu mojego ojca?-Spytałam.
-Chciałam zobaczyć co u ciebie, w domu Woodów panują pustki. Zajmują się Allie. Spędziłam czas z Damonem i przyszłam tu. Nic nie powiem Ethanowi, słowo honoru.-Puściła mi oko.
   On sam się dowie... nie pozwolę mu skrzywdzić Rileya nawet po tym co mi zrobił. Mogłam nie wchodzić w dyskusję z wilkołakiem... niepotrzebnie go rozjuszyłam...

Od Naomi

Roland zapukał do mojego pokoju.
-Mogę?-usłyszałam pytanie za drzwi. 
Nawet nie drgnęłam. Leżałam na łóżku i wpatrywałam sie w sufit. Roland otworzył drzwi.
-Przyszedłem porozmawiać i powiedzieć ci że Damon niedługo jeszcze będzie chodził po ziemi.
-Kogo wysłałeś by go zlikwidować? 
-Wpadłem na lepszy pomysł. 
-Jaki?
-Wysłałem parę wampirów do jej domu. Moi szpiedzy donieśli mnie że tam przebywa przyjaciółka Chrissy. Kazałem im przemienić ją. Oni pomyślą że to Damon i sami go zabiją. Zaszkodzę i wampirzej rodzince jak i Damonowi. 
-Sprytne.-odparłam.-Czemu ja nie mogłam tego zrobić? 
-Jesteś Hunterem. A poza tym jesteś inna niż wampiry i nie możesz przemieniać. Twoje ugryzienia są niegroźne. Nie posiadasz bowiem jadu. 
-Czasem wolałabym być taka jak przed śmiercią.. tą drugą śmiercią. 
-Słabsza niż teraz? Chciałabyś być nadal zwykłym wampirem? Nie miałabyś tego co teraz. Takiej mocy i nadal przyjaźniłabyś sie z tymi nędznymi istotami. 
-W twoich ustach to brzmi inaczej. Masz racje. Teraz jest lepiej .Teraz mam ciebie. 
-Ale i Mike.
-To tylko zwykły wampir. Nie przejmuj się. 
-Jednak w pewnym stopniu też należysz do niego. A ja nie lubię sie dzielić tym co moje.
-Zawsze mogę go kochanie zabić.-powiedziałam siadając na kolanach Rolanda. 
-Kusząca propozycja jednak nie teraz. Nie zabijesz go a przyprowadzisz tu. I trzeba odzyskać Katherine. Nie lubię tracić zabawek. 
-Wszystko co powiesz jest dla mnie rozkazem. -pocałowałam go. 

Wieczorem wybrałam sie na miasto. Miałam spotkać siew parku na przeciwko szkoły z Mike. Jednak kiedy czekałam poczułam ten zapach. Damon. Poszłam prosto za zapachem aż do szkoły. Zobaczyłam go na korytarzu. Wyglądało to tak jakby czekał na mnie. 
-Co twój szef knuje?-zapytał.
-Niegrzecznie tak sie nie przywitać nie uważasz?-powiedziałam.
-Odpowiedz mi na moje pytanie. 
-Nie rozkazuj mi.



Odepchnęłam go w głąb korytarza. 
-Nie rozumiem jak on musi manipulować tobą że służysz swojemu mordercy. I to podwójnemu. 
Nie zrozumiałam. Mordercy? 
-Bredzisz. Lepiej ciesz sie ostatnimi chwilami swojego nędznego życia/nieżycia. 
-Co zrobiliście?
-Wkrótce się dowiesz. 
Znikłam. Poszłam do parku gdzie czekał już nam nie Mike. Trochę mi sie go szkoda zrobiło. Jednak szybko sobie z nim poradziłam i dostarczyłam go do agencji. Patrzyłam sie jak odzyskuje przytomność po czym straż podaje mu werbenę. Patrzył sie osłabiony w moje oczy. W jego oczach był widoczny ból, dezorientacja i zaskoczenie. Był załamany. Coś wtedy drgnęło w moim sercu. Coś co powinno być martwe. Miałam dziwną ochotę uwolnić Mike jednak ta silniejsza część mnie która miała rozum pozwoliła by zabrali go. Poszłam do Rolanda. 

piątek, 27 lutego 2015

Od Chrissy



  Usiadłam z Rileyem na ziemi, był jakiś dziwny. Spacerowaliśmy długo i dużo rozmawialiśmy, w końcu przypomniałam sobie to, że przecież mówił u mnie w domu, że miał jakieś problemy, zaciekawiło mnie to.
-Jakie miałeś problemy, że nie było cię przez większość czasu w szkole i w ogóle... w moim życiu?
-Em... Nie chodziłem do szkoły w której ty jesteś, musiałem być w rezerwacie.
-Dlaczego?-Spytałam zdziwiona.-Przecież byłeś na przerwach...
-Tylko na lunchu a na balu byłem... powiedzmy dla bezpieczeństwa Allie. Temu kretynowi nie można ufać.
-Co się działo? Powiedz.
-Przechodziłem trudny okres... jako wilkołak... musiałem się pilnować... przechodziłem przemiany, pełnie... sfora musiała mieć na mnie oko.
-Jesteś... wilkołakiem...?-Wydusiłam z siebie.-Od kiedy?!
-Paul był pijany, kiedy odprowadzałem go do domu wyczuł niedaleko wampira... chciał zaatakować, jako pijany wilkołak traci kontrolę bardzo łatwo niż przeciętny... Udrapał mnie i nieźle poturbował. Byłem zbyt blisko i zakaził mnie.
-Można się tym zakazić?
-Tylko od alfy lub jego syna czy córki.
-Paul jest synem...
-Sama.
-Kiedy to było?
-Jakoś pięć miesięcy temu. Musiałem się z tym kryć i to nie było łatwe. W szkole czasem byłem na lunchach żebyś myślała że jestem w szkole cały czas lub często choruję, dlatego mnie nie ma. Nie pytałaś o nic, więc zniknąłem ze szkoły miesiąc po przemianie.
-Nic nie zauważyłam... miałam tyle spraw.-Byłam zaskoczona.
   Uśmiechnął się i puścił mi oko.
-Ale ty jesteś rzeczywiście ślepa.-Mruknął.
-Ale nie głucha kretynie!-Zaśmiałam się i lekko uderzyłam go w ramię.
-Nie mów swoim wampirom o tym, że masz przyjaciela wilkołaka. Pewnie i tak mnie wyczują od ciebie.
-A to coś zmieni?-Spytałam nie rozumiejąc.
-Jak wiesz, wampiry i wilkołaki się nienawidzą. Nie mogą włazić na teren rezerwatu, kiedy jestem tu mogą mnie wyczuć.
-Ale oni są w porządku, nie powinno dojść do spięcia między wami...
-To natura tak działa, nie to czy jesteśmy w porządku czy nie. Poza tym jest coś takiego jak... wpojenie. To coś silniejszego niż zakochanie się w kimś. Chce się chronić tą osobę, być z nią cały czas...
-Mówisz to tak, jakbyś znał to uczucie.-Szepnęłam.
   Uśmiechnął się lekko, miał coś powiedzieć, ale zadzwonił mój telefon. Dzwoniła Elise.
-Słucham?
-Chrissy... Allie ma zamknięte drzwi... nie wiem co się dzieje...
-To wyłamcie moje drzwi i wejdźcie, zaraz tam będę. Odzywa się czy coś?
-Nie...
   Spoważniałam.
-Zaraz... zaraz tam będę...-Szepnęłam i zwróciłam się do Riley'a.-Odwieziesz mnie pod mój dom?
-Nie ma sprawy.-Podniósł się i podał mi dłoń by pomóc mi wstać.
   Wyskoczyłam z samochodu i zobaczyłam wyłamane drzwi... tak, na moje pozwolenie jednak je wyłamali. Chociaż ładnie z boku postawili...
-Dziękuję, Riley. Do zobaczenia.-Pocałowałam go w policzek i pożegnałam się z nim.
   Weszłam do domu a raczej wbiegłam. Na dole w salonie siedzieli wszyscy, tylko nie Dante. Zdziwiona stanęłam przed nimi i wpatrywałam się w Elise. Spojrzała się w moją stronę i wstała.
-Miał miejsce wypadek...-Szepnęła.
-Jaki wypadek?!-Podniosłam głos.
   Poczułam, jak Ethan próbuje swoim darem pomóc mi się uspokoić.
-Przestań!-Wrzasnęłam na niego.-Co z nią?
-Dante z nią jest...
-CO-Z-NIĄ?
-Ktoś tu był... jakiś wampir.-Odezwała się Emilie.
-Jaki wampir?!
   Spojrzałam na Ethana i znałam ten wyraz twarzy, wiedziałam o kim myśli i kogo podejrzewa, na dodatek z kim podzielił się swoją złotą myślą.
-To nie Damon...
-Tylko on tu był.
-To nie on. Nie mówcie, że wierzycie w to, że Damon to zrobił...-Spytałam reszty, jednak milczeli.
   Pokręciłam z niedowierzaniem głową.
-I...- kontynuowała Emilie -... ugryzł ją...
-Przemienił... Allie...?
-Przez przemianę... dziecko umarło... Kiedy jej ciało przestało...
-Stop... stop!-Mruknęłam i poszłam do Allie na górę.
   Dantego nie było. Wiedziałam, że poszedł albo skopać Damona, albo zrobić coś równie głupiego. Allie leżała na łóżku, zmieniła się. Było to widoczne na pierwszy rzut oka.
   Na dole nadal byli wszyscy.
-Ile potrwa przemiana?-Spytałam cicho.
-Trzy dni, może cztery.-Odparła Emilie.
-Dante zniknął.-Powiedziałam to, jednak każdy z nich udawał, że tego nie słyszał.
   Patrzyłam na nich z niedowierzaniem.
-Spokojnie...-Szepnęła Elise.
-NIE MACIE DOWODÓW ŻE TO ZROBIŁ DAMON!-Krzyknęłam zła.-Przestań z tym pieprzonym darem!-Warknęłam do Ethana.
   Podszedł do mnie jednak odepchnęłam go. Wyciągnęłam telefon i próbowałam dodzwonić się do Damona. Nie odbierał. Więc został mi tylko Riley.
-Co tam młoda?-Usłyszałam jego głos.
-Potrzebuję cię.-Poszłam w stronę wyjścia.-Teraz...Gdzie jesteś?
-W domu, mogę zaraz być pod twoim domem.
-Okej... ile ci to zajmie?
-Jako człowiek, czy jako wilk?
-Zmień się w wilka i bądź jak najszybciej. Postaraj się wyczuć Damona...
-Znajdę go, bądź spokojna.
-Spotkamy się przy ratuszu.-Rozłączyłam się.
-Chrissy - usłyszałam za sobą Elise - idziesz gdzieś z wilkołakiem, tak?
-Tak. To mój przyjaciel...
-To niebezpieczne.-Spoważniała Emilie.
-To tylko Riley.-Złagodniałam.-To mój przyjaciel. Nic mi nie grozi.
-Wiesz, że nie mogę wkroczyć do rezerwatu w razie czego.-Stanął przede mną Ethan kiedy się odwróciłam.
-Wiem. Nic mi nie grozi. Ufasz mi?
-Jemu nie ufam.-Spiął mięśnie.
   Pokręciłam głową i wyszłam.
   Po całej akcji i całej próbie odnalezienia Damona byłam spokojna, że Dantemu nie udało się go znaleźć. Byłam spokojna, że nic mu nie grozi.
-Co jesteś taka zła?-Spytał.
-Uuu, królowa lodu idzie uwaga ludzie!-Krzyknął Riley a ja minęłam go.
-Przepraszam cię... dziękuję za znalezienie Damona.
-Trochę był zły, że jest w jednym pomieszczeniu ze mną...
-Chciał cię zaatakować?
-No i zaatakował...
-Co mu zrobiłeś?-Spytałam.
-Ehm...
-Co zrobiłeś?-Wyostrzyłam ton.
-Zadrapałem mu trochę twarz... wygląda okropnie. Zadrapanie wilkołaka na twarzy wampira schodzi nie łatwo, może za dwa miesiące zejdzie...
-Jak mogłeś to zrobić?
-A ty byś dla wszystkich chciała dobrze, co?
-Tak.-Syknęłam.-Musze wracać... do zobaczenia.-Przytuliłam go i odszedł zmieniając się w wilka. Zniknął za drzewami a ja zadzwoniłam po Ethana.
   Wsiadłam do jego samochodu i ignorowałam jego marszczenie nosa. W końcu zdenerwowało mnie to.
-Czego się tak krzywisz?
-Smród wilkołaka nawet tak piękny zapach jak twój potrafi usunąć.
-Zawieziesz mnie do domu taty...?
-Czemu do niego?
-Bo u ciebie nie mogę cały czas mieszkać. Miało to być na jedną noc, teraz muszę trochę pobyć z ojcem i bratem. U mnie jest Allie jako wampir... jak się obudzi będzie chciała mnie zeżreć.
-No to wiem, chodziło mi raczej o to czemu nie chcesz mieszkać u mnie.
-Odpowiedziałam na to... Nigdy więcej nie kontroluj mojego nastroju.
   Bez słowa ruszył, ale nie pod mój dom. Starał się ze mną porozmawiać, miałam z niego ubaw, że denerwuje go to jak cuchnę wilkołakiem.
-Dobrze, że tego nie czuję...-Westchnęłam zadowolona i napisałam tacie że będę w domu o dziewiętnastej.
   Jednak było dłużej, niż planowałam. Straciliśmy poczucie czasu. Kiedy weszłam do domu usiadłam koło taty oglądającego mecz. Leon już dawno spał, przecież jest pierwsza w nocy.
-Ten młody działa mi na nerwy.-Mruknął ojciec.
-Młody ma imię.
-Boję się o ciebie...
-Ethan nic mi przecież nie zrobi.
-Lepiej, żeby ten twój ''Ethan'' odwoził cię regularnie.
-Mam dziewiętnastkę na karku tato.-Zaśmiałam się.
-I dlatego wolałbym, by bardziej miał na ciebie oko i odwoził cię tu punktualnie o wyznaczonej godzinie.
-Wiem, że nie chcesz stracić mnie jak straciłeś mamę.
   Zignorował to i rozpoczął inny temat.
-Co z Rileyem? Kiedyś spędzałaś z nim więcej czasu niż teraz.\
-Miał kłopoty... musiał uporządkować swoje życie, teraz znów się spotykamy.
   Wyczułam, że ojciec wolałby bym była  z Rileyem niż Ethanem, ale nie ruszało mnie to.

   Rano wyszłam z łazienki zdenerwowana na brata, który właśnie zakosił moje ubrania. Zacisnęłam zęby i owinęłam się ręcznikiem. Wyszłam by pójść do pokoju po nie, ale przede mną stanął Ethan.
-Ten widok zdecydowanie bardziej mi się podoba.-Uśmiechnął się.-Tylko bez ręcznika.-Dodał.
   Młody wyszedł z mojego pokoju i stanął koło Ethana.
-Ten koleś jest dziwny.-Odezwał się Leo.-Wszedł przez okno.
   Podrapałam się po głowie uśmiechając się do Ethana.
-Tez tak mogę?-Spoważniałam.
-Nie. Idź na dół.
   Ojciec pojechał do pracy a mój brat zniknął u swojego kolegi na noc, więc miałam dom dla siebie.
   Odwróciłam się od Ethana w poszukiwaniu ubrań.Złapał mnie w talii i przyciągnął do siebie.
-Dokąd to?
-Po ubrania...
-Skoro dom mamy dla siebie...-Mruknął i pocałował mnie w szyję.
-Zmień mnie.
-Znowu ta sama śpiewka.-Roześmiał się i delikatnie pchnął w stronę drzwi.
   Zatrzymałam się i zamknęłam oczy.
-Martwię się o Allie.-Szepnęłam.-Przez jaki czas nie będę mogła jej widzieć?
-Dwa tygodnie. Musimy dopilnować żeby potrafiła opanować głód.-Westchnął i powąchał moje włosy.-Świetnie, że nie cuchniesz już wilkołakiem. I uważaj na niego... jak ci coś zrobi to go zamorduje.
-Nic mi nie zrobi.
-I tak mam na niego oko.-Spoważniał.

Od Ethana

- Gdzie masz dziewczynę? - spytałem rozbawiony Nathana, wylegując się na kanapie.
Posłał mi złe spojrzenie.
- Nie mam dziewczyny.
- A Katherine jaką pełni funkcję? Konkubiny? - parsknąłem śmiechem, a on rzucił we mnie z całej siły w poduszką.
- Ale ty jesteś dożarty - mruknął.
- Bracie, to nie robi na mnie wrażenia - odparłem rozbawiony i wziąłem wazon do ręki.
- Ethan! Rozwalimy salon Emilie, jak zaraz wezmę coś większego.
- Życie - wzruszyłem ramionami i rzuciłem w końcu tym wazonem.
Nathan się wściekł i się zaczęło.
On krzesło
Ja stół. 
On fotel.
Ja...
- Co tu się dzieje?! - spytała wściekła matka stając w progu.
Salon był cały zdemolowany. Rozbite szkło, kawałki drewna, papiery, podarty materiał.
Odstawiłem sofę i trochę zmieszany podrapałem się po głowie.
Wpłynąłem na nastrój Emilie i po chwile się uspokoiła. Była świadoma, że to robię, jednak nie protestowała. Po chwili spytała spokojnie.
- Ethan, Nathan. Chłopcy wyjaśnijcie mi dlaczego zachowujecie się jak pięcioletnie dzieci?
- Bo nimi jesteśmy - wyszczerzyłem zęby w szerokim uśmiechu.
 - Mój za siebie  - odparł Nathan i posyłając mi wzrok wyszedł z salonu.

http://media.giphy.com/media/fhQnT4UZyQ6xa/giphy.gif
Zdziwiona Emilie uniosła brwi i chwilowo zapomniała o zdemolowanym salonie.
- A z nim co?
Wzruszyłem ramionami i opadłem na kanapę.
Faktycznie, z Nathanem od pewnego okresu działy się dziwne rzeczy... Nie żartował tak jak zwykle. Nie śmiał się pełną gębą. Nie był taki radosny.
Trochę się z tego powodu nachmurzyłem... Musiałem pogadać z nim.
Ale to potem, bo w tej właśnie chwili do domu wrócił Dante.
Emilie cała się spięła i usiadła obok mnie. Od razu wyczułem nastrój Dantego.
Wpadł do środka przerażony i spytał nas obu.
- Dlaczego mi wcześniej nie powiedzieliście?!
Popatrzyliśmy się po sobie z Emilie. W progu pojawił się z powrotem Nathan.
- Ja dowiedziałem się niedawno - podniosłem rękę w geście obronnym.
- A ty Emilie?! Jak mogliście to przede mną zataić! - krzyknął, przeczesując sobie włosy, z których wypadły resztki liści.
Chrząknąłem.
- Dante, nie denerwuj się.
- Będę miał dziecko z Allie, a wy....!
Emilie popatrzyła na mnie znacząco, a ja zacząłem darem uspokajać Dantego. Podeszła do niego i położyła mu ręce na ramionach.
- Synu... Baliśmy się jak zareagujesz..
- I ja się musiałem dowiedzieć na samym końcu?! Ja?! Ojciec?! - powiedział, ale już spokojniejszym tonem.
- Dante, Allie się bała... Proponuję abyśmy zaraz do niej pojechali.
Wstaliśmy wszyscy i skierowaliśmy się do drzwi. Tak, najwyższy czas żeby  ze sobą porozmawiali.




























czwartek, 26 lutego 2015

Od Chrissy

   Rano od razu wyszłam z domu kiedy reszty nie było. Katherine siedziała w salonie i uśmiechnęła się do mnie. Przywitałam się z nią i wzięłam kluczyki od swojego samochodu. Jak ja dawno nim nie jeździłam. Tylko stał i lśnił swoją czernią a teraz zabolało mnie, że tak dawno nim nie jeździłam.
-Ładny samochód.-Odezwała się Kat.
-Wiem... i dzięki. Gdzie reszta?
-Polowanie.
-A ty nie poszłaś?
-Byłam wcześniej.-Wzruszyła ramionami. -A ty gdzie?
-Do Allie.
-Latasz do niej dosyć często, ma przecież Dante... jak dobrze słyszałam.
-No, tak... ma, tylko, że... nie mam odwagi mu tego powiedzieć.
-A co, ty adwokat jesteś tej Allie? Niech sama powie.
-Nic z tego. Reszta uważa, że lepiej by dowiedział się teraz niż później.
-Ludzie są tak beznadziejni...Ale cię lubię, jak nie jesteś zazdrosna.
-Ja ciebie też, jak mnie nie denerwujesz.
   Wsiadłam do samochodu i podziwiałam jego cudowne wnętrze. Było tu tak czysto że można było tu jeść. Pędziłam przez Forks do Allie, chociaż nie musiałam się spieszyć.
   Kiedy weszłam do domu Allie siedziała w kuchni i jadła ciasto czekoladowe. Zdziwiona usiadłam na przeciwko niej i przyglądałam się przyjaciółce z rozbawieniem.
-Jak jesz to tak szybko i nie jesteś uwalona czekoladą?
-Pycha ciasto...-Uśmiechnęła się.-Trzeba mieć klasę, żeby się nie uwalić takim cudownym ciachem.
-Lepiej ci?
-Nie... Ale jeden plus ciąży jest następujący... Mam zmianę nastrojów i cudownie jest czuć się lepiej a raz gorzej.
-Powiedz Dante o ciąży.-Nacisnęłam.
-Nie.Mówiłam już.
-Czemu?
-Bo mnie zostawi, jak większość facetów. A to wampir, po co ma się użerać z dzieckiem-wampirem przez resztę życia? A jak się dowie to będzie próbował być tak ''szlachetny'' i zacznie udawać, że go to nie rusza i chce być ze mną dalej a tak naprawdę nie będzie chciał mieć ani dziecka ani mnie.
-Pff! Ale masz wyobraźnię.
-Wyobraźnię? Stwierdzam niezbity fakt! Tak jest z większością tego gatunku.
-Przekonaj się i mu powiedz. I tak nie widzieliście się już dosyć długo.
-I to dowód, że mu się znudziłam albo coś.
-Masz wielki problem.-Westchnęłam znudzona jej narzekaniem.-Wymyślasz coś, co nie jest prawdą!
-Tak? A jak było z Ciną? Jak mu tylko powiedziałaś zwiał na dodatek cię wyśmiał. Nie chcę tego samego.
-To był błąd...
-Ale był powód byś usunęła ciążę.
-A gdzie bym indziej wtedy poszła?! Nie dałabym rady! Ciągniesz ten temat chociaż wiesz, że źle zrobiłam...
-Ale było to jedyne wyjście z sytuacji.
-Ty jednak nie jesteś sama. Ślepa jesteś?
-A ty byłaś?
-Tak. Tylko mogłam liczyć na siebie. Masz dziewiętnaście lat dziewczyno. Dasz radę z tym dzieckiem, skoro ma dobrze zapowiadającą się przyszłość.
-Dobrze zapowiadającą się przyszłość?-Parsknęła.-Dante nie chce tego dziecka i ja też nie. Jak będzie kochane jeśli je urodzę? Jakie będzie miało życie? Bez kochających go rodziców? Ta, na pewno będzie mu dobrze w życiu.
-Źle myślisz.
   Nagle zadzwonił ktoś do drzwi. Wstałam i otworzyłam je. Zdziwiłam się i to bardzo, bo przede mną stał Riley którego nie widziałam dawno.
-Riley!-Uściskał mnie a ja śmiałam się szczęśliwa, że go widzę.
-Co tu robisz?
-Miałem małe kłopoty ale jestem tylko wasz.
-A Mike?
-Nie wiem, nie widziałem go ostatnio. W ogóle nie mam z nim kontaktu.
-Co się stało, że przyszedłeś?
   Weszliśmy do przestronnej kuchni a Allie uśmiechała się w naszą stronę.
-Allie zadzwoniła i powiedziała, że trzeba się spotkać, więc jestem.
-Ale super cię znów widzieć!-Znów go przytuliłam.
-Jak się czujesz?-Spytał Riley.
-A jemu powiedziałaś?-Wybuchnęłam.
-Tak...ale...
   Wyszłam z domu i zadzwoniłam do Dante. Umówiłam się z nim w lesie więc wsiadłam w samochód i pojechałam w umówione miejsce. Powiem mu, pieprzyć konsekwencje. Wiedzą wszyscy, tylko nie on, który powinien wiedzieć pierwszy. Allie przesadza, na pewno nie będzie tak źle.
   Po wstępnej rozmowie z Dante doszłam do wniosku, że dobrze by było nawiązać temat do Allie. Ale od razu zagadałam o nią.
-Allie jest na ciebie bardzo zła.
-Nie lubię bali, szczególnie szkolnych.
-Ja też, ale... ona jest... typem rozrywkowej dziewczyny. Lubi imprezy i korzystać z życia jak najlepiej. Chciała ten wieczór spędzić z tobą a zamiast ciebie widziała typa który chciał ją do łóżka wcisnąć.
-Jak to chciał ją wcisnąć do łóżka?-Spiął się.
-Ale przyjaciel zareagował i Allie udało się wrócić... to był jedyny wieczór który mogł jej pomóc zapomnieć.
-O czym?-Spytał i wyluzował.
-O... em... o waszej kłótni. Naprawdę jest jej przykro.
-Ale nie chce nawet ze mną gadać.
-Bo... jest zła.Normalne.
-Naprawdę ją kocham... nie wiem jak mogę do niej dotrzeć. Zatrzasnęła mi drzwi przed nosem.-Uśmiechnął się lekko.
-Powiem ci coś, tylko obiecaj że nie zrobisz nic głupiego.
-A co miałbym zrobić ''głupiego''?
-Nie wiem, bo większość facetów na taką wiadomość reaguje różnie.
-Jaką wiadomość?
-Taką... taką... ee...-Nie mogłam przebrnąć i mu powiedzieć...!-że jak na wampira jesteś słabszy od baby człowieka.
-Chcesz mnie wkurzyć?-Zaśmiał się.
-Tak...-Nie zdążyłam nic dalej powiedzieć.
   Upadłam na ziemię delikatnie ale plecami. Zaśmiałam się.
-Słaby jak na wampira słaba istotko?
   Pomógł mi wstać i rozbawieni zaczęliśmy się śmiać. Postanowiłam postawić sprawę jasno... tak, teraz powinnam to powiedzieć. Zebrałam się na odwagę i wypaliłam to co miałam powiedzieć.Ale nie powiedziałam tego co miałam mówić.
-Jestem w ciąży.
-Co?-Zdębiał.
-Nie, znaczy się... boże... Nie ja... tylko Allie.-Chrząknęłam.-Nie żartuje. Nie chce się z tobą widzieć bo boi się że ją zostawisz... Całe to spotkanie jest po to żebym ci uświadomiła, że ona będzie miała dziecko. Chce usunąć ciążę, bo nie chce cię stracić. I zamorduje mnie jak się dowie że ci powiedziałam, ale musiałam. Przepraszam cię, ale teraz pójdę się spotkać z przyjacielem...
   Zniknęłam mu z oczu jak najszybciej nie czekając na to aż zbierze sie by coś powiedzieć i zadać mi milion pytań. Spotkałam się niedaleko domu Woodów z Rileyem, bo on ma bliżej do Seattle a ja do domu. Jestem ciekawa, jak to będzie z Allie i Dante... Allie mnie zabije... nie odezwie się do mnie... I trudno będzie na pewno Dantemu wejść do domu by Allie go nie zabiła. Na pewno będzie zła... i nie będzie chciała go widzieć... boi się jego reakcji... i ja się nie dziwię...

Od Ethana

 Siedziałem z Dante na kanapie i piłem już któryś kieliszek wódki. Zamroczyło mnie lekko. Gdy do środka weszła Chrissy na powitanie podniosłem filiżankę.

 http://media.giphy.com/media/1aG3AUNev0rO8/giphy.gif
- Pijecie wódkę z filiżanek? Niezły zgon - zauważyła ze śmiechem i usiadła naprzeciw.
Dante zasępiony spytał nagle.
- Co u Allie?
Chrissy chrząknęła i spojrzała mi porozumiewawczo w oczy. Dante to zauważył i rozdrażniony spytał.
- O co chodzi?
Westchnąłem i opadłem na kanapę ściskając sobie nozdrza.
- Głodny jestem.
- Ja też - weszła nagle Katherine do salonu.
Chrissy drgnęła i posłała jej uśmiech. Znałem ją na tyle dobrze, że wiedziałem że jest fałszywy.
- Muszę dziś wybrać się na polowanie - powiedziałem poważnie patrząc jej w oczy.
Przygryzła wargę, ale nic nie powiedziała, tylko skinęła głową.
- Ja się chętnie dołączę - powiedziała Kat z uśmiechem.
Nie musiałem używać swoich mocy, żeby wiedzieć jak zdenerwowało to Chrissy. Szybko powiedziałem więc.
- A ty Dante nie dołączyłbyś się?
Spojrzał na mnie nieodgadnionym wzrokiem, a potem powiedział wyrwany z zamyślenia.
- Tak tak... Chętnie, dawno nie byłem na polowaniu...
Poczułem, że Chrissy trochę ulżyło... Ale tylko troszeczkę.
Postanowiłem, że wykombinuję tak, aby wybrać się na polowanie bez Kat... Jednak nie chciałem jej urazić, dlatego to zadanie było skomplikownane.
- A Nathan nie wybrałby się z nami? - zaświergotała słodko.
- O, jasne - zareagowałem żywo.
- Jak już wszyscy tak się wybieracie - syknęła Chrissy - To może ja też mogę?
Wszyscy zamarli czekając na mój wybuch gniewu, bo każdy wiedział jaki jestem drażliwy w tym temacie. Ja natomiast odparłem tylko spokojnie.
- Nie ma takiej opcji.
- Bo?!
- Bo to niebezpieczne - syknąłem usiłując zakończyć tą bezsensowną dyskusję.
- Postoję z boku, popatrzę...
- ... poczekam na szybką śmierć - dokończyłem naśladując ironicznie jej głos.
Zacisnęła usta.
- Niby czemu?!
- A temu, że podczas polowania tracimy panowanie nad sobą i jesteśmy naprawdę niebezpieczni - odezwała się niespodziewanie Katherine.
Zostało to wypowiedziane mądrze, ale... przez niewłaściwą osobę. Spięła się jeszcze bardziej.
- Choć kochanie na górę - pociągnąłem Chrissy za rękę.
- Na górę - powtórzył nagle rozbawiony Dante, a ja przewróciłem oczami.
Gdy już byliśmy sami w pokoju usiadłem na skraju łóżka i pociągnąłem na swoje kolana Chrissy.
Westchnęła.
- Wiesz, że nie chce żebyś tam poszedł z... no...
- Idę polować, a nie podrywać atrakcyjną wampirzycę.
Chrissy cała się zjeżyła.
- Atrakcyjna...?! Jak...
Roześmiałem się ku jej dezorientacji.
- Atrakcyjna, bo wygląda jak ty. Ale tak między nami,  charakter ma paskudny - zakończyłem i pocałowałem ją w usta.
Gdy ściągnąłem jej bluzkę szepnęła.
- Co za miła odmiana...Nareszcie nie ja zaczynam.
- Stwierdziłem, że i tak nie ma sensu stawianie się, jeśli postawisz na swoim... Nie chce mi się wiecznie odmawiać takiej małej przyjemności...
- Małej?! - oderwała się od moich ust na chwile.
- Duużeej - mruknąłem i na powrót ją pocałowałem.
Gdy już skończyliśmy, Chrissy dostała głupawki i śmiała się bez powodu.
















http://media.giphy.com/media/9adbpRcjt49W0/giphy.gif
- Z czego się śmiejesz? - spytałem rozbawiony.
- Bo wyobrażam sobie twoją minę, jakby nagle wtargnął tu Dante.
Też się roześmiałem.
- Chybabym go potem zabił - mruknąłem - I ON DOBRZE O TYM WIE - celowo podniosłem głos, aby mnie na pewno usłyszał.
Śmialiśmy  się jeszcze przez chwilę i żartowaliśmy, aż wreszcie zgasiłem światło i pocałowałem ją w usta.
- Idź już spać.
<oczywiście marudziła, że nie chcę, ale w końcu zasnęła>
I tak kolejny dzień dobiegł końca.

































Od Naomi

Wyszłam wykończona z sali treningowej. Tak.. Hunterzy sie męczyli ale po znacznie większym wysiłku niż inne istoty (np. ludzie, wampiry czy wilkołaki). Poszłam wziąć prysznic. Rozebrałam sie i weszłam do wanny. Oczywiście korzystałam z łazienki w części apartamentowej Rolanda. On nie miał nic przeciwko mojej obecności tu jednak chciał by nasz romans nie ujawnił się. Trochę mnie to denerwowało. Chciałam by te wszystkie pachołki Rolanda wiedziały że nie jestem zwykłym Hunterem i by traktowały mnie z należytym szacunkiem. Słyszałam jak mówią o mnie za plecami. Nie przejmowałam sie tym co o mnie myśleli bo to ja tu byłam ważniejsza a nie oni i chciałam by sie dowiedzieli iż kim maja do czynienia. 
Kiedy sie wykąpałam postanowiłam napisać do Chrissy by umówić się na spotkanie. Jednak kiedy tylko miałam wysłać wiadomość wszedł Roland.
-Co robisz?
-Mam zamiar umówić sie z Chrissy. 
-Nie. Nie kontaktuj sie z nią. Podejrzewam iż ona wie o wszystkim. Katherine widziano w jej towarzystwie.
-Co?-wściekłam sie.
-Doniósł mi o tym jeden z naszych szpiegów. Damon zaczął sie bardziej interesować tym co tu robimy. Trzeba go zlikwidować. 
Wyjęłam specjalny pistolet w którym zamiast naboi były mini drewniane kołki. 
-ZZZ?
-A ten twój skrót to co oznacza?-zaśmiał się. 
-Znaleźć, zaatakować, zabić. 
-Tak jednak nie zrobisz tego ty. 
-Czemu?-oburzyłam sie. -Jestem najlepsza!!!
-Właśnie dlatego nie mogę ryzykować że możesz zostać przejęta. 
-Obrażasz mnie sądząc iż mogę dać się złapać takim nędznym istotą jak oni. 
-Wybacz, taka podjąłem decyzję. 
Wściekła i obrażona wyszłam z jego apartamentu. 


****************Od Katherine****************


Brałam akurat prysznic kiedy usłyszałam kroki. 
-A co sie tu dzieje..


Wyszłam spod prysznica i owinęłam sie w ręcznik. Poprawiłam włosy wychodząc z łazienki. 
-Co ty robisz w mojej łazience?
-Twoja jest fajniejsza.-powiedziałam. 


-Emm... no dobrze.-powiedział lekko speszony.
-Ej kicia nie stresuj sie. Czyżbyś nigdy kobiety w samym ręczniku nie widział?
Przełknął ślinę i już miał coś odpowiedzieć kiedy mu weszłam w słowo. 
-Słodki jesteś jak nie wiesz co powiedzieć. Jednak wolę kiedy mówisz więcej a przynajmniej tyle ile wskazuje norma. Wczoraj byłeś bardziej rozgadany przystojniaczku. Napij się i rozluźnij. 
-Nie dzięki nie chce mi się pić.
-Na prawdę? Mi odmówisz? Kicia.. co sie stało? Wczoraj jakoś bardziej chętny byłeś. 


Zadziwiało mnie to jak się teraz na mnie patrzył. To było jakieś inne. Ktoś kiedyś na mnie podobnie patrzył. Nie tak jak Nathan tylko.. inaczej. Jednak podobnie. Trochę to skomplikowane. Nie mogłam sobie przypomnieć kto to był. 
Podeszłam do Nathana i delikatnie musnęłam wargami jego warki po czym sie odsunęłam. 
-Wiewiórka? Albo po prostu ty jesteś taki słodki... hymmm..-powiedziałam z uśmiechem wychodząc z jego pokoju a go zostawiając w środku. 
Na korytarzu spotkałam Dantego. Uśmiechnęłam sie do niego i puściłam oko po czym weszłam do tymczasowego mojego pokoju. 


Od Chrissy


-Elise, nie wiem czy to dobry pomysł.-Szepnęłam siedząc z nią w kuchni.
-Ale wiesz, że Dante musi wiedzieć.
-Wiem! Ale bez jej zgody nie możemy nic powiedzieć.
-Moje panie, uważam, że facet się trochę pogubi. Nie jestem pewien, czy wampir chciałby mieć wampirzego bachora na głowie.-Odezwał się Damon popijając whisky. 
-To tylko dziecko.-Warknęła El.
-Uspokójcie się... Allie przechodzi trudny okres i najważniejsze to to, żeby ją wspierać. Nie możemy nic powiedzieć bo ona mi tego nie wybaczy. Nie wie o tym, że Damon się o tym dowiedział i nie wie że ty wiesz, Elise... Więc moim zdaniem powinniśmy się... wstrzymać.Jak myślisz, jak on zareaguje na wieść o ciąży?
-Nie wiem... Nigdy nie był w takiej sytuacji.-Westchnęła zrezygnowana El.
-Ale musi wiedzieć, skoro jest ojcem.-Odezwała się Emilie. 
-Wiem. Popieram was, ale... to moja przyjaciółka. Nie mogę nic zdradzić bez jej zgody. Obiecacie mi, że nic nie powiecie.-Spojrzałam na nich po kolei. 
-Oczywiście, jasne.-Dosiadł się do nas Damon.
   Elise siedziała na blacie machając nogami. Spojrzała za okno i chrząknęła znacząco w moją stronę.
-Ethan idzie. Pewnie słyszał część rozmowy.
-Świetnie, kolejna osoba która wie o ciąży Allie.-Zakryłam twarz dłońmi zrezygnowana. 
   Do środka wszedł Ethan. Usłyszałam jego kroki prowadzące w naszą stronę. Milczeliśmy, każde z nas nie miało zamiaru się odzywać. Dopiero Ethan zapytał o co chodzi... nadal nikt nic nie odpowiadał.
-Powie mi ktoś?-Znów zapytał Ethan. 
   Podniosłam głowę z blatu i westchnęłam.
-I co on tu robi?-Spojrzał na Damona.
-Ja tu tylko siedzę i rozmawiam.-Zaśmiał się Damon.
-Uspokójcie się.-Warknęła Emilie.
   Elise spojrzała się na mnie znacząco... Tak, chciała, żebym powiedziała Ethanowi o co chodzi. Więcej osób ma wiedzieć... Chociaż... Ethan także powinien wiedzieć...
-Allie jest w ciąży.-Wypaliłam nagle po dłuższym milczeniu całej grupy. 
   Ethan wpatrywał się we mnie tępo jakiś czas. 
-Płacze.-Szepnęła Emilie.
-Pójdę do niej.-Wstałam i minęłam Ethana. 
   
    ****Oczami Allie****

   Płakałam, nie chciałam tego dziecka. Miałam dość wymiotowania, miałam dość tego, że Dante wystawił mnie do wiatru i musiałam iść z tym Simonem, który chciał mnie zaciągnąć do łóżka zaraz po jedenastym drinku. Jednak ja nie piłam, bo nie lubię tego robić. Poza tym nie mogłam, bo jestem w ciąży. Nie jestem aż tak głupia by pić kiedy noszę w sobie małą istotkę... której jednak nie zamierzałam pokochać ani zatrzymać w sobie. 
   Wróciłam z łazienki a tam czekała na mnie Chrissy, która patrzyła się na mnie troskliwie. Usiadłam koło niej i wytarłam łzy.
-Mam dooooość!-Szepnęłam.
-Co się działo na balu?
   Przełknęłam ślinę i oparłam się o górę poduszek. 
-Simon chciał mnie wepchnąć do łóżka... Oczywiście, że nie poszłam... Nie zdradziłabym... nigdy... Ale potem Simon zaczął mieć do mnie pretensje... wyzywał mnie... Nie pozwalał wyjść z balu. Jednak jestem wdzięczna Riley'owi, że dał mu w pysk i udało mi się wrócić do domu...Ale przez to dziecko nie mogę zacząć  studiować...-Wyjęłam z szafki nocnej tabletki... wiedziała już co to oznacza. 
   Wyrwała mi opakowanie z rąk i usiadła na podłodze.Zła wstałam i zmroziłam ją wzrokiem.
-Wiem, że popełniłaś ten sam błąd trzy lata temu...-Szepnęłam.
   Odwróciła wzrok.
-Wiem, że miałaś taką samą sytuacje... Ale kupiłaś te tabletki... żyłaś normalnie...
-Ale ja nie miałam łatwego życia. Mój ojciec wywaliłby mnie z domu a mama nigdy tego nie wybaczyła. Miałam szesnaście lat! Nie byłam przygotowana na ciążę i dziecko, poza tym na dodatek Cina zostawił mnie i wyśmiał z kumplami po całej sprawie. Jak miałam się opanować przed usunięciem? Teraz mam do siebie żal, ale byłam głupia, nie chcę żebyś zrobiła to samo! Zabijesz to dziecko, nie bierz ze mnie przykładu!
-Nie dam rady... go wychować... moja mama jest wściekła... Dante nic nie może wiedzieć... 
-Allie...-Westchnęłam.-To nie ma sensu. Nie rób tego samego błędu co ja. Wtedy tylko ty wiedziałaś o ciąży ale dopiero kiedy ją usunęłam się dowiedziałaś. Nie miałam u nikogo wsparcia, udawałam że jest dobrze. A teraz ty masz mnie, masz Elise która stara się ci pomóc, na dodatek Emilie też masz... 
-Ale Dante tego nie zaakceptuje. Wolę usunąć ciążę. Oddaj mi tabletki.-Wyciągnęłam dłoń po opakowanie a ona zła wyszła. 
   Położyłam się w łóżku i zasnęłam.

   ****Oczami Chrissy****

   Zeszłam na dół i tam wszyscy rozmawiali między sobą. Zatrzymałam się w salonie i zniknęłam za ścianą. Odgarnęłam włosy i spojrzałam na opakowanie tabletek. Boże, jaka ja byłam beznadziejna, że popełniłam wtedy ten wielki błąd... i zabiłam to dziecko. Nie pozwolę, by Allie zrobiła to samo. 
   Przede mną stanął Ethan i wpatrywał się we mnie. Nie wiem, czy słyszał tą rozmowę, więc zaczęłam mówić, by nie rozpoczął tematu.
-Chciała wziąć te tabletki...
-Chce ją usunąć?-Parsknął.
   Pokręciłam głową.
-Jest jej ciężko. Nie jest na to przygotowana...
-Jak ty trzy lata temu?-Spytał. 
   No to teraz się tłumacz...
-Musiałeś podsłuchiwać?-Syknęłam.-Nie zaczynaj tego tematu...
-Jak mogłaś usunąć ciążę?
-Skoro jesteś taki dobry w podsłuchiwaniu musiałeś usłyszeć, że nie było nikogo kto mógłby mi pomóc. Nikt nie wiedział o ciąży a rodzice by mnie wywalili z domu za coś takiego. Dopiero po kilku dniach zdałam sobie sprawę co zrobiłam, ale też wiedziałam, że nie dałabym rady sama. Mój były mnie wystawił, chodziło mu tylko o seks a potem jeszcze mnie wyśmiał, rodzice nie dawaliby mi grosza a pewnie nie miałabym mieszkania ani niczego żeby zapewnić dobro dziecku. Byłam zbyt głupia żeby przemyśleć to na spokojnie i zauważyć oczywisty fakt,że mogłam to dziecko oddać gdziekolwiek, do Domu Dziecka czy jakiejś rodzinie która byłaby dla niego idealna. Nie potrafiłam tego dojrzeć więc uważałam, że tabletki to jedyne rozwiązanie. Nie pozwolę, by Allie to zrobiła.-Minęłam go i weszłam do kuchni. 
-I co u niej?-Spytała Emilie.
-Musimy...-Głos mi się załamał, odchrząknęłam i kontynuowałam wpatrując się w Ethana. Z jego twarzy nic nie mogłam wywnioskować.-Musimy powiedzieć Dantemu o jej ciąży... Ale nie dziś ani nie jutro. Poczekajmy dwa dni... 
-Powiedzmy mu jutro.-Poprosiła Elise.
-Zadbam by nie wpadło mu do głowy nic głupiego w razie czego. 
   Spuściłam wzrok z Ethana i skoncentrowałam się na reszcie odcinając się od tematu z moją ciążą sprzed trzech lat. 
 -Dobrze... Jedno z was o tym powie...
-Musisz to ty zrobić.-Powiedział Damon.
-Co?-Zdziwiłam się.-Nie mogę...
-On ma rację.-Poparła go Elise.-Tylko ty masz dobry kontakt z Allie i łatwo ci uwierzyć. Nigdy nas nie okłamałaś więc tym bardziej powinnaś powiedzieć mu prawdę. 
-Nie wiem, czy dam radę...
-Pójdę z tobą.-Spojrzała na mnie Emilie uśmiechając się.
-Dobrze... Ja z nią pomieszkam jakiś czas, potrzebuje mnie tu. Wiem co przeżywa i jak jej pomóc. Umiem z nią o tym rozmawiać bo wiem co czuje teraz... Przypilnuję ją żeby nic jej do głowy nie wpadło.-Szepnęłam i wyszłam z kuchni. 
   Pomogę przejść Allie przez to. Zawsze mi pomagała, nie mogę jej tak zostawić. Lepiej, żeby Dante się dowiedział o ciąży zanim Allie zrobi coś czego będzie żałować długo, jak ja.

środa, 25 lutego 2015

Od Ethana

- Długo zamierzasz być taki sarkastyczny? - syknęła Kat odstawiając na suszarkę talerz.
- Mogłaś przynajmniej skosztować ten tort - zerknąłem na kawałek ciasta który wylądował właśnie w koszu.
Parsknęła.
- Mam jeść ziemię ? Nie dzięki.
- Już nie udawaj takiej wybrednej - mruknąłem i poszedłem do salonu.
Siedziała tam prawie cała rodzina, tylko Elise nigdzie nie było.
- Pojechała do Chrissy - odparła Emilie, jakby czytała mi w myślach.
Uniosłem zdziwiony brwi, ale nic nie powiedziałem.
Nie musiałem używać swojego daru, żeby wiedzieć iż w pomieszczeniu panowała spięta atmosfera.
Nathan ponuro patrzył w swoje palce, a Dante z miną skarconego psa, patrzył wszędzie tylko nie na Emilie...
Wkrótce moja ciekawość została rozwiana.
- Ja nie rozumiem jak ty mogłeś tą dziewczynę tak potraktować - powiedziała nagle mama.
Dante westchnął i rzucił coś pod nosem, ale Emilie zbyt zaabsorbowana własnymi myślami tego nie usłyszała.. Albo nie chciała usłyszeć.
- Biedna Allie - kontynuowała - Tak się dla ciebie ślicznie ubrała...
- Mamo, wiesz, że nie zrobiłem tego specjalnie - mruknąłem - Mnie po prostu nudzą takie bale. Nie chadzam na "grzeczne party" i dobrze o tym wiesz.
- Dante.... - aż sarknęła z gniewu.
- Nooo cooo? - jęknął - Wielkie mi halo, bo raz z nią nie poszedłem na ten nudny szkolny bal... Będzie jeszcze takich mnóstwo! A ja jej proponowałem, żeby do nas dołączyła... To wyszła z miną obrażonej księżniczki!
Emilie, aż zaczerwieniła się z gniewu, choć przecież wampiry normalnie tego nie robią. Jej oczy ciskały błyskawice. Aż zadrżałem gdy wyczułem w jakim jest stanie. Dawno nie widziałem jej tak rozzłoszczonej...
Bez słowa wstała i wyszła.
Gwizdnąłem cicho pod nosem i rozbawiony mrugnąłem do Nata. Dante westchnął i ruszył za Emilie.
- ... mamo nie bądź zła.
- ... że jej było przykro!
- Przeproszę ją najlepiej jak potrafię!
- ... jesteś!
- Proszę no...
- ... nie rób. Sama do niej pojadę. Biedna dziewczyna, co ona teraz musi przechodzić... Myślałam, że to jednogodzinny foszek jak wczoraj wyszła z naszego domu... A tu się okazuje, że nieźle się dziewczyna pogniewała!
Dante chyba nie zdążył już nic powiedzieć, bo drzwi się zatrzasnęły.
Wrócił do nas z zasępioną miną, a ja się po prostu roześmiałem.
- Jesteś pantoflem dwa w jednym - zacząłem się z nim przekomarzać - I Allie i Emilie.
-Zamknij się - syknął i opadł na kanapę - Ty nie lepszy. Latasz na każde skinięcie Chrissy.
- Panowie nie kłóćcie się - wtrącił rozbawiony Nathan - Dobrze, że ja takich problemów nie mam....
Popatrzyliśmy się z Dante na siebie i w tej samej chwili krzyknęliśmy złośliwie.
- Katherine, chodź do nas!!
Nathan przewrócił oczami i parsknął rozbawiony.
- Jak dzieci...
- Ten wczorajszy drink.... - zaczął melancholijnie Dante.
- Ciekawe co się potem działo - wtrąciłem mrugając.
- N i c - wycedził i w tej chwili przez pokój przeszła Kat niosąc wino.

http://media.giphy.com/media/IMr3u3c9nNgyY/giphy.gif
- A dokąd to? - wychyliłem się za nią.
- Nieważne! - odkrzyknęła i już zniknęła w piwnicy.
- Czy mi się wydaje Ethan, czy posłała znaczący wzrok N a t h a n o w i ? - "spytał" mnie Dante.
- Też mi się tak braciszku wydaje - odparłem tłumiąc śmiech, a Nathan przewrócił oczami i poszedł za nią.
- Będzie się działo - zatarł ręce Dante i ruszył za nimi, a ja parsknąłem śmiechem i wstałem.
- Tylko z  umiarem. Trzy wybuchowe pijawki w piwnicy...
- oj tam, oj tam od razu wybuchowe - rzucił jeszcze Dante i zniknął.
Wziąłem kluczyki od samochodu i wyszedłem na zewnątrz. Trzeba sprawdzić co tam u moich dziewczyn słychać.

Od Chrissy

   Obudziłam się rano i nie było przy mnie Ethana. Może być na mnie zły za wczoraj... Że nasiliłam zapach... Nie było go, kiedy zeszłam na dół. Allie weszła do domu, bo teraz ona tu za mnie mieszkała kiedy Ethan postanowił, że musi mieć oko na mnie i Katherine...
   Allie olała mnie tylko wręczyła prezent do ręki i odeszła na górę. Może jest zła za to, że nie było mnie wczoraj na balu szkolnym? Mnie to raczej nie obchodzi, a Allie uwielbia takie bale. Może... też jest zła na to, że musiała iść z kimś innym a nie z Dante? Przecież są razem, a musiała iść z kimś, nie z osobą którą kocha. Tak, jest zła i na mnie i na Dante...
   Nie było w ogóle sensu z nią gadać, zaszyła się w pokoju robiąc swoje rzeczy, a ja postanowiłam umówić się z Katherine. Nie zachowałam się co do niej dobrze, a powinnyśmy się polubić, nie boczyć na siebie. Kiedy odebrała, próbowałam być miła. Przecież to ja jestem zazdrosna o Ethana bez powodu...
-Kat... Przepraszam za moje wczorajsze zachowanie. Nie chciałam... po prostu jestem zazdrosna...
-Nie masz o co. Gdzie wczoraj zniknęłaś?
-Wiesz... Nie trudno się domyślić.-Katherine zaśmiała się.
-Jasne...-Szepnęła.-Przeprosiny łaskawie przyjmuję, ale weź następnym razem nie odstawiaj takiej akcji zazdrości bo to nie tak jak myślisz.
-Przepraszam o to z sobowtórem. Ty jesteś pierwsza na świecie, w sumie nie wiem jak działają te... sytuacje z sobowtórami... Powinnam ci być wdzięczna za wszystkie informacje dotyczące Naomie. No i nie chciałabym mieć z tobą na pieńku. Wolę żyć w zgodzie, i naprawdę przepraszam za wczoraj.
-Nie ma problemu.
-A czy... Ethan wrócił do domu?-Spytałam zaniepokojona.
-Tak, ale wszedł i nie schodzi na dół. Kłótnia?
-Nie... Nawet nie rozmawialiśmy...
-Uuu, to rozumiem czemu oboje zniknęliście.-Zaśmiała się.
-Będę u was za jakąś godzinę, muszę ogarnąć kilka rzeczy w domu... odwiedzić ojca... brata... tak, to zajmie mi więcej niż godzinę.
-Dobrze.
-Jeszcze raz cię przepraszam...-Szepnęłam.
-No mówię ci, nie ma sprawy, tylko następnym razem się ogarnij.
-Oczywiście,jasne. To do zobaczenia.
   Rozłączyłam się i poszłam do kuchni. Był tu wielki syf najwidoczniej po imprezie, pewnie sprzed kilku dni. Allie nic nie posprzątała, zaczęła studia i nie ma czasu na opierdzielanie się, raz w miesiącu zrobi imprezę... Ja na nie nie przychodzę, bo nie mam ochoty.
   Sprzątałam talerze i opakowania po pizzy, butelki po piwie i takie tam. Byłam zła na nią, ale nie czas na poważne rozmowy o higienie w moim domu... znaczy się, w naszym domu.
   Odwróciłam się i kontynuowałam długo zapowiadające się sprzątanie kiedy poczułam chłód, ale nie ten który znałam doskonale. Ten był inny. Silniejszy, a ponadto zapach jakiś męskich perfum od razu mnie oświecił, kto za mną stoi.
-Po co przeszedłeś,Damon?-Spytałam sprzątając śmieci.
-Chciałem spytać, czy podobał się prezent.
-Tak, jest cudowny, mogę ci go oddać?-Mruknęłam pod nosem ironicznie.
-Oddać?Prezentów się nie oddaje.
-Oddaje, jeśli tego prezentu powinno się nie dostawać. -Poprawiłam go.
-Dobra, jestem tu... tak na poważnie... bo na razie Naomie nigdzie nie widziałem. Ale zaginął Samuel, ten kumpel Katherine i (kiedyś) Naomie.
-Katherine wie?
-Nie, wymazałem jej pamięć...
-Pierścień... łańcuszek, cokolwiek co mogłoby...
-Sprawdziłem wcześniej, podziałało. Nie wiem czy chciałaby go pamiętać. Wolę, by miała spokojne życie z tobą i resztą, bo tego teraz potrzebuje. Wiele przeszła w tym zakładzie, czy jak to się nazywa, w czym pracuje Naomie.
-Ja tez mam nadzieję, że będzie jej z nami dobrze.
-No i jeszcze jedno.-Szepnął.
-Słucham?-Wyrzuciłam właśnie ostatnie butelki.
-Allie ci nie mówiła?
-Czego?
-Sama jej spytaj.
-Powiedz mi, co z Allie?-Milczał.-Damon, kazałam ci mieć na nią oko przez czas kiedy będę dla niej nieosiągalna.
-A ten Dante?
-Uważam, że on raczej nie ma wystarczająco czasu dla niej.
-Po czym tak uważasz?
-Po tym, jak Allie wystroiła się dla Dantego, czekała na ten wieczór... A on został z nami, Allie musiała iść z jakimś innym kolesiem. Bez par nie wpuszczają.
-Posrana szkoła...
-Co z Allie?
-Jest w ciąży.
-Słu...Słucham?-Wycedziłam.
-Sama ją o to spytaj.
   Byłam wściekła. Poprosiłam Damona o posprzątanie reszty śmieci, było ich mało więc nie narzekał i wykonał moją prośbę. Poszłam do Allie a ona leżała w łóżku. Spojrzałam na białą kopertę która była oparta o zdjęcie jej mamy. Chrząknęłam, a ona się ocknęła z drzemki. Łatwo było ją obudzić.
-Czego chcesz Chrissy?-Odwróciła się do mnie.
-Ty mi powiedz co u ciebie? Może jakieś nowinki,nowości?
-Nie, mogę iść spać?Jestem zmęczona, rzygałam całą noc.
-Po czym wymiotowałas?-Spytałam niewinnie.
-Po imprezie, a po czym?
-Jak możesz mnie tak okłamywać? A może rzygałaś bo jesteś w ciąży!
-Co...skąd...
-Nie ważne. Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć?!
-Nie zamierzałam nikomu o tym mówić!
-Dlaczego?! Czemu to ukrywasz?!
-Bo nie chcę żeby ktokolwiek wiedział, a teraz wiesz ty i...
-I co?! Koniec świata? Zawaliło ci się wszystko?! Nie chciałaś mieć dzieci...
-Nie planowałam tego!
-Kto jest ojcem?-Spytałam utrzymując ostry i stanowczy ton.
-Nie powiem.
-KTO JEST OJCEM?
-Dante...
-Spaliście ze sobą? Tak? I z dupy pojawił się dzieciak?
-Tak to działa...
-Zamknij się i bądź na chwilę poważna.-Warknęłam i usiadłam na podłodze.-Kiedy mu powiesz?
-Nie powiem mu o dziecku.-Powiedziała płaczliwym tonem.
-Czemu?
-Bo mnie zostawi... Albo coś... I tak nie poszedł ze mną wczoraj na bal szkolny...
-Przeżywasz.-Parsknęłam.
-Chcę tylko żeby był przy mnie...
-Od kiedy wiesz o ciąży?100 procentowa pewność jest?
-Tak! Zrobiłam test... wymiotuję od tygodnia... Od drugiego dnia poszłam do apteki i...-Zaczęła płakać.
   Zmiękłam. Nie potrafiłam być dla niej tak oschła. Przyczołgałam się do niej i usiadłam na podłodze.Przytuliłam ją i otarłam łzy.
-No dobrze, nie chcesz to nie mów... Ale co z tym zrobisz?
-Usunę ciążę...
-Nie rób tego.-Pokręciłam głową.-Oszalałaś!
-Nie chcę tego dziecka! Nie mogę! To przekreśli moje studia... mój związek z Dante...
-Skąd wiesz, że cię zostawi?
-Może urodzę je i oddam komuś... wiele rodzin chce... dzieci ale nie może ich mieć...
-Nie kombinuj.-Warknęłam.-Pokochasz  to dziecko czy tego chcesz czy nie, tak jest zawsze.
-Skąd to wiesz?! Co byś zrobiła na moim miejscu?!
   Uniosłam brwi i wstałam. Położyłam się koło niej i westchnęłam ciężko.
-Zawsze zadajesz mi trudne pytania na które nie mam odpowiedzi. Ale... masz rację. Myślałabym tak samo, tylko wiem, że pokochasz to dziecko.
-Miałyśmy razem iść na medycynę... iść do akademika... a tym czasem masz mnie gdzieś, moja mama nie chce mnie widzieć i Dante mnie olał...
-To list od twojej mamy?-Spytałam wskazując na nocną szafkę.
-Tak. Kiedy jej powiedziałam... wściekła się na mnie.
   Nie dziwiłam się jej, że potrzebowała wsparcia. Dante nic nie wie... Ja nie mam prawa mówić komukolwiek o tym jak i Damon. Nic nie powiemy dopóki ona sama nie zdecyduje, że tak trzeba. Tylko boję się o to, że rzeczywiście może usunąć ciążę albo kiedy Dante ją zostawi... Nie wiadomo jak na to zareaguje...

Od Naomi

Leżałam na kanapie w biurze Rolanda i czekałam na niego. Nagle wszedł a ja wstałam i podeszłam do niego poczym go pocałowałam.
-Musimy być bardziej dyskretni. Nie chce by moi podwładni się dowiedzieli że mam romans z Hunterem.
-Wiesz że nie lubie jak stawiasz mnie na tym samym poziomie co ich.-powiedziałam wściekła i odeszłam od niego poczym usiadłam obrażona na kanapie.
-Oj kicia wybacz. Dla mnie jesteś wyjątkowa jednak jesteś Hunterem.
-Wyjątkowym Hunterem
-A jakby nie inaczej-odparł siadając obok mnie.
Usiadłam na nim okrakiem i zaczęłam całować go po szyji. Tak, mieliśmy romans. Był moim panem jak i kochankiem. Nie traktowałam siebie jako jednej z jego podwładnych lecz jako jego wybranki.
-Powiedz mi dlaczego kiedy byłam jeszcze śmiertelna wybrałeś mnie a nie Mea'e.
-Już wtedy byłaś wyjątkowa. Wiedziałem to jak tylko cię zobaczyłem.
-Kiedy zobaczyłeś mnie poraz pierwszy?
-Jak jechałaś na koniu przez las. Polowałem wtedy. Miałem zaatakować ciebie jednak coś w twoich oczach sprawiło że zapragnąłem mieć cię tylko dla siebire. Mea nie miała tego blasku dlatego też kiedy postanowiłyście się podmienić zorientowałem się. Wybacz że cię wtedy zostawiłem ale byłem wściekły bo wiesz.. Ja zawsze dostaje to co chce.
Uśmiechnęłam się i pocałowałam go namiętnie.
I tak zaczeliśmy się kochać.
Po wszystkim zapinałam koszule wychodząc z jego biura. Minęłam po drodze ochroniarzy. Uśmiechnęłam się do nich a kiedy byłam przed nimi poczułam ich wzrok na moim tyłku. O jak uroczo...

********oczami Katherine*********

Impreza urodzinowa Chrissy się zaczeła a ja miałam co innego do roboty. Wściekłam się kiedy nazwała mnie jej sobowtórem bo to ja byłam pierwsza na tym świecie a nie ta nędzna moja ludzka podróbka. Myślałam na początku że się z nią zaprzyjaźnię jednak jak widzę są coraz mniejsze na to szanse. To co działo się na piętrze.. wszystko słyszałam. Było to zabawne.
Kiedy piłam wino zobaczyłam tego wolnego brata. Nathan rozmawiał ze swoją siostrą. Postanowiłam do nich podejść.
-Ahhh te imprezy urodzinowe. Uwielbiam je. Tylko jeśli to są czyjeś urodziny a szczególnie człowieka. Czyż nie jest to głupotą obchodzić ludzkie urodziny i świętować to że zbliża się coraz bardziej do starości i śmierci? My wampiry mamy to szczęście że zawsze jesteßmy piękni i młodzi nie ważne ile dekat mamy na karku.
-Kat urodziny nie są złym świętem-powiedziała do mnie El.
-Ja uważam inaczej jeśli są to urodziny człowieka. Czyż życie człowieka nie jest kruche i bez szans? Wystarczy mały wypadek..
El westchnęła i odeszła dzięki czemu zostałam tylko z Nathanem.
-Mam ochote się napić czegoś mocniejszego. Co ty na to?-zapytałam uwodzicielsko się uśmiechając i poruszając pustym kieliszkiem.
-A czemu by nie.-odparł wpatrując się w moje oczy.
Pusciłam do niego oczko i odeszłam a on ruszył za mną w strone barku.

wtorek, 24 lutego 2015

Od Chrissy

   Katherine cały czas była niebezpiecznie blisko Ethana, co mnie denerwowało. Jak nie Ethan to Nathan. Kiedy wyszłam z łazienki (poprawiałam makijaż), zauważyłam KOLEJNY raz z rzędu jak Katherine klei się do Ethana. Wkroczyłam do pokoju odrobinę zła, wiedziałam, że mój ukochany od razu będzie wiedział, że jestem ''trochę'' zła.
-Słodko wyglądacie, przeszkadzam wam gołąbeczki?-Rzuciłam w ich stronę.
-Chrissy,Chrissy,Chrissy -Zaczęła Katherine zjawiając się przy mnie.-Nie mnie tu oceniać, ale wygląda na to, że Ethan to straszny kobieciarz,nie uważasz? A tak poza tym, powinnaś się zastanowić kogo zapraszasz.
-Proszę?-Zdziwiłam się.-O co ci chodzi?
-Zgadałam się z Damonem przed tą imprezą, gdyby nie ja nie byłoby tych cudownych urodzin.
-Ekstra. Dzięki, ale na pewno kiedy już jestem zadbam o to by Ethan miał kogoś prawdziwego, a nie sobowtóra.-Syknęłam.
-Tak, uprzedzałaś o zazdrości.-Szepnęła mi na ucho i usiadła obok... teraz, Nathana.
-Przestań z tą zazdrością.-Zaśmiał się Ethan.
-Nie.-Powiedziałam stanowczo.
-Dajże spokój.
-On ma racje, nie patrzy na nikogo innego tak samo jak na ciebie.-Pomagał Ethanowi Dante.
-Tylko, że jesteśmy takie same. -Wzięłam łyk cudownego wina.-Ale pycha.-Westchnęłam.
-Uwielbiam jak jesteś zazdrosna o mnie.
-Tak, bo to cię śmieszy.
-Oczywiście.-Odparł.
   Zignorowałam jego jakże cudowny humorek i zaczęłam rozmawiać z Elise ignorując to, jak Katherine nadal miziała się do Ethana. Racja, był bardzo pociągający,boski i cudowny, ale był mój i tylko mój.
-Nienawidzę szpilek.-Powiedziałam do Elise kiedy przeszłyśmy do kuchni.
-Ja uwielbiam. Kim jesteś że ich nie lubisz.
-Akurat te są ładne ale niewygodne...-Urwałam kiedy ujrzałam Damona za oknem.
-Zapraszałaś go?-Spytałam Elise.
-Nie, skąd.-Podeszła do drzwi.-Mam cię wywalić siłą czy sam się wykopiesz?
-Przyszedłem złożyć spóźnione życzenia solenizantce!-Uśmiechnął się.-Zero złych zamiarów.
-Tylko, że zaraz Ethan cię wyczuje i masz po super urodzinach, wiesz?-Wtrąciłam się.-Teraz jest ekstra, więc się zmywaj.
-Prezent.-Podał mi pudełko.
-Nie... Nie mogę tego przyjąć Damon...
-Bo jest od dawnego wroga? Daj spokój, bierz.
-Naprawdę nie mogę...-Byłam zaskoczona, ale zniknął.
-Co z tym zrobisz?-Spytała Elise.
   Wzruszyłam ramionami.
-Otwórz.-Powiedziała ciekawa El a ja zrobiłam tak, otworzyłam pudełko.
   W środku był naszyjnik cały w diamentach.
-Weź go.-Syknęłam do Elise.
-Powiesz, że dostałaś ode mnie.-Przekazała mi telepatycznie.
-Przecież to słyszał.
-Nie zabije go, tylko pewnie skopią sobie tyłki.
   Przegryzłam wargę i założyłam naszyjnik.
   Kiedy wróciłam Ethan wyglądał na złego, widocznie słyszał wszystko. Spojrzał się na mnie a ja w sumie... byłam zadowolona. Niech będzie zły. Przecież to tylko prezent od znajomego. Usiadłam koło niego a on poszedł na górę.
-Przepraszam was na moment.-Powiedziałam i poszłam za Ethanem.
-Wzięłaś go?-Parsknął.
-Proszę,prosze, zazdrość kogoś bierze?
-Nie, tylko... to wróg, wzięłaś go a może on ma coś w środku?
-Czip ma, wiesz? Kretyn z ciebie, przecież to tylko zwykły prezent.-Podeszłam do niego i pocałowałam.-Bądź zazdrosny bardziej, mnie to bawi.
-Dlatego wzięłaś ten łańcuszek?!
-Nie, wzięłam, żeby być miłą. -Pocałowałam go, złapałam za rękę i przeniosłam do swojego domu.
-Wiem do czego dążysz,Chrissy... Nie. Nie możemy.
-A zmienisz mnie?
-Nie, tego też nie zrobię.
-Założymy się?-Błysnęłam zębami.
-A chcesz przegrać? Nie i koniec.
-Weź się uspokój, kochanie.-Szepnęłam i pocałowałam go namiętnie.
   Tak, to zaczęło działać. Mój zapach także się nasilał, więc pomagało mi to. Pchnął mnie na łóżko i odsunął się, ale nie dałam za wygraną. Znów dopięłam swego...
-Nie mów mi teraz, że tego nie chcesz.-Szepnęłam i ugryzłam go w ucho.
   Westchnął ciężko.
-Przestań...-Nakazał.-Przestań nasilać zapach... Nie kuś mnie aż tak bo cię skrzywdzę...
-Okej... To czemu rozpinasz mój stanik?-Zapytałam niewinnie.
   Przegryzł wargę ale nadal mnie całował.
-Bo to... jest zbyt silne, rozumiesz? Nie możesz mnie tak... kusić...
   Złapał mnie mocno za rękę i pocałował. Tracił kontrolę, jednak ja też. Ale było już za późno na wycofanie się.
-Nienawidzę tego, jak to robisz.
-Tym razem tylko nasiliłam swój zapach...-Jęknęłam.-Nie bądź zły... po prostu to uwielbiam...
-Ja też, tylko... Naprawdę kiedy stracę panowanie ci coś zrobię.
-Pamiątka po kolejnym cudownym razie.-Skomentowałam i zamknęłam mu usta pocałunkiem.
   Tym razem pójdę na całość... I tak też zrobiłam.

Gada teraz: