wtorek, 7 kwietnia 2015

Od Ethana

- Choć szybciej, bo się spóźnimy - mruknąłem zirytowany stojąc pod drzwiami łazienki.
- Jeszcze chwilę tato - odparła Ayibige i puściła wodę.
Westchnąłem i poszedłem do salonu.
- Nie denerwuj się tak, zdążycie - mruknęła rozbawiona Elise.
 Dziś moja córka kończyła szkołę średnią.
Jak ten czas zleciał...
Emilie stanęła w drzwiach i uśmiechała się lekko.
W końcu wyszła Ayibge.
- Kochanie, jak ty ślicznie wyglądasz! - podeszła do niej Elise.
Ay uśmiechnęła się w odpowiedzi.

http://media.tumblr.com/tumblr_m8s8cd0Fnm1r9a1xh.gif
- To co? Jedziemy? - spytałem znużony.
- Tylko błagam, nie spóźnijcie się - mruknęła Ayibige do reszty rodziny.
- Bez obaw, dojedziemy na czas - odparł Dante który pojawił się w salonie.
Teraz z Ayibige jechałem tylko ja. Mieli mieć jeszcze jakieś krótkie zebranie.
 Gdy jechaliśmy autem, mała dziwnie zasępiała.

http://media.tumblr.com/9b0d68022b497cec9fb07f7661ad5b81/tumblr_inline_mrdrcz7JWe1qz4rgp.gif
- Co się dzieje? - spytałem zaniepokojony.
Westchnęła.
- Tato, z każdym dniem się starzeje, nie widzisz tego?
Teraz ja zmarkotniałem.
- Proszę cię córeczko nie gadajmy teraz o tym...
- Tato, a kiedy? Cały czas odkładasz tą rozmowę..
Ayibge o tym kim jest uświadomiłem gdy miała 14 lat, czyli 2 lata temu. Od jej narodzin minęło dziesięć ludzkich lat, a ona już kończyła szkołę. Nasz rodzinny lekarz powiedział, że zatrzyma się w końcu. Nie był w stanie powiedzieć kiedy, ale on i my wszyscy łącznie z samą Ay, zauważyliśmy, że rośnie już ona wolniej.
- Wiesz, że czuje się przez ciebie staro - roześmiałem się by poprawić jej humor.
Przewróciła oczami, ale teraz parsknęła śmiechem.
Gdy dojechaliśmy, zgasiłem auto. Ayibige pocałowała mnie w policzek i pobiegła od razu do swoich znajomych. Ja zostałem w środku uśmiechając się zamyślony.
Miałem już taką dużą córkę...
Wkrótce odejdzie i nie będę już miał dla kogo żyć.






























sobota, 4 kwietnia 2015

xDDDDDDDDDDDD

Wszystkiego co najlepsze życzę wam kochane :*
PS: Mam nadzieje że tym razem pójdzie w tyłek i cycki xDDDDDDD



piątek, 3 kwietnia 2015

Od Jo

   Stanął przed moim domem, miałam się zbierać do wyjścia. Zatrzymał mnie.
-Nie gryzę panno Steele. 
   Przegryzłam wargę wpatrując się w niego zakłopotana. 
-Jest pani spięta. - stwierdził. 
-Zgadza się, odrobinę. Proszę mi mówić Jo. 
   Nie wiedziałam, czy stosownie jest prosić go o to, ponieważ był kimś wyższym, nigdy nie miałam z kimś takim do czynienia, jednak wiedziałam doskonale jak z takim kimś rozmawiać. 
-Pełne imię?
-Jocelyne.
-Myślę, że ja nie muszę się przedstawiać. 
-Nie, znam pana... 
-Przejdźmy na ty? - zaproponował. 
-Tak, chętnie. - uśmiechnęłam się lekko. - Muszę już iść. 
-Do zobaczenia Jocelyne. 
   Wyszłam z samochodu i gdy weszłam do domu uświadomiłam sobie co powiedział. ''Do zobaczenia''... Na pewno się przejęzyczył. Takie osoby według mnie nie zwracają uwagi na kogoś takiego jak ja. 

   Rano spotkałam się z Eleną, właśnie pakowałyśmy bagaże i kartony do nowego mieszkania. Ona wybierała, czyli wiadomo... podcierać można się złotym papierem toaletowym. 
   W Seattle w nowym mieszkaniu rozmawiałam z nią o moim spotkaniu z Alanem.
-Jaki jest? - spytała. - Przystojny nie?
-Owszem. - szepnęłam. - Jest błyskotliwy...
-Mów od rzeczy! - zaśmiała się.
-Nie wiem, nie da się go opisać...
-Aż tak z nim źle?
-Nie, wręcz przeciwnie. Gdy odbierałam dyplom i zobaczyłam go na żywo... wyglądał tak cudownie... Ale tajemniczo. Nie wiem czy rozumiesz miej więcej o co mi chodzi...
-Trudno to pojąć, nigdy nie rozumiem nic z tego jak chaotycznie tłumaczysz. A szczególnie gdy rozmawiamy o facetach. Zaraz, ty nigdy o nich nie mówisz.
-Bo nie potrafię o nich opowiadać w słowach... Jestem oczarowana nim, naprawdę. Zrobił na mnie wielkie wrażenie, jeszcze gdy czytałam o nim... osiągnął wiele, jestem zaskoczona i pod wielkim pozytywnym wrażeniem tego człowieka.
   

Od Alana

Po rozdaniu dyplomów wsiadłem do samochodu i ruszyłem. Nie zajechałem daleko kiedy zobaczyłem tę dziewczynę. Stała przed szkołą na parkingu.
-Podwieźć Panią?-zapytałem
-Emmm... czekam na przyjaciółki..
-A może jednak?
-Nie wiem. Nie powinnam wsiadać do samochodu obcych.
-Widzę że Pani rodzice dobrze Panią wychowali.
Zaczął wiać wiatr i padać deszcz. Spojrzałem sie na dziewczynę.
-No to jak nie chcesz to jadę. Do zobaczenia. -już miałem zasuwać szybę kiedy ona sie namyśliła.
-Dobrze! Niech mnie... Pan podwiezie.
Wsiadła i ruszyłem.
-Gdzie?
Podała adres.
-Ale to nie w tą stronę!-powiedziała.
-Tak wiem. Muszę jeszcze coś załatwić. Dopiero odstawię cie panno Steele do domu. Nie martw sie będzie to przed wieczorynką.
Spojrzała sie niepewnie jednak oburzona na mnie a ja to olałem.
Po parunastu minutach zaparkowałem w podziemnym parkingu w swoim biurowcu.
-Zostajesz czy idziesz ze mną?
-Emm..
-Szybka decyzja. Nie lubię przeciągania.
-Idę?
-W takim razie szybko.
Ruszyłem a ona za mną. Wsiedliśmy do windy.
-Na jakie studia idziesz?-zapytałem.
-Dziennikarskie.
-Odpuść sobie .Są lepsze kierunki.
-Ale to jest moja pasja.
-Pasja? W takim razie dobrze. Ale polecałbym bardziej inne kierunki.
-Na przykład?
-Literaturę angielską, medycynę, prawo? Bardziej są interesujące moim zdaniem.
-Literatura? Jesteś romantykiem?
-Wręcz przeciwnie.
Winda sie zatrzymała a drzwi sie otworzyły. Wszedłem do środka.
-Poczekaj tu. Dziewczyny ci potowarzyszą.-powiedziałem zostawiając ja z moimi sekretarkami.
Może jej nie zjedzą? Jednak sądzę że nic jej nie bedzie.
Wszedłem do swojego biura i podszedłem do biurka. Wziąłem to co było mi potrzebne i wyszedłem.
-Do widzenia dziewczynki.-odparłem do pracownic.
Panna Steele poszła niepewnie za mną. Zjechaliśmy winą do parkingu i wsiedliśmy do samochodu.
-Teraz odwieziesz mnie do domu?
-Zastanowię się. -odparłem a na widok jej przerażonej twarzy zaśmiałem się lekko-Odwiozę cię.
Ruszyłem.

Od Jo

   Dziś rozdanie dyplomów. Podchodziłam do tego obojętnie gdyż cieszyć się mogłam wtedy gdy pierwszy rok studiów będzie udany z wielkim plusem. Jestem ambitną osobą, zawsze musiałam być najlepsza. Dziś nie było inaczej - wyróżnienie i takie tam.
   Zeszłam na dół a tam siedziała moja siostra. Cieszyła się z nadchodzących wakacji. Radosna skakała po domu podśpiewując. Zjadłam płatki i włożyłam naczynie do zmywarki. 
-Cieszysz się?- spytała siostra. 
-To samo co zwykle. 
-No tak, zawsze byłaś tą najlepszą i nie musiałaś się uczyć. - mruknęła a ja się zaśmiałam. 
-Mamy nie będzie i taty prawda? - spytała zawiedziona. 
   Nigdy rodzice nie mieli czasu na to by z nami być. Ja przywykłam od czwartej klasy nikt z rodziców nie przychodził na żadne wywiadówki i końce roku. Mi było z tym dobrze. Jednak moja siostra... brakowało jej tej osoby. 
-Nie. - odparłam i poszłam poszukać jakiś czarnych butów na obcasach. 
   Zachowywałam zimną krew, wychodziło mi to najlepiej. Miałam dziesięć minut do przyjazdu Eleny i Bea. Mogłam przypuszczać, że El ubierze się jak pierwszej klasy światowa modelka, zawsze się tak ubierała. Ja wolałam skromnie ale elegancko. Czasem jednak lubiłam szaleć i ubrać się tak jak przyjaciółka. 
   Zmieniłam strój na sukienkę, czarną. Na dekolcie koronka, z tyłu rozcięcie. I tak to wszystko zasłoni ''czerwona płachta na byka'', jak to nazywałam. 
   Elena przyjechała po mnie dość szybko. Byłam przygotowana na to, że jak co roku dyrektor wręczy mi najlepszy dyplom i w ogóle. Dziękowałam i odchodziłam, to było moje ''wszystko'' na tą część tego dnia. 
   Miałam nadzieję, że mój starszy brat będzie w stanie wyrobić się tak, by zdążyć do mojej siostry. Mich był niekompletny, zawsze robił wszystko jak chciał, ale gdy poszedł w stronę dziennikarstwa stał się inny. Ja nie musiałam się zmieniać, byłam taka jaką być powinnam. 
   Gdy dyrektor skończył mówić byłam pewna, że zaraz zawoła mnie do dyplomu, jednak myliłam się. Do mikrofonu podszedł znany mi nie od dziś Alan Wood. Tutaj wszystkie dziewczyny zaciągnęły się powietrzem gdy zapiął garnitur. 
   Nauczyciele klaskali po mowie dyrektora a ja wpatrzona byłam w Wooda jak w obrazek. Czytałam wiele o takich ludziach jak on, ale akurat był najmłodszym biznesmenem który tyle osiągnął. Byłam pod wrażeniem takich osiągów jakie miał na liście. 
-Ale ciacho. - przegryzła wargę Beatrice. 
-Słyszałam, że jest gejem. - szepnęłam do przyjaciółki a dziewczyny obok zaraz się zniechęciły. 
   Zaśmiałam się z nich pod nosem. Gdyby wiele czytały o świecie i co się w nim dzieje zorientowałyby się, że wkręcam im kit. Elena wiedziała o nim także sporo, ponieważ też interesowała się tym światem. Szła razem ze mną w stronę dziennikarstwa, już planowała jaki pokój w Seattle weźmiemy. Oczywiście, że chce wielki i z klasą, ona w innych nie umiała żyć. Mnie to było na rękę, choć wolałam skromniejsze progi. Ona zawsze lubiła pozłacane ściany i złoty papier toaletowy, wszystko by się wyróżnić swoim bogactwem, a raczej bogactwem rodziców. 
   Gdy zostałam zawołana przez Pana Wooda aż mnie zatkało. Uniosłam brwi i poszłam w jego stronę, za sobą usłyszałam gwizdy chłopaków z innych klas którym zawsze się podobałam i starali się mnie jakoś poderwać jednak nigdy nie pozwalałam im dojść do siebie bardziej niż ''tylko przyjaciel''. Takie miałam zasady i trzymałam się ich, jednak lubiłam je naginać... czasem. 
-Jo! Ładne nogi! - wrzasnął Paul, jeden ze szkolnych podrywaczy. 
   Zaśmiałam się i podeszłam do Wooda. 
   Gdy na mnie spojrzał mogłabym powiedzieć, że rozpłynęłam się od samego spojrzenia. Podał mi dyplom patrząc na mnie z lekkim uśmiechem. Odważyłam się na niego wreszcie spojrzeć... 
-Gratuluję panno Steele. 
   Uśmiechnęłam się delikatnie i podziękowałam. Gdy odeszłam czułam jego wzrok na sobie, albo mi się zdawało. Chciałam się obejrzeć ale... za bardzo byłam nieśmiała by to zrobić drugi raz. 

czwartek, 2 kwietnia 2015

Od Alana

Wstałem rano równo o 5. Ubrałem się w dresy i wyszedłem pobiegać. Padał deszcz lecz to mi nie przeszkadzało.
Dopiero o 6.30 wróciłem do domu. Wykąpałem się i przebrałem w garnitur. Zawiązałem krawat i wyszedłem z garderoby. Poszedłem do kuchni i zrobiłem sobie kawę oraz kanapkę. Kiedy zjadłem i wypiłem dochodziła 8.30. Byłem typowym perfekcjonistą i zawsze co do minuty planowałem każdy dzień. Zjechałem windą do podziemnego parkingu i wsiadłem do samochodu. Pojechałem do biura.
Personel przywitał mnie z szacunkiem a moja sekretarka od razu powiadomiła mnie o wszystkim co zostało zaplanowane na dziś.
-O 10 przyjdą dziennikarze zrobić wywiad. O 10.30 ma Pan sesję zdjęciową. O 12 jest spotkanie w sprawie reklam. O 14 jest spotkaniew sprawie wręczania dyplomów uczniom na zakończenie roku a o 17 jest spotkanie w sprawie budowy szpitala na które daje Pan pieniądze.
-Dobrze. Dziękuje Diano.
Wszedłem do swojego biura i wreszcie zostałem sam. Dzisiejszy dzień wbrew pozorą nie zapowiadał się pracowicie. Bywało gorzej. Jednak byłem właścicielem tej firmy więc musiałem zadbać o wszystko.

****

Pod koniec dnia kiedy byłem już wolny postanowiłem coś jeszcze załatwić.
Wsiadłem do samochodu i pojechałem w pewne miejsce. A mianowicie na cmentarz gdzie była pochowana moja matka. Po drodze kupiłem kwiaty.
Podeszłe. Do grobu. Zodtawiłem kwiaty i w ciszy wpatrywałem się w napisz.
"Katherine Pierce"
Kochałem ją. Niestety los mi ją odebrał. Przyzwyczaiłem się. Z resztą rodziny nie utrzymywałem kontaktu.
-Witaj braciszku-usłyszałem za sobą.
-Witaj siostrzyczko.-odparłem nie odwracając się.
-Dawno cię nie widziałam.
-A ja dawno nie słyszałem o tobie. Czyżby odwyk?
-Co ty szalony?
-A już miałem nadzieję.
-Ja to nie ty i ludzkie jedzenie mi nie wchodzi.
-I dlatego zabijasz ludzi.
-Oj przesadzasz.
-Ja? Nigdy.
Kochałem moją siostrę lecz nie pasowało mi to że wyłaczyła człowieczeństwo. A to wszystko zaczęło się od śmierci matki.

Od Chrissy

   Dobijała się do domu Allie. Groziła nawet, że zadzwoni na policję. Jednak ja tylko wykonywałam podstawowe czynności. Brałam prysznic. Nic innego nie robiłam. Nie jadłam, nie rozmawiałam z nikim. Allie dobijała się do mnie ale ja nie otwierałam. Siedziałam teraz w fotelu załamana ze łzami w oczach.
-Otwieraj! Błagam! Czuję twój zapach Chrissy!
-Zostaw mnie.- szepnęłam słabo tak, że chyba ona nie była w stanie usłyszeć tego co powiedziałam.
   Zignorowałam ją całkowicie. Po jakimś czasie zrezygnowała i powiedziała, że wróci i wejdzie do domu czy tego chcę czy nie. Jednak nie obchodziło mnie to.

   Tak jak powiedziała tak zrobiła, weszła oknem w łazience. Stanęła koło mnie i wytarła moje łzy. Kucnęła przede mną.
-Czemu taka jesteś? Co się dzieje?
   Milczałam wpatrując się w jeden punkt. Przegryzłam wargę.
-Chrissy...- dotknęła mnie a ja odsunęłam kolano do tyłu.
-Nie... dotykaj mnie. - szepnęłam.
-Ale... - westchnęła zrezygnowana. - Chcę ci pomóc...
-Zabiłam swojego syna... Nienawidzę siebie... Jestem potworem...
-Chris...
-Proszę... chcę być sama... Nie chcę istnieć...
   Allie wyszła smutna.
   Miała Dantego, swojego męża. Niech będzie z osobą którą kocha a nie z osobą, która zabiła syna. Która przyniosła tak wiele złego do życia innych. Mam dość...

(Sorry że krótka ale piszę na telefonie  i podrywam kuzyna więc soreczka xD)

Od Jo

   Impreza Eleny trwała w najlepsze. Piłam piątego drinka i obserwowałam przystojnych facetów znajdujących się przede mną. Nie mogłam ich dotknąć, posmakować. Czułam się jakbym była małym dzieckiem i zabraniano mi brać lizaka. A nie chciałam doprowadzać do tego żebym z byle kim wylądowała w łóżku. Jednak... gdy piłam byłam inna. Zbyt wiele alkoholu w kilka minut zmieniało mnie w rozrywkową Jo która nie ma granic i żadnych zasad. No i tu przyznaję, dziś nie było inaczej.
   Przysiadł się do mnie chłopak który miał piękne złote oczy, brązowe włosy i był odrobinę wyższy ode mnie.
-Jestem Taylor.- uśmiechnął się do mnie. - Może po imprezie pójdziemy razem do mnie albo do ciebie?
   Aż tak pijana nie byłam.
   Spojrzałam na niego z uśmiechem.
-Ile myślałeś nad tym żeby do mnie zagadać? - spytałam ze śmiechem pijąc butelkę whisky.
-Sekundę.
-Wydaje mi się, że dłużej. Przepraszam ale czuję potrzebę bycia gdzie indziej. - Wstałam i odeszłam.
   Piłam więcej. Postanowiłam że zaraz wrócę do domu. Wyszłam przed dom Eleny i spojrzałam w gwiazdy. Było mroźno, ale gwiazd było pełno.
   Pewnie rodzice się zdenerwują moją nieobecnością i tym, że nie pomogłam im dziś w domu chociaż mamy i tak nie ma w domu a ojciec ma dyżur w szpitalu.
   Byłam bardzo pijana jednak udało mi się wrócić do domu. Dziwiłam się jak ja to zrobiłam ale no cóż... Nie pierwszy i nie ostatni raz tak się dzieje.
   Elena pogodziła się z Harrym, skakała z radości. Jutro szkoła... jak ja wstanę?
   Weszłam do domu a... zaskoczyła mnie mama w ręku z patelnią. Siostra stała koło mamy dumna z siebie. Ona wygadała o imprezie? Przecież mam osiemnaście lat na litość...
-Jestem dorosła. - ostrzegłam mamę.
-Wiem, ale co z pracą?
-Miałam dziś wolne mamo.
-Oczywiście. - prychnęła.
-Mamo, błagam. Jeśli jeszcze raz siostra ci wcisnie kit o czymś to jej nie słuchaj.
-Co ja?!
-Nic. Dobranoc.
   Ostatnie dni szkoły i idę na studia. Tylko to mnie obchodziło. Miałam dość oszczędności by wyprowadzić się stąd. Elena i ja mamy plany, będziemy mieszkać razem. Tak chciałyśmy od dziecka.

  Było gorąco w pokoju, sama się zdziwiłam. W Forks grzało cudownie słońce, więc wyszłam z łóżka i pomyślałam jak się ubrać.
   Założyłam sukienkę i buty na obcasie. Poszłam na dół, jestem sama... tak, nareszcie.
   Zjadłam śniadanie, wykąpałam się... wymalowałam delikatnie i czekałam na Elenę i Beatrice. Wzięłam czarną torbę i zapakowałam do niej wodę i książki.
   Usłyszałam klakson Eleny.
   Wyszłam z domu i zamknęłam na klucz drzwi. Gdy wsiadłam na przednie siedzenie do czerwonego cabrio przyjaciółki przywitałam się z nimi.
    Elena mówiła o tym jak pogodziła się z Harrym...
   Beatrice słuchała...
   Spojrzałam na nią i zaśmiałam się.
-Mówiłam, że się pogodzicie!
Dzisiejszy dzień zapowiadał się tak samo jak poprzednie... nudno.

Od Chrissy

   Leżę w szpitalu. Nie było żadnego pogrzebu, nie wiem czy żyję. Ale chyba... chyba tak, żyłam. Oddychałam, a ja nie mogłam się obudzić i powiedzieć mamie, że nie może płakać, że ja istnieję, żyję. Maszyna obok pikała, Lili przychodziła kontrolując mój stan. Leon zniknął a co z moim synem? Nie wiem czy żyje. Leżałam tu te miesiące, dni, godziny... 
   Gdy do szpitala przyszła Elise z Ethanem... 
   Płakałam pod ścianą jako duch. Byłam w szpitalu ale nikt mnie nie widział ani nie słyszał. Miałam nadzieję, że się obudzę jednak... Nie wiedziałam czy to możliwe. 
   Podbiegłam do Elise i Ethana, waliłam w drzwi choć wiedziałam, że się nie obudzę. Widziałam swoje ciało, krzyczałam na siebie żebym się obudziła. Nikt mi nie był w stanie pomóc, nie wiedziałam czy mogę coś zrobić.
   Lili wzięła mnie na operację, moje serce stanęło. Poszłam za nimi, Lili nachyliła się i szepnęła do mnie.
-To czy się obudzisz zależy wyłącznie od ciebie. 
-Co mam zrobić?!- krzyknęłam. 
   Nagle zrobiło się ciemno, zamknęłam oczy... Nie wiem co działo się później. 
   
   Otworzyłam oczy. Była przy mnie mama... boże, jak się cieszyłam, że ją widzę. Uśmiechnęłam się do niej.
-Mamo... co z Chrisem?- zadrżał mi głos.
   Ale mama milczała.
-Co z nim mamo?!
-Nie żyje...
   Mój świat się zawalił.
   Właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że Naomi zniszczyła mnie... Wiedziała, że nie umrę. Chciałam drzeć się na Lili dlaczego mnie uratowała. Dlaczego to zrobiła.
   Chciałam wrócić do domu. Lili nie pozwalała mi na to ale nadal byłam wampirem, nadal mogłam ją zahipnotyzować by wyjść. Jednak do tego wykorzystałam Damona. Poszedł zauroczony i nakazał Lili by mnie wypisała. Damon nadal zahipnotyzowany zawiózł mnie do domu. Zamknęłam drzwi, zasunęłam rolety w oknach. Położyłam się na łóżku i zamknęłam się w sobie. Byłam najgorszą osobę na świecie, przez moje problemy z Naomi mój syn nie żyje.
   Do nikogo się nie odzywałam, nie odbierałam telefonów od Allie i Elise. Wyłączyłam go i wyrzuciłam gdzieś. Nikt więcej się do mnie nie zbliży. Nigdy.

Od Ethana

- Ethan, Aybige na ciebie czeka! - usłyszałem głos matki przez drzwi.
Bez słowa wyskoczyłem przez okno i skierowałem się do pobliskiego parku. Było już późno. Nie martwiłem się o córkę. Miała dobrą opiekę, a ja nie byłem w stanie teraz się nią zająć.
 Gdy wreszcie tam dotarłem, usiadłem bez słowa na ławce.
Od śmierci Chrissy minęły dwa miesiące.
A ja wciąż reagowałem tak samo.

http://31.media.tumblr.com/tumblr_mdlnaqhb0y1rlna6wo1_500.gif

Byłem świadom że kiedyś odejdzie. Życie bez niej, nie było życiem, jednak miałem świadomość, że istnieje. Że wstaje codziennie rano z tą samą kapryśną miną. Że schodzi na dół zrobić sobie jak zwykle kanapkę z szynką z łososia. Że biegnie na uczelnie jak zwykle zapominając jakieś rzeczy, a potem się wraca. Że potem jedzie po Chrisa do przedszkola. Wysłuchuje skarg przedszkolanek, ale za bardzo się tym nie przejmuje. Potem wraca do domu. Gotuje synowi i zabiera się do nauki. Kładzie się zawsze spać, patrząc w sufit i marząc o rzeczach, które wie, że nigdy się nie spełnią.
 Byłem jej w życiu, jednocześnie nie będąc. Nauczyłem się kontrolować myśli innych członków rodziny, aby wychwytać informacje z życia Chrissy. Sam często, nie mogąc się powstrzymać, zaglądałem do niej gdy spała. Gdy przyszedł dzień starałem się o tym nie myśleć. Najpierw miałem Sophie... A potem Aybige. Musiałem jakoś żyć z ciągłą świadomością, że już nigdy nie przytulę Chrissy. Że nigdy jej nie pocałuję.
 Tyle razy wybierałem się do niej do domu, aby błagać ją o wybaczenie i drugą szanse. Tyle razy próbowałem...
Ale zawsze w ostatniej chwili tchórzyłem.
Była moim aniołem stróżem. Choć nigdy nie była przy mnie ciałem... Zawsze czułem ją duszą.  Udaremniła moje samobójstwo. Ten okres kiedy byliśmy parą... Zmienił mnie na lepsze. Wtedy poczułem że żyję.
A teraz? Przy życiu trzymała mnie tylko córka.
 Nie chciałem się nad sobą użalać. Siedzieć w dole nie wiadomo ile.
Ale czasem były takie momenty, że już nie wytrzymywałem.
 Teraz siedząc na tej brudnej ławce, uświadomiłem się, że miałem tyle okazji by ją odzyskać. By przywrócić stan rzeczy...Przecież mogłem zaopiekować się Chrisem, a ona Aybige.
Ale ja, zawsze uważałem, że "lepiej będzie jej beze mnie".
Mogłem choć raz w życiu zostać egoistą i pomyśleć jak mi jest bez niej.
Nie wiem ile siedziałem na tej ławce. Znalazła mnie Elise. Bez słowa wzięła mnie za rękę i pociągnęła w stronę domu.
  W środku powitała mnie córka. Wskoczyła mi na ramiona i mocno mnie przytuliła.
- Tati gdzie byleś! - wysepleniła.
- Miałem parę spraw do załatwienia kochanie - odparłem nienaturalnym tonem.
Gdzieś w tle przemknął Nathan. Był w podobnym stanie co ja, jak nie gorszym. Zawsze wszystko bardziej przeżywał... Starał się nie mówić o tym na głos, ale słyszałem w jego myślach, że obwinia Chrissy o to co się stało Kat. Nie odzywałem się w tej sprawie. Jeszcze gdy Katherine żyła, nie tolerował Chrissy. Nie mnie było oceniać, czy miał rację. Żal mi go było tak samo jak i Alana...
  Ten, teraz bawił się z Ayibige, niczego nie świadomy. Był inteligentny i wiedział, że coś się dzieje. Ale Nathan postanowił nie mówić mu o tym na razie, że jego mama zmarła.  Mały często pytał ojca i nas, gdzie jest Katherine. Zawsze odpowiadaliśmy to samo.
"Mama wyjechała".
Czułem jak coś spływa mi do gardła. Zirytowałem się na samego siebie. "Będziesz beczeć jak baba? Znowu?" - spytałem się sam w myślach. Otrząsnąłem się i zacząłem bawić się z dziećmi.
Było naprawdę ciężko. Czułem, że długo tak nie pociągnę.
































środa, 1 kwietnia 2015

Od Jo

   Wstałam wcześnie i zeszłam na dół. Znalazłam paczkę papierosów, zła podejrzewałam moją siostrę o to. Gdy zeszła do salonu czekałam, aż przyjdzie do kuchni. Gdy podeszła obojętnie do lodówki,wyjęła jogurt i usiadła przy stole, ja postanowiłam zacząć rozmowę.
-Ty nie palisz, prawda? - spytałam powoli.
-Palę. Zapomniałam wyrzucić opakowania.- machnęła ręką dalej jedząc jogurt. - Dobrze, że rodzice tego nie znaleźli. No i testu ciążowego.
-Słucham?!- wydusiłam z siebie tylko to co udało mi się wypowiedzieć. Byłam zaszokowana.
-To co słyszysz.
-Jak to w ciąży?!
-No jeju, żartowałam, pryma aprilis. - zaśmiała się i wywaliła
-Wariatka. - krzyknęłam za nią i wyrzuciłam opakowanie.
   Do pracy miałam pięć minut drogi, więc zaczynałam się szykować. Bea miała po mnie podjechać więc czekałam na nią. Gdy była pojechałyśmy do kawiarni. Stałam za barem, a moja przyjaciółka była kelnerką. Gdy ludzi już nie przybywało podeszła do mnie z szerokim uśmiechem.
-Idziesz na imprezę do Eleny prawda?
-Idę. - uśmiechnęłam się.
   Podszedł jakiś młody facet i poprosił o setkę. Obojętnie nalałam mu do kieliszka ale po drugim zaczął prosić o wszystkie po kolei. Zaskoczona odmówiłam.
-Oszalał pan?
-Co pani do tego?
-To, że nie powinien pan tak dużo pić. - westchnęłam zaskoczona.
-Jak się pan nazywa?  - spytała Elena.
-Filippe.
-No to francuziku drogi do widzenia. - zaśmiała się Elena i wywaliła gościa.
-Oszalałaś? Wywali nas z roboty jak nic... - mruknęłam niezadowolona.
-Jesteś zbyt miła i ułożona. Musisz czasem nagiąć zasady.
-Nie podoba mi się takie zachowanie El.
   Wieczorem poszłam na tą imprezę u Eleny. Była tam większość osób których nie znałam. Wzięłam butelkę whisky i patrzyłam na ludzi w okół mnie.

Od Katherine

Byłam w domu kiedy przyjechała Allie. Kiedy tylko ja zobaczyłam wiedziałam ze coś sie stało.
-Co sie stało?-zapytałam zaniepokojona.
-Chrissy i Chris...
-Co oni?
-Mieli wypadek.. oni..
-Co?!
-Oni..
Powoli docierało to do mnie.
-Nie... oni żyją prawda?!
Allie ze łzami w oczach pokręciła głową.
Poczułam nagły ból w sercu... Osunęłam sie na kolana.

***

Lekarze długo walczyli o moje życie. Jednak ból po stracie przyjaciółki był tak silny że moje serce tego nie wytrzymało. Umarłam. Umarłam po raz kolejny jednak tym razem na zawsze. Nie ma odwrotu.
Na ziemi zostawiłam narzeczonego i dzieci. Oby wiodło im sie dobrze.


**************Oczami Valentiny*******************

Stałam w poczekalni i nasłuchiwałam. Kiedy usłyszałam pisk maszyn.. zamarłam. Po paru minutach przyszedł lekarz.
-Przykro mi. Serce Katherine nie wytrzymało.
-Co?!-krzyknęłam.
-Przykro mi.
Spojrzałam na Nathana. Przemieściłam sie z prędkością wampira i zabiłam lekarza.
-Nie zrobiłeś wszystkiego co w swojej mocy by uratować moją matkę wiec ty też nie będziesz żył!
-Valentina!-usłyszałam słaby głos Nathana.
Spojrzałam sie na niego lecz było już za późno. Nie było we mnie nawet odrobiny z człowieka. Wyłączyłam swoje człowieczeństwo bez możliwości odwrotu i zniknęłam zostawiając braciszka i narzeczonego mojej zmarłej matki.

Od Jo

   Dziś piątek, więc jak co rano o ósmej musiałam pomóc mamie. Dla siostry przygotowywałam śniadanie, no i dla taty. Mama podskakiwała po kuchni szczęśliwa, a tata gdy zszedł na dół od razu wziął kanapkę z pomidorem... i zniknął za drzwiami. Usłyszałam tylko dźwięk silnika.
   Siostra zaspana zeszła na dół. Od razu miała problem z kanapkami. Nie lubiła akurat tej szynki, więc była na mnie wściekła. Zignorowałam to i zaczęłam jeść swoje płatki gdy wraz z mamą zasiadłyśmy do stołu.
   Spojrzałam na zegarek. Już ósma czterdzieści. Elena ma po mnie przyjechać, więc czekałam na przyjaciółkę cierpliwie wpatrując się w swój pusty talerz. Po chwili usłyszałam trąbienie pod domem, więc wsadziłam talerz do zmywarki,pożegnałam się z mamą i siostrą a następnie poszłam do samochodu.
-No nareszcie!
-Czekałaś dwie minuty.- uśmiechnęłam się do przyjaciółki.
-Za długo!- zaśmiała się i pojechała.
   Pod szkołą, na parkingu było mnóstwo ludzi i samochodów. Poznawałam większość, ale nie znałam ich osobiście. Elena wręcz przeciwnie - znali ją w całej szkole - była popularna i lubiana. Jej chłopak, Harry, jest strasznie opiekuńczy. Ostatnio się często kłócą... Elena często przez niego płacze.
   W szkole nie myślałam o nauce, w ten dzień akurat nie to mnie zastanawiało. Wraz z Eleną i Beatrice siedziałyśmy w szkolnej stołówce, rozmawiałyśmy o pracy i innych sprawach. Elena była zmartwiona, znów pokłóciła się z Harrym.
-Nie mam do niego siły.
-Dobrze, że nie mam faceta. - westchnęła Beatrice. - Dziś widzimy się w pracy, Jo?
-Jasne. - błysnęłam zębami popijając sok pomarańczowy.
-Praca to strata czasu. - machnęła ręką Elena.
-Jakieś pieniądze zawsze są...- wzruszyła ramionami Bea. - W kawiarni wiele się nie dzieje, ale są dodatkowe pieniądze.
- Moje życie jest czasem nudne. - westchnęła Elena.

   Gdy wróciłam do domu zajęłam się nauką. Był późny wieczór, skończyłam pracę w kawiarni... została mi tylko nauka. Ale gdy dostałam telefon od Eleny...
-Zerwał ze mną...- płakała w słuchawkę przyjaciółka.
-Ech... Przestań płakać, zaraz tam będę dobrze?
   Rozłączyłam się i wyszłam z domu. Nie miałam prawa jazdy, więc musiałam iść z buta do miejsca gdzie mieszkała moja przyjaciółka. Przeszłam przez dwie ulice i zakręciłam w lewo, no i zobaczyłam znajomy mi biały dom Eleny. Zapukałam do drzwi, a przede mną pojawiła się jej wysoka, szczupła mama.
-Dzień dobry proszę pani. - uśmiechnęłam się do niej.
-Cześć Jocelyne. Proszę, wejdź. Do Eleny, prawda?
-Tak. - kiwnęłam głową i zdjęłam buty.
-To nie muzeum, na litość boską, Jo! - westchnęła mama Eleny.
   Ja tylko się zaśmiałam i poszłam na górę do pokoju Eleny. W prawdzie można było uznać ten dom za muzeum, bo było tu wiele kosztownych pamiątek i dekoracji które miały na pewno swoje lata. A dom wyglądał bajecznie...
   Na górze Elena przywitała mnie mocnym uściskiem. Odsunęła się ode mnie i wytarła policzki mokre od łez. Czekała na to co powiem ale... akurat w sprawach miłosnych byłam niedoświadczona. Co jej powiem? Jakąś tanią,skopiowaną gadkę z idiotycznego filmu o miłości? Chciałabym jej coś powiedzieć by ją pocieszyć... ale co?
-Na pewno do ciebie wróci. - zapewniłam ją. - Co ci powiedział?
-Że ma dość naszych kłótni... i nie chce tego ciągnąć...
-Na pewno pożałuje tego co zrobił.
-Nie wiem... Pierwszy raz tak mnie potraktował...
-Może był pijany albo coś?
-Nie wiem...! Pijani ludzie mówią często co myślą naprawdę...
-Dasz radę, jesteś silna baba. - dałam jej kuksańca z uśmiechem.
   Przytuliła mnie bez słowa.
-Obejrzysz jakiś film ze mną?
-Nie romantyczny.- zaśmiałam się.
-No dobrze... To może dramat?
-Może o obejrzymy pogrzeb mojej babci! - zaproponowałam ze śmiechem. - Komedię.
-Dobra. Chodź, zrobimy popcorn.
-Proponuję babeczki czekoladowe twojej mamy.
-Może Olga zrobi?
-Tak!
   Zeszłyśmy na dół. Olga tu gotowała, chociaż czasem zachowywała się jakby to był jej dom. Tu traktowali ją jakby była z rodziny. Była kochana. Miała pięćdziesiąt pięć lat. Nie należała do chudych osób. Miała cudowne serce.
   Na dole przybiłam z nią piątkę i zrobiłyśmy z nią babeczki.

   Gdy wróciłam do domu oczywiście tata zrobił mi awanturę. Weszłam do domu niczego się nie spodziewając.
-Gdzie to się było młoda damo?- tata stał przy blacie w kuchni.
-U Eleny.
-A patelnią w ten blond pusty łeb chcesz?
   Zaśmiałam się. To był mój kochany tata. Przytuliłam go i westchnęłam głęboko.
-Kocham cię.
   Zostawiłam go zdziwionego na dole i poszłam spać. Jutro sobota... Wyspać to się nie wyśpię... bo praca mnie czeka z samego rana.

Od Chrissy

   Allie stroiła się na ślub,była podekscytowana. Zawsze chciała wyjść za tego jedynego... To było jedno z jej marzeń. Teraz dokonała tego, co chciała. Tak, to był właśnie ten dzień. Ślub Allie i Dantego. Byłam oczywiście zaproszona, byłam jej druhną. Elise kazała mi się odstawić, wolałam jej posłuchać. ''Perfekcyjna Elise'' właśnie pomagała Allie z fryzurą.
   Moja przyjaciółka miała nadzieję, że nigdzie nie zniknę ze ślubu, ja też miałam nadzieję, że nic mnie nie odciągnie od tej chwili. To dla niej ważna chwila w życiu, chciałabym przy tym być, chociażby dla niej. Christoph rozrabiał, podlizywał się Allie i robił słodkie oczka kiedy coś chciał zepsuć.
-Jak wyglądam?- spytała Allie.
-Seksownie, taki miałam zamysł... To do ciebie pasuje. - mruknęła pod nosem Elise.
   Uśmiechnęłam się tylko. Chociaż jej się życie układa.
   Dostałam telefon, odebrałam i odeszłam na bok.
-Słucham?
-Nie pamiętasz mnie? - zaśmiała się dziewczyna.
   Spoważniałam i się rozłączyłam.
   Zero kontaktu z Naomi.
   To był błąd... to wszystko co zrobiłam. Że odebrałam telefon... Żałowałam tego do końca życia, miałam nadzieję, że trafię do piekła za to co się stało potem...

   Telefony od Naomi były coraz częstsze. Gdy Chris wsiadł do samochodu, a ja podeszłam do miejsca kierowcy zobaczyłam Naomi.
-Wsiadaj tam.
   Milczałam zaszokowana wpatrując się w jej twarz.
-Już. - warknęła. - Bo młodemu stanie się krzywda.
   Wykonałam polecenie, a Naomi ruszyła z piskiem opon spod domu Woodów. Przegryzłam wargę. Allie będzie zła... Pewnie słyszała moje myśli, wiedziała, kto mnie zabrał. Może dopiero potem to do niej dotrze? Oby nic nie słyszała.
-Zniszczyłaś mi życie. - warknęłam wściekła. - Czego chcesz?
-Twojej śmierci. No i tego młodego. Łowcy mnie szukają, myślałaś, że nie zorientuję się, że to twój braciszek ich na mnie nasłał? W całym stanie jestem poszukiwana. Jeśli ja umrę, ty razem ze mną.
   Ruszyła samochodem przed siebie i skręciła nagle. Samochód spadł w urwiska a potem do wody. To już koniec. Zawsze przeze mnie musi ktoś odejść. Teraz doprowadziłam do śmierci syna... i swojej.

wtorek, 31 marca 2015

Od Katherine

Mijały tygodnie a ja byłam w coraz gorszym stanie. Zaczynałam zapominać co miałam zrobić na przykład szłam dziś po schodach na górę a jak weszłam zapomniałam po co szłam. A po co szłam? Nadal nie pamiętam.
Miałam ludzkich 26 lat a wyglądałam na 36. Nie było tak źle mimo iż wydawałam co parę dni kasę na kosmetyczkę i fryzjerkę. Włosy siwe wyłaziły spod farby a zmarszczki pojawiające sie na moim ciele nie dawały mi spokoju.
Poszłam z Alanem na plac zabaw. Za tydzień "kończy 5 lat". Była bardzo inteligentny jak na swój wiek.
-Mamo zobacz!-zawołał i zjechał ze zjeżdżalni.
-Super! Też mogę?
-No pewnie!
Wstałam i dla zabawy podeszłam do zjeżdżalni. Już miałam wejść po drabinkach kiedy poczułam ucisk w klatce piersiowej i ostry ból.
-Mamo?-usłyszałam.
Nie mogłam oddychać. Serce biło mi bardzo szybko i czułam sie tak jakby zaraz miało mi wyskoczyć.
Nie pamiętam za bardzo co sie działo potem.


****

Obudziłam sie w szpitalu. Znowu. Obok mnie był oczywiście Nathan.
-Co sie stało?
-Miałaś zawał.
-Co z Alanem?
-Nic mu nie jest. Mamy cudownego synka. Sam zadzwonił z twojego telefonu na pogotowie. Gdyby nie on umarłabyś.
-A gdzie jest teraz?
-W domu z Damonem i Allie.
-To dobrze. Boli..
-Wiem to normalnie ale spokojnie nie możesz sie denerwować. Lekarz mówił że był to poważny zawał. Jeśli nie będziesz ostrożna i będziesz sie przemęczać twoje serce może nie wytrzymać kolejnego zawału.
-Same ze mną problemy?
-I tak cie kocham.
-Gdzie Valentina?
-Siedziała z tobą parę godzin a teraz wysłałem ja by sie nakarmiła. Jest strasznie zmęczona musiała długo nie karmić się.
-Obiecaj mi coś.
-Wszystko.
-Jak mnie już nie będzie.. zaopiekuj sie jak najlepiej umiesz Alanem i Valentiną. Val może i udaje twardą sztukę która nie potrzebuje opieki i wsparcia jednak tak nie jest. To moja mała córeczka.
-Nawet nie mów że ciebie nie będzie. Będziesz żyła.
-Nathan wiesz jaka jest prawda. Ja umieram.
-Nie mów tak.
-Taka jest prawda.-zakasłałam.
-Nie. Będziesz żyła długo!
-Nathan..
-Nie! Rozumiesz? Będziesz żyła bardzo długo.
-Już przeżyłam nawet za długo. Jestem zmęczona..
-Kat..
-Proszę obiecaj mi.
-Ale..
-Proszę.
Spojrzał sie na mnie a w jego oczach widziałam głęboki ból.
-Obiecuję.
-Przypilnuj by nasze dzieci stały się dobrymi osobami.
Zasnęłam.


********************Od Valentiny*****************


Było mi bardzo szkoda Katheriny. Umierała, z dnia na dzień była bliżej tamtej strony. Nie po to ja odnalazłam by umarła. Postanowiłam że znajdę sposób by żyłą długo. Alan potrzebuje jej.
Może i chciałam na początku zrujnować jej życie.. ale do tego potrzebuje jej żywej.
Postanowiłam zacząć szukać od dziś. Na początku wybrałam sie do najlepszej w okolicy czarownicy. Oczywiście rasa czarownic nie przepada za wampirami i nie chętnie i bardzo rzadko z nimi współpracują ale jakoś ja przekonam.
-Moja matka umiera. -powiedziałam.-Była parę set lat wampirem a teraz jest znów człowiekiem i umiera. Jest sposób by żyła?
-Przykro mi ale nie pomogę.
-Dlaczego?!
-Taka jest kolej życia. Nikt nie powinien żyć wiecznie. Twoja matka przeżyła już za długo.
-Nie prowokuj. Nie jesteś niezastąpiona.
-Nic mi nie zrobisz.
-Zobaczymy.
Już ją miałam zaatakować kiedy nagle poczułam ostry ból w głowie. Jęknęłam i skuliłam się.
-Nie próbuj robić tego następnym razem.-odparła i wypchnęła mnie magia za drzwi.
-I tak cię dorwę! Albo mi pomożesz!-krzyknęłam.
Poszłam do lasu. Musiałam w końcu sie nakarmić. Byłam za słaba a musiałam mieć silę by uratować Kat.

Od Chrissy

   Po zajęciach na uczelni wróciłam szybko do domu. Christopha odebrałam z zerówki, nauczycielka podeszła do mnie jakaś nie w humorze. Ona zresztą zawsze taka była.
   Wyczułam jej zapach krwi. Zacisnęłam zęby i starałam się powstrzymać pragnienie. Gdy byłam blisko człowieka od razu pojawiało się pragnienie. Na uczelni prawie zaatakowałam wykładowcę.
-Proszę pani... em...-Przeczesała swoją długą blond grzywkę.
-Słucham.-Uśmiechnęłam się.
-Pani syn sprawia wiele problemów...
-Problemów.-Powtórzyłam, dalej się uśmiechając.
   Nauczycielka była bardzo młoda, nie raz słyszałam, jak wydziera się na dzieci.
   Mój syn podszedł do mnie gotowy do wyjścia, pokazał pani język a ja zaraz go skarciłam. Zignorowałam młodą dziewczynę i poszłam do nowego samochodu. Musiałam zakupić nowy, bo nie miałabym jak dojeżdżać do uczelni w Seattle. Kosztował fortunę, ale musiałam mieć dosyć wytrzymałe i szybkie auto.
-Co znowu źrobiłem?-Spytał Chris robiąc słodkie oczka.
-Na mnie to nie działa.-Roześmiałam się.
   Zapięłam mu pasy z tyłu i usiadłam za kierownicą. Miałam nie jeździć... Ale nie bardzo obchodziło mnie to co mówiła Lili.
   Zadzwonił mój telefon, którego nigdzie nie mogłam znaleźć. Szukałam go w stercie papierów na przednim siedzeniu obok, ale nic nie znalazłam. Dzwonił kolejny raz, zajrzałam pod siedzenie i przypadkowo nogą nacisnęłam klakson.
   Kobieta która przechodziła przede mną pokręciła wystraszona głową, a gdy ja znalazłam wreszcie telefon wyprostowałam się i uderzyłam głową o dach samochodu. Za bardzo odskoczyłam do góry. Odebrałam telefon.
-Auć...-Szepnęłam.-Słucham...
-No, nareszcie odebrałaś!-Westchnęła Allie.-Ja biorę ślub, co z tobą?!-Zaświergotała.
-Oj, ale współczuje Dantemu...-Zaśmiałam się.
-Mamo, jedziemy? Głodny jestem.
-Tak, za chwilę.
   Nie rozmawiałam przez telefon jadąc samochodem. Byłam ostrożniejsza i korzystałam z tego, że Riley jest zamknięty u łowców. Oby tak zostało. Jak wyjdzie... po mnie. A nie chcę przed nim uciekać.
-No... Jestem u Woodów. Wiesz, że Sophie nie żyje?
-Słyszałam od Elise.-Chrząknęłam.-No i co ja mam zrobić Allie? Dzwonisz na pewno w jakimś konkretnym celu.
-Ach! Tak,tak. Elise namawia mnie na kupno odjazdowej sukienki, pojedziesz z nami?
-Dzisiaj?
-No!
-Nie dam rady... Przepraszam... Mam Chrisa na głowie, muszę zrobić obiad... pouczyć się na egzamin...
-Jesteś pół wampirem, zrobisz to w zaskakującym tempie.
-Właściwie to nie bardzo. Nie mogę z nich korzystać po ostatnim wypadku. Udaję człowieka. Co jest najlepsze? Nie mogę opanować się przed krwią ludzką. Chris jest hybrydą, więc nie pragnę jego krwi... na szczęście...
-No weź!- poprosiła Allie.
-Nie mogę, chciałabym. Muszę lecieć, Chris głoduje. Cześć.
 
   W domu zrobiłam mu spaghetti. Stałam się mistrzem kuchni. Chris uwielbiał jak gotowałam. Kiedy jadł ja poszłam do samochodu na szybko używając wampirzego tempa. Bałam się na sekundę zostawić Chrisa samego. Przecież ma tylko sześć lat...
   Byłam przewrażliwiona na tym punkcie.
   Gdy wróciłam z papierami ze studiów, z zeszytami... Chris kończył jeść. Lubił się ''modlić'' nad jedzeniem godzinami.
-Mamo kup mi psa.- poprosił.
-Psa?- zdziwiłam się. - A co cię naszło na psa?
-Bo lubię psy.
   Westchnęłam i gdy odłożyłam papiery mój syn zdjął swoją bluzę i wtedy zobaczyłam odciski, jakby siniaki, ktoś go mocno ścisnął. Zaskoczona i przerażona kucnęłam przed nim i spojrzałam na to.
-Kto ci to zrobił?
-A to? Em... Kolega.
-Aha... Kolega? Wydaje mi się, że to ktoś inny.
-Nie, no mówię ci, że kolega. - poszedł do swojego pokoju a ja byłam załamana.
   Kto mu to zrobił? Miałam ochotę zamordować tą osobę.
   No i Allie będzie na mnie zła, olałam sprawę z jej wybieraniem sukni. Ale po prostu nie miałam jak. Byłam jej druhną... Musiałam się po prostu zająć synem i nauką.
   Do domu usłyszałam pukanie. Ślizgnęłam się na parkiecie i doleciałam prosto do drzwi.
-Dante? Allie nie ma...
-Ja do ciebie smarkulo. - zaśmiał się.
-W takim razie wejdź.
-Czuję jaka jesteś słaba... Cholera, co się z tobą stało?
-Dziecko, uczelnia...
-Nie wykręcaj się. Słyszałem od Allie jak mówiła, że wilczek wrócił. Dałaś mu popalić?
-Za bardzo nie miałam jak. Straszył, że zabije Chrisa... Damon go zamknął u łowców. Na razie jestem bezpieczna.
-Moja narzeczona skarży się na to, że masz ją gdzieś.
-Nie mam, zrozum... od jakiegoś czasu nie mogę pogodzić uczelni z opieką nad Christophem.
-Na dodatek ten wypadek...- dodał z uśmiechem.
-Skąd ty to wiesz?! A... Allie...
-Dobrze mieć wszystko wiedzącą narzeczoną.
   Pokręciłam głową zaskoczona zachowaniem Allie. Rozpowiada na lewo i prawo to wszystko.
-Ale widzę te zadrapania. Przecież jesteś pół wampirem, powinno ci szybko znikać.
-Moją większą częścią jest człowiek. Po wypadku wszystko się zmieniło... Jestem słabsza... Ale dwa lata dawałam radę to teraz też muszę.
   Jasne... Wmawiaj sobie bajkę.
   I tak niedługo zdechnę.

Od Ethana

- No patrz co ty mu mamy? Konik!! Pięknie! - zaśpiewała Elise całując moją córkę w głowę.
Z Aybige byliśmy już miesiąc w domu. Mała rosła jak na drożdżach. Wciąż nosiłem żałobę, po Sophie. Wyprawiliśmy jej skromny pogrzeb, tylko dla najbliższej rodziny.
Często wpadała tu jej starsza siostra, Julie, ale naprawdę rzadko.Teraz poza jej własnymi dziećmi i mężem, Aybige była jej jedyną rodziną.
 Cała rodzina wręcz dostała fioła na punkcie mojej córki. Czasami śmiałem się, że ja jako ojciec spędzałem z nią najmniej czasu. Emilie i Elise wprost ją uwielbiały, a Nathan i Dante też za nią przepadali.
Niestety, z moim młodszym bratem, ostatnimi czasy było krucho.. Było widać, jak bardzo martwi się o swojego syna i Katherine.  
Teraz też oddał Alana, pod opiekę "babci".
  Elise dalej bawiła się z małą.

http://media.tumblr.com/d73b59dfdc5b7da5ad5f16494ba3364b/tumblr_inline_mnzzwcjOLi1qz4rgp.gif
- Zostaw już to biedne dziecko, nic ci nie zawiniła - roześmiałem się.
- Miły jesteś - zauważyła siostra sarkastycznie, jednak posłusznie położyła Aybige obok Alana.
- Ładna pogoda - zauważyłem - Może wyszlibyśmy potem małej porobić zdjęcia?
-Dobra myśl! - rzuciła Elise i pobiegła na górę szykować ubranka.
Przewróciłem oczami i przykucnąłem przy dzieciach.
- Co tam robicie łobuzy? - spytałem.
- Mośt budujemy! - odparł Alan plując się lekko.
Roześmiałem się i poczochrałem małego po włosach.
 O ile dzieci bawiły się przez chwilę w zgodzie, to już po chwili rozgorzała "awantura".
- Oddaj mi to! - krzyczał Alan, gdy Ay zabrała mu jakiegoś klocka. Mała jeszcze nie umiała mówić, więc tylko tymi małymi łapkami trzymała zabawkę.
Nie mogłem się na dziwić tej sile. Wyglądała jak paromiesięczne dziecko. Trochę się o nią martwiłem. Teraz rozumiałem troski Nathana i Kat.
- Ej, nie kłóćcie się - odparłem rozbawiony i oddałem klocka Alanowi - Kochanie, nie możesz zabierać kuzynowi zabawki. Masz swoje.
Aybige zrobiła minę, jakby się obraziła. Zaśmiałem się i wziąłem ją na rączki. To prawdziwa księżniczka.
Po chwili zeszła Elise z ubrankami. Ubrała ją i wyszliśmy na podwórkoo.


























poniedziałek, 30 marca 2015

Od Chrissy


  Siedziałam mu już trzy dni, a miałam być dwa. Denerwowało mnie to, coraz bardziej miałam dość tego miejsca. Gdy zjawił się Damon... zdziwiłam się. Patrzył na mnie zadowolony z siebie. Miał wielkie zadrapanie na policzku.
-Co ci się stało?
-Riley był troszkę zdenerwowany na mnie, że chcę go unieszkodliwić...
-Zabiłeś go?
-Powiedzmy.
-Co zrobiłeś?
-Dałem go tym idiotom z lasu.
-Nie zabili cię?
-Znają mnie, z Flynnem mam nie ciekawą przeszłość, zna mnie.
   Kiwnęłam głową. Na reszcie mam od niego spokój... No, jeśli nie ucieknie łowcom. Nie mają prawa trzymać wilkołaka i go zabić. Niedługo wyjdzie... lub nie.
-Zająć się młodym?
-Nie... Dziś wychodzę ze szpitala i muszę zabrać go do siebie. Nie wiesz gdzie jest teraz z Allie?
-Prawdopodobnie w domu Woodów.
-Em... Powinnam go odebrać...
-Zawiozę cię. Słyszałem jak Lili mówiła twojej mamie, żebyś pod żadnym pozorem nie wsiadała za kółko.
-I tak wsiądę.
   Po dwóch godzinach zahipnotyzowałam Lili by mnie wypisała. Wiedziałam jak bardzo będzie zła na mnie ale nie miałam wyjścia. Musiałam wyjść ze szpitala w końcu, kontynuować naukę i zająć się synem.
   Kiedy wyszłam ze szpitala zakręciło mi się w głowie. Damon cały czas powtarzał, że nie powinnam wychodzić ale i tak go nie słuchałam. Czułam się fatalnie. Spojrzałam na lusterko w samochodzie, miałam rozciętą dolną wargę z prawej strony, kilka zadrapań na szyi, parę siniaków na rękach. I zabandażowany brzuch.
-Głodna?-Spytał roześmiany Damon.
-Chcę widzieć Chrisa. -Odparłam wpatrując się w drogę.
   Wysiadłam z samochodu. Znów zakręciło mi się w głowie. Zapewniłam Damona, że dam radę. Christoph wyleciał z domu i przytulił mnie. Zatrzymałam powietrze w płucach by szybko zakryć grymas bólu.
-Cześć kochanie.-Powiedziałam słabo.
-Co ci jest mamo?
-Nic.-Zapewniłam synka.
   Allie dopadła mnie natychmiast z jakimś błyskiem w oku.
-Zgadnij zgadnij!!!-Pisnęła.
-No, co takiego?-Spytałam słabo się uśmiechając.
   Wyprostowała się, odrzuciła blond włosy do tyłu i dumna pokazała mi dłoń. Palce, a raczej pierścionek.
-Oświadczył mi się!-Zaśmiała się i uściskała mnie skacząc.
-Za mocno...-Szepnęłam jej na ucho a ona syknęła.
-Przepraszam!Jedź do domu, pewnie jesteś zmęczona...
-Trzy dni leżenia w szpitalu i mam jeszcze odpoczywać w domu jak jakieś krówsko, żartujesz sobie.
   Zaśmiała się. Damon został bo był tu Nathan. Coś z Kat... Martwiłam się, tylko jak powiedziałam, że nie odezwę się do niej by była szczęśliwsza... tak będzie. Nie chciałam nic więcej psuć.
   W domu Chrisowi zachciało się jakiegoś wielkiego plakatu na ścianie. Obiecałam mu, że to zawieszę jeszcze dziś. Jednak miałam zamiar zrobić to wieczorem... byłam zbyt zmęczona, na dodatek ominęłam kolejne zajęcia. Nie miałam z kim zostawić Christopha na dzisiaj, Leon zniknął.

Od Katherine


**************Oczami Valentine********************



Gdyby nie Leo umarłabym przez to coś jednak to on sprawił że ta kapsułka z werbeną dostała sie do mojego ciała. Kiedy wyszedł byłam zaskoczona. Dlaczego mi pomógł? Przecież zabiłam jego kolegę! Jednak był to gest obronny. Polowałam kiedy akurat on sie natrafił. Wycelował we mnie i strzelił jednak ja zrobiłam unik po czym go zaatakowałam. Może nie potrzebnie pozbawiałam go życia jednak to on pierwszy chciał pozbawić go mnie! Więc to nie ja zaczęłam.
Wstałam i zeszłam na dół. W salonie nalałam sobie whisky i napiłam się. Przez postrzał Leo straciłam siły i nakarmienie się tamtym chłopakiem było daremne. Znów czułam głód. Przewróciła moczami. Chyba bezpieczniej będzie napić sie z torebki. Aż sie skwasiła mną tę myśl.
Do domu weszła Kat z narzeczonym i Alankiem.
-O jesteś w domu.. jejku co sie stało?-zapytała Kat na widok mojej zakrwawionej koszulki.
-Mały wypadek w czasie polowania. Ci łowcy są nieznośni. Ale to pikuś. -odparłam idąc w kierunku schodów.
-Pijesz?!-oburzyła się znowu.
-Przypominam iż urodziłam sie 22 czerwca 1612 roku o oznacza iż mam 403 lat.
-To nie oznacza iż jako moja córka będziesz chodziła po domu pijana. Przypominam ci iz przestałaś sie starzeć mając prawie 17 lat.
-Nudzisz.-odparłam wchodząc po schodach i kierując się do mojego pokoju.
Wzięłam gorącą kąpiel, wyjęłam z szafy fajne ciuszki i czarne szpilki po czym je założyłam.. Umalowałam się ładnie i uczesałam a następnie wyszłam z domu nic nikomu nie mówiąc. Wybierałam sie na imprezę.


********************Oczami Katherine*******************


Kiedy uśpiłam Alanka poszłam do pokoju Val. Jednak jej nie było co szczerze mnie nie zdziwiło.
-Valentina znowu wyszła.-powiedziałam siadając obok Nathana w salonie.
-Same problemy z nią.-odparł.
-Jest nastolatką... z paroma setkami lat na karku ale jest nastolatką.
-To nie oznacza że może robić co chce. Nie tłumacz jej.
-Jest moja córką. Też taka byłam.
-Mam nadzieje że Alanek nie wrodzi sie z tym do ciebie.
-A ja mam podobnie. Mam nadzieje że nie odziedziczy po tobie charakteru bo nie wiem czy ktoś z nim wytrzyma.
-Co masz na myśli?
-To ze wszystko chcesz mieć po swojemu i jak ktoś nie robi tego co chcesz to jesteś zły i pokazujesz humorki!
-Nie prawda..
-Wcale. Widzisz.. nawet jeden dzień nie może być bez kłótni.
-Teraz to z winy Valentiny.
-Nie. Ty tylko na to czekałeś.
-Kochanie proszę..
Wystałam i poszłam na taras. Jednak nawet nie doszłam do drzwi a zemdlałam.

***

Ocknęłam sie w szpitalu. Byłam podłączona pod kroplówkę i coś jeszcze.
-Nathan?-zapytałam.
-Tak kochanie?
-Co sie stało?
-Jesteś coraz bardziej słaba.
-Co to oznacza?
Milczał.
-Powiedz!
-Zawołam Roberta.-powiedział.
Robert był lekarzem który wiedział o wampirach i nie tylko. Kiedy przyszedł miał na twarzy wymalowany smutek.
-Robert co mi dolega?
-Wiesz o tym że stajać sie człowiekiem osłabłaś a ciąża z wampirem pogorszyła twój stan. Mówiliśmy ci ze poród to nie najlepsze wyjście. Krew wilkołaków opuściła twój organizm juz dawno temu a teraz on po prostu nie daje rady.
-Do rzeczy.
-Nie wiem ile jeszcze tak pociągniesz.
-Umrę?
-Nie jestem pewny.
-W procentach.
-Na 98% tak.
-98% ze umrę? Zawsze zostają te 2 %. Jak już to ile czasu mi zostało?
-Nie wiem... musisz sie oszczędzać, pilnować diety i musisz brać leki. Twój organizm zachowuje sie jak organizm 90 letniej kobiety.
-Jednak tryskam energią.
-Pozostałość po byciu wampirem. Znam jeden przypadek kiedy wampir stał sie znowu człowiekiem. Umarł on parę miesięcy po ponownej przemienię w człowieka. Także miał podobny wiek co ty. Po prostu twój organizm sie starzeje bardzo szybko, krew wilkołaka musiała to spowolnić. Jednak to nie jest lekarstwo i nie podziała na dłuższą metę.
-Dziękuję Robercie.
Zostawił mnie z narzeczonym samą.
-Będziesz mnie kochał nawet jak osiwieje i dostane zmarszczek?
-Nawet wtedy będę cie kochał. Dla mnie zawsze będziesz piękna.


***

Minął tydzień od tamtego czasu. Tak jak mówił lekarz moje ciało zaczęło sie widocznie starzeć. Pojawiły sie pierwsze siwe włosy. Farbowałam je a na skórę nakładałam różne preparaty przeciwzmarszczkowe. Dam radę! 

Od Chrissy

 ***Oczami Leona***

  Siedziałem w lesie z chłopakami. Była noc, moja siostra nie wracała. Nagle usłyszałem strzał. Zerwałem się na równe nogi i dobiegłem do miejsca... gdzie leżał martwy Marcus. Wiedziałem, czyja to sprawka. Czułem jej zapach z ciała kolegi. Flynn zabrał go do szpitala. Ja szukałem Val. Nabiłem pistolet werbeną i szukałem dziewczyny. Gdy ją wyczułem, strzeliłem. Nie wiem czy chciała zaatakować, po prostu bez wahania werbena była w jej brzuchu. Rana po chwili zniknęła a w środku była fiolka z werbeną.
   Zaszokowana patrzyła na mnie.Zbliżyłem się do niej.
-Nie będziesz zabijać kogo ci się zachce.
   Dostałem telefon od mamy. Płakała.
-Co się dzieje?
-Chrissy... Miała wypadek... Poszła na salę ale...
-Co kurwa?-Wycedziłem i pojechałem tam.
   Wbiegłem do szpitala i mijałem lekarzy,pielęgniarki i pacjentów. Znalazłem mamę przy sali operacyjnej. Wyczuwałem od niej chłód, silniejszy niż powinna. Z twardą miną patrzyłem na zamknięte drzwi do sali.
-Co jej robią?-Spytała mama gdy pani doktor wyszła z sali.
-Chrissy jest w bardzo ciężkim stanie... Rany nie goją się tak jak powinny u wampira...
   Kolejna która wie o wampirach? Dajcie spokój.
-Lili, będzie wszystko dobrze, prawda?-Spytała szeptem matka.
-Powinna jutro się wybudzić. Ale trudno to powiedzieć. Odniosła wiele ran.

   Cholernie się martwiłem. Czekałem aż się wybudzi, olałem szkołę, treningi, wszystkie inne obowiązki. Kazałem Allie pilnować Christopha. Zabrała go wraz z El do domu Woodów. Elise wiedziała co się stało. Na milion procent Allie wygadała to Dantemu,Elise,Emilie i reszcie świata.
   Nie obchodziło mnie nic.
   Zdałem sobie sprawę, co zrobiłem Valentinie. Musiałem ją znaleźć. Nie było to trudne, od razu wyczułem jej zapach. Była w domu Kat. Wszedłem tam bez pukania, Val była sama. Miałem przy sobie przyrząd do wyciągania takich trucizn, wziąłem to po drodze. Dziewczyna stanęła w drzwiach i gdy miała się na mnie rzucić, wysunęła kły w geście obronnym ja podniosłem rękę do góry z przyrządem. Małym pistolecikiem.
-Nie chcesz żebym ci to wyjął?
-To jest we mnie kretynie!
-Dzięki temu - wskazałem na przyrząd - uratuję ci życie. Siadaj.-Nakazałem.
   Wykonała moje polecenie nieufnie patrząc mi w oczy. Wyciąganie trucizny i małej fiolki zajęło mi sporo czasu. Ok. dwóch godzin. Nie byłem perfekcjonistą, ale tutaj musiałem być ostrożny. Wyszedłem nie zwracając na nią uwagi. Nie powinienem wyżywać się na niej.

***Od Chrissy***

   Głowa mnie bolała. Wszystko mnie bolało. Kręciło mi się w głowie, czułam się strasznie. Gorzej niż przedtem. Lilianna weszła do mnie trzymając kartę badań i pytała o podstawowe rzeczy.
-Cieszę się, że się wybudziłaś, tak jak przypuszczałam. Powiedz coś Chrissy.-Poprosiła.-Jak się czujesz?
-Źle.-Mruknęłam.
-Nie masz złamań. Ciesz się swoją połówką wampira... Jedna z ran miała ślad, to był kołek. Kto ci to zrobił?
-Nie domyślasz się, Lili?-Chrząknęłam by nie brzmieć jakbym miała chore gardło.
-Nie mów mi, że to Riley.
   Milczałam, a ona zła podeszła do drzwi.
-Obiecasz mi, że nikomu o tym nie powiesz. Nikt ze sfory ma nie wiedzieć.
-On cie zabije...
-Dawno na to zasłużyłam. Jeśli dowie sie że komuś o tym powiedziałam to zabije Christopha.
   Ominęła temat. Wróciła do mnie czekając na kolejne pytanie.
-Kiedy będę mogła wyjść?
-Za dwa dni. Na ten czas będę cię nadzorować.
   Gdy wyszła wleciał na salę Christoph.Położył się koło mnie uważając, by nie zrobić mi krzywdy. Uśmiechnęłam się i przytuliłam go chociaż było mi trudno poruszać czymkolwiek. Może nie wytrzymam... i umrę? Riley wtedy będzie zadowolony a Chrisowi nic się nie stanie...

Od Ethana

 Wracaliśmy już do domu. Sophie było naprawdę przykro. Opuszczaliśmy Kair z mieszanymi uczuciami. Ja też się tu dobrze bawiłem..
 Siedziałem z Sophie na tyle. Samochód prowadził egipski kierowca. Zapadała już noc, a my wjechaliśmy w totalne zadupie.  W pewnej chwili samochodem zaczęło strasznie trząść.
- Co się dzieje? - spytała zdezorientowana Sophie, budząc się ze snu.
Wychyliłem się przed siedzenie i spytałem kierowcy o to samo.
-Vous avez un problème? - powiedziałem po francusku, ponieważ facet dobrze znał ten język.
Mężczyzna zrobił tylko dziwny gest i nagle silnik zgasł.
Zapadła cisza. Sophie się do mnie przytuliła. Wiedziałem, że jeśli nie ma ogrzewania, to zaraz i kierowca i Sophie odczują na sobie niewyobrażalny chłód pustyni. O czarnego się nie martwiłem... Ale Sophie? Potrzebowała ciepła... 
Szybko wysiadłem. Postanowiłem zachować dziwną krew. Facet tylko chodził w kółko i klął po arabsku. Myślał, chyba, że nie zrozumiem, ale nie bardzo mnie to interesowało. Najpierw w bagażniku udało mi się odszukać ciepły koc dla Sophie. Opatuliłem ją nim i pocałowałem w czoło.
- Zaraz wrócę - szepnąłem.
Kierowca wrócił do samochodu, tak mu było zimno. Ja też musiałem zgrywać jakieś pozory, więc chodziłem obejmując się ściśle rękoma i udając, że zamarzam.
- Ethan! - zawołała przez okno Sophie.
- Zaraz wrócę! - uciszyłem ją i otworzyłem maskę.
Z środka dobiegały jakieś dziwne odgłosy. Po chwili znów rozległ się przerażony okrzyk Sophie.
Do głowy wpadły mi różne czarne myśli. Że czarny sobie za dużo pozwolił i się do niej dobiera. Czym prędzej zamknąłem maskę i pobiegłem do samochodu.
 Całe szczęście,  gościu nawet jej nie dotykał.
Ale był inny problem... 
Zatrzymałem się przerażony, patrząc na pozę Sophie i jej rozchylone nogi.
- Tylko nie to... - pokręciłem przerażony głową.
- Ethan, ja rodzę! - krzyknęła przerażona - To dopiero 6 miesiąc, on nie przeżyje! 
Znieruchomiały stałem i nie ruszałem się. Kierowca niespodziewanie krzyknął po angielsku.
- Zrób pan coś, a nie stoisz jak widły w gnoju!
W normalnej sytuacji parsknąłbym śmiechem, ale w tej chwili nie było mi wesoło. Słowa  tego gościa odrobinę przywołały mnie do rzeczywistości.
- Są tu jakieś domy?
- Parę kilometrów stąd panie! - odparł ten.
Złapałem się za głowę.

- Dobra... Siedź tu z nią.
- Nie zdążysz człowieku! 
Jednak już go nie słuchałem. Parę metrów przebiegłem  ludzkim tempem. A gdy mgła mnie zakryła... Pobiegłem normalnie.
Chwile potem byłem w wiosce. 
Szukałem jakiegoś szpitala czy coś. Znalazłem małą, osiedlową klinikę, która przypominała bardziej szopę. Jednak nie było czasu. W środku zastałem energiczną kobietę po czterdziestce.
- Co się stało? - spytała, gdy tylko mnie zobaczyła. Na szczęście znała angielski.
- Moja... żona rodzi... - wydusiłem szybko.
- Gdzie jest? - lekarka spoważniała i zaczęła jej szukać za mną.
- Właśnie o to chodzi, że nasz samochód utknął na drodze za wioską! - wydusiłem.
- Prędko - odparła i porywając torbę w biegu pobiegła za mną.
Na szczęście miała samochód. Gdy pojechaliśmy, dokładnie ją kierowałem.  W tej chwili błogosławiłem wampirzą orientację w terenie.
 Dojechaliśmy po paru minutach. Samochód, mimo mgły, zauważyłem z daleka. Reflektory jeepa pani doktor oświetliły dokładnie nasze auto i wnętrze tego co się w nim działo. Kierowca pochylał się nad Sophie i coś do niej powoli mówił.
 Lekarka wysiadła od razu. Natychmiast podbiegła do Sophie.
- W samą porę - rzuciła i zaczęła wyciągać narzędzia.
Odszedłem na bok, zaszokowany tym co się dzieje. 
Dziesięć minut potem ciszę nocną przerwał płacz małej istotki.
Niedowierzając podszedłem do samochodu.
Sophie, bardzo wyczerpana uśmiechała się promiennie do białego zawiniątka na jej brzuchu.
- Mamy córeczkę - wyszeptała.
- Gratuluję panu - uśmiechnęła się do mnie - Jak ją nazwiecie?
Popatrzyliśmy po sobie.
-  Sophie, masz jakiś pomysł? - spytałem.
Moja małżonka westchnęła.
- Sądzę, że pani doktor powinna ją nazwać.. - wyszeptała.
- Ja? - spytała zdziwiona lekarka. 
Obaj pokiwaliśmy głowami. To fakt. Gdyby nie ona...
Kobieta pochyliła się nad zawiniątkiem i wyszeptała.
- Jesteś tak śliczna jak kwiat róży... Chciałbym ci nadać imię Aybige. 
Uśmiechnąłem się szeroko i wziąłem małą na ręce.
Pasowało jej to...
Zerknąłem na Sophie, oczekując od niej opinii na temat nowego imienia i zamarłem..
Nie ruszała się i nie oddychała. Uśmiechała się lekko z zamkniętymi oczyma.
Jej serce też nie biło...
Przerażony oddałem Aybige kierowcy pochyliłem się nad Sophie.
- Coś nie tak? - zareagowała szybko lekarka.
- Ona.. Nie żyje - wykrztusiłem. 
- Jak to nie żyje?! - spytała poddenerwowana pani doktor i przystawiła ucho do jej klatki piersiowej. 
Przez następną godzinę nawzajem reanimowaliśmy moją żonę.
Niestety nic nie pomogło.
Kolejny raz Bóg na moich oczach zabrał życie... i dał nowe.

Od Chrissy

***Oczami Leona***

   Wiedziałem, że moja siostra ma jakieś problemy.Słyszałem jak płakała gdy wchodziłem do domu, jednak gdy się zjawiłem w holu ona wampirzym tempem uciekła do pokoju i zamknęła się tam. Chciałbym z nią porozmawiać, podejrzewałem, że nic mi nie będzie w stanie wyjawić. Starałbym się jej pomóc, przecież to moja siostra. 
   Łowy zaczęły się dzisiaj. Moja grupa chodziła po lesie i patrolowała teren. Nie wiedzieli, że mam siostrę wampira, gdyby wiedzieli... zabraliby ją. Oczywiście stawiłbym się im ale ich jest więcej. Zatrzymaliby mnie. Nie mogli się dowiedzieć o Chrissy, wtedy będzie przeżywała piekło. A łowcy po ostatniej akcji z pierwotnymi pomnożyli swoje siły razy miliard i w Forks i za miastem, jest naszych grup pięć w każdej piętnaście osób. Są ostrożniejsi i lepsi, martwiłem się o Chrissy.Jednak trudno przewidzieć to, jak zareagują na połówkę wampira i człowieka. Mogą ją wypuścić, ale też zatrzymać i wykańczać. Nie mógłbym na to bezczynnie patrzeć. 
   Wieczorem przyszedłem z imprezy, nie piłem ani nie paliłem. Od kiedy Chrissy pilnuje mnie bym do domu przychodził ogarnięty... musiałem wykonywać jej prośby. Nie było z nią dobrze. Z każdym dniem słyszałem jak serce bije jej coraz szybciej, miałem wrażenie, że zaraz pęknie.Chociaż już dawno miała je złamane.
   Dla Chrisa była cudowną matką, spędzała z nim wolną chwilę. Tylko nie wiedziałem jakie problemy ma moja siostra. 
   Usiadłem koło niej i wyjechałem z jedną prostą propozycją. 
-Co powiesz na łyżwy?
-Nie lepiej iść z jedną z twoich lasek?-Bardziej stwierdziła, niż pytała.
-Potrzebujesz odrobiny szczęścia. 
-Załatwisz mi to jednym wypadem na łyżwy o osiemnastej?-Zdziwiła się patrząc na zegarek.
-Wiem, że masz jakiś problem. Nie chcesz mi powiedzieć, unikasz tematu jak ognia, więc chodźmy gdzieś razem jak rodzeństwo. 
   Wahała się, ale po chwili zgodziła się. Zawiozłem nas i po chwili jeździliśmy razem. 
-Figurówki? Pokręciło cię.-Zaśmiałem się.
-Jak miałam dwanaście lat mama zabierała mnie na łyżwy co jakiś czas. W Seattle jest sporo takich miejsc.
-Weź się uśmiechnij. 
-Nie będzie on szczery...
-No weź.
-Spadaj!-Zaśmiała się.
-Nieźle jeździsz. 
-Zazdrościsz?
-Umiesz zrobić jakąś figurę?
-Dwie.
-Dawaj. 
-Oszalałeś?-Jechała tyłem i patrzyła się na mnie z uniesionymi brwiami. 
 -A co ci szkodzi?
     Zrobiła dwie, a przy tej ostatniej wywaliła się. Pomogłem jej wstać, roześmiałem się głośno a ona wraz ze mną. Tak... Przydało jej się coś takiego. 
-Dziękuję.-Szepnęła gdy siedzieliśmy w samochodzie.
   Uśmiechnąłem się i ruszyłem do domu.
   
***Oczami Chrissy***

   Tak, przydało mi się coś tak spontanicznego. Nie myślałam o niczym, była ta chwila z moim bratem. Przynajmniej udało mi się naprawdę rozchmurzyć i szczerze uśmiechać. Minęło półtora tygodnia od wizyty Rileya u mnie w domu. Powinnam powalczyć o życie, ale po jaką cholerę? Nie dam rady na wilkołaka chociażby ze względu na to, że jego atak może być dla mnie śmiertelny. A i tak Riley działa tak ostrożnie, by nikt się nie poznał na tym, że to właśnie on chce mnie zabić. I poza tym, miałam tańczyć tak jak on mi zagra, inaczej zabije Chrisa. Wie, że jak nie Damon go ''odstraszy'' to Sam lub Allie. Albo ktoś inny. Nie miesza się w żadne kontakty z nikim. 
   Pojechałam do rezerwatu do Lilianny. Sprawdzała moje zachowania jako wampir, no i jak to się wiąże z człowiekiem. ''Połówki'' jak ona to nazywa, są trudne do opanowania. Jest pod wrażeniem, że jeszcze nikogo nie zabiłam. Chociaż... prawie zamordowałam w łazience tego chłopaka na imprezie u Jess. 
  Gdy miałam wracać do domu spotkałam na swojej drodze Rileya. Spojrzałam na niego i zaraz spuściłam wzrok. Nie chciałam na niego nawet patrzeć. 
Co on tu robił w ogóle? Miał tu zakaz wstępu o ile mnie pamięć nie zawodzi. 
   Nie chciałam się dowiadywać, nie obchodziło mnie nic co było z nim związane. Odeszłam i podążyłam przez las do miejsca gdzie zaparkowałam. 
   Słyszałam jak ktoś za mną idzie. Słyszałam bicie jego serca, było takie spokojne... Nie szalało jak moje. 
   Kiedy się odwróciłam oczywiście można było się domyślać któż to. Riley stał przede mną i po chwili przebił brzuch kołkiem. 
-Obiecałem - zaczął ze śmiechem - że zniszczę ci życie. A słowa dotrzymam. 
   Wyjął kołek i kazał mi jechać. Miałam ochotę go zamordować. Ale oddałby mi za to co bym mu zrobiła. O ile w ogóle dałabym radę coś mu zrobić. Z trudem nacisnęłam pedał gazu. Jedną ręką zaciskałam ranę na brzuchu. Traciłam krew. Moja część ludzka utrzymywała mnie przy życiu, a mi było coraz ciężej oddychać, kręciło mi się w głowie. Poczułam silny ból... i skręciłam niespodziewanie z drogi i zleciałam na dół niewielkiej wysokości. Samochód turlał się na dół, to trwało wieczność. Jakiś kawałek metalu wbił mi się w okolicach rany od kołka. Gdy samochód padł dachem,uderzyłam głową o ostry wgnieciony dach.Czułam ostry,silny ból wszędzie.Bolały mnie kości...głowa... z dwóch ran na brzuchu lała się krew... po krótkich męczarniach... przestałam nareszcie czuć ból i zapadła ciemność...





Od Ethana

  Na podróż poślubną wyjechaliśmy do Egiptu. Nie byłem zbyt tym zadowolony, ponieważ chciałem by Sophie odpoczywała, a nie dodatkowo się męczyła. Jednak wszyscy zgodnie w końcu uznaliśmy, że należy jej się przez śmiercią zwiedzić trochę świata.
Dziecko miało przyjść na świat za dwa tygodnie,  a to były nasze ostatnie dni urlopu.
- Ethan, chodźmy na plażę - poprosiła mnie Sophie na śniadaniu.
Niestety, musiałem udawać człowieka, co mnie  już odrobinę irytowało. Nie ma to jak trzy razy dziennie jeść "ziemię".
Dziś udawałem, że nie jestem głodny, więc poszło gładko.
- Ehhh Sophie... Bez szaleństw - mruknąłem.
 - Ethan proszę... - zrobiła "słodkie oczka".
Parsknąłem śmiechem.
- Sophie teraz jest bardzo gorąco. Tłum plażowiczów. Istne piekło. Pójdziemy wieczorem, dobrze?
Przewróciła oczami.
- Niech ci będzie.
 Popołudniu wybraliśmy się zwiedzić ostatnią piramidę, która nam została, a mianowicie piramidę Chefrena. Sophie jak zwykle niepewnie wchodziła do środka. Widząc jej minę wybuchnąłem śmiechem.
- Tyle razy byłaś w piramidzie. Nadal się boisz?
Pokiwała głową, a ja rozbawiony pocałowałem ją w głowę.
Przewodnik odrobinę zanudzał, dlatego sam opowiadałem jej historię tego grobowca. Zasłuchana nawet nie zauważyła, jak wyszliśmy na upalne słońce.
- Strasznie dobrze znasz historię - zauważyła.
- Nie tylko historię - odparłem szeroko się uśmiechając.
- Ah ta skromność - wywróciła oczami.
Roześmiałem się i podniosłem chustę z jej ramion.
- Jeszcze mi cię słońce roztopi - powiedziałem i położyłem jej tą chustę na głowie.
- Kocham cię - szepnęła i pocałowała mnie w usta.
Miałem pretekst, żeby nie odpowiadać jej tym samym. Milcząc, po prostu ją całowałem.
 Do hotelu wróciliśmy o szesnastej.
- To idzieeemyyy? - spytała Sophie, gdy weszliśmy do pokoju.
- A obiad? Kto zje?
- Traktujesz mnie jak dziecko - odparła naburmuszona i opadła na łóżko.
Usiadłem obok niej. Wyciszyła się, trzymając ręce na już bardzo dużym brzuchu.
- Wiesz co mnie zastanawia? - spytała po chwili.
- No co? - spytałem ostrożnie.
- Czemu on tak szybko rośnie. Przecież ja w 9 miesiącu będę wyglądać jak prawdziwa słonica!
Roześmiałem się kryjąc zdenerwowanie. Sophie na szczęście nic nie podejrzewała, i miało tak zostać.
Pocałowałem ją w czoło.
- Na pewno nie będzie tak źle. A teraz choć mój słoniu, zjemy coś.
Sophie niechętnie poszła się odświeżyć i zaraz byliśmy na dole.
- Nie zjesz nic? - spytała, gdy dłubałem w talerzu widelcem, a ona kończyła już swoje danie.
Wzruszyłem ramionami.
- Jakoś nie jestem głodny...
- Teraz może ja ciebie potraktuję jak małego chłopca?
Parsknąłem śmiechem.
- Bardzo proszę.
Swoim widelcem nabiła kurczaka z mojego talerza i przystawiła go do moich ust.
- No, otwieraj! - powiedziała, gdy zaciskałem usta w kreskę.
- Nie chce mamo! - odparłem naśladując głos dziecka.
Roześmiała się.
  W końcu skończyliśmy i wstaliśmy od stołu. Sophie z trudem się podniosła. Położyła dłoń na brzuchu i westchnęła.
- Mały, ty mnie kiedyś wykończysz - mruknęła, a ja wzdrygnąłem się odruchowo.
  Po godzinie poszliśmy na plażę. Sophie była przeszczęśliwa.
Wygłupialiśmy się nad brzegiem.

 https://38.media.tumblr.com/2506cb6cfa12bd8b769d0dc6fcab0322/tumblr_mqeamwvW1a1szgqtlo1_500.gif
Nie kochałem Sophie, ale naprawdę mi na niej zależało...
Nie chciałem żeby umierała..
A to niestety mogło nastąpić za niedługo...

niedziela, 29 marca 2015

Od Chrissy

   Gdy siedziałam u Katherine zjawił się Samuel i Damon. Zachowywali się jak bracia, byli różni ale... polubili się. Nawet byli trochę podobni do siebie.
   Sam usiadł koło mnie, wyrwał mnie z głębokiego zamyślenia i nerwowo odparłam.
-Idź denerwuj kogoś innego,co?
-Masz z tym problem?
-Idź z nią pogadaj.
-Nie chcę.
-Idź.
   Odszedł, a ja miałam cały czas uszy szeroko otwarte na tą dwójkę. Poszli na bok do kuchni. Wsłuchałam się w to co się tam dzieje. Gdy sytuacja zaczęła się komplikować... Musiałam chyba wkroczyć.
-Nie czuję do ciebie tego Sam...
-Ale ja czuję. Kat... wiem, że mnie kochasz.
-Jak brata!
-Kat...-Podniósł głos a ja zjawiłam się w sekundę w kuchni.
-Sam, myślę, że powinieneś iść...
   Nagle Nathan się zjawił Słyszał całą rozmowę lub być może widział, jak Samuel obmacywał Kat. Będzie gruba akcja...
-Odpierdol się od niej.-Warknął Nat.
-Uspokój się...
-Mówiłem, że przez nią będą kłopoty i problemy!-Wskazał na mnie.
-Nie...
-Ma racje.-Przerwałam kłótnię.-Przeze mnie są cały czas problemy. Powinniście żyć swoim życiem a ja... powinnam się usunąć...
-Co ty mówisz?-Krzyknęła zrezygnowana Kat.
   Elise zjawiła się w drzwiach a ja podeszłam do Katherine i spojrzałam jej w oczy.
-Do ślubu z Nathanem będziesz ograniczała ze mną kontakt. Potem... Zdecyduję jak powinnaś o mnie zapomnieć.
   Odsunęłam się od niej i minęłam zaszokowaną Elise. Dogoniła mnie przed domem Kat gdy otwierałam drzwi samochodu.
-CO to było?
-Szybkie,skuteczne zahipnotyzowanie człowieka.
-Przecież to ją zabolało, dlaczego to zrobiłaś?!
-Bo... Czas na zapomnienie o mnie. Nie chcę żeby ich związek się rozpadł. Przeze mnie zawsze wszystko się kończy... Teraz ja przestane zużywać tlen bo nie mam szans na szczęśliwe życie. Nie ma dawnej Chrissy... Jest wrak człowieka, Elise... Ty też o mnie zapomnij. Ułatwisz sobie sprawę.
-O co ci chodzi?Jak możesz tak mówić?! Mogę ci pomóc...
-Nie! Nie możesz!-Krzyknęłam zrozpaczona i właśnie nadeszła burza.
-Nie da się pomóc. -Pokręciłam głową i zaczęłam płakać.-Odejdź. Po prostu to zrób.
   Odjechałam.
   Kiedy byłam w domu właśnie rozmawiałam z Leonem. Próbował mnie rozbawić,ale nie udawało się to. Raz się uśmiechnęłam, to ostatnie chwile mojego życia, muszę udawać przed bratem, że jest ok.
-Możemy jeszcze raz zajarać trawkę.-Uśmiechnął się do mnie a ja spojrzałam w okno.
-Nie Leon. Nie możemy.
-Co jest?
-Jestem zmęczona. Miałeś iść na trening... Leć. Ja zostanę.
   Poszłam na górę do pokoju gdy brat się zmył. Pocałowałam Chrisa w czoło gdy smacznie spał. -Kocham cię.
   Starłam łzy i usłyszałam na dole hałas.
   Zeszłam i zobaczyłam Rileya. Miałam ochotę wydrapać paznokciami dziurę w ścianie i uciec.
-Umowa była inna...
-Siadaj.-Nakazał a ja wykonałam polecenie.
   Usiadł na przeciwko mnie i z uśmiechem mnie obserwował. Patrzył jak się kulę ze strachu.
-Myślałem jak będzie wyglądać twoja śmierć... Co powiesz na powrót do agencji?
-Nie możesz tego zrobić... Riley... Błagam... Nie rób tego...
   Roześmiał się.
-Zamknij się.
-Mówiłeś że mnie zabijesz...
-Chcesz chronić syna. Uroczo. Tylko, słońce... Ja odgrywam się na wszystkich. Twoje odejście zaboli każdego, a do agencji żaden się nie zbliży by cię uratować. Mnie bawi to, że się panicznie boisz tego miejsca.
-Błagam... Nie zabieraj mnie tam...-Zaczęłam płakać. Byłam przerażona.
   Nie byłam w stanie tam wrócić. Nie wiedziałam jak bym to przeżyła. Chyba bym umarła po pierwszej operacji.
-Nie zrobisz tego... Błagam...
-Niczym mnie nie przekonasz. Ale twoje błaganie mnie bawi.-Zaśmiał się.-Masz jeszcze dwa tygodnie. Zastanów się jak je zmarnujesz.
-Błagam, nie zabieraj mnie tam!-Krzyknęłam a on zniknął.
   Usiadłam pod ścianą i rozpłakałam się.

Od Chrissy

   Byłam bardzo zmęczona po zajęciach. Miałam je do osiemnastej, gdy Allie mnie odwoziła, ja zdążyłam zasnąć. Poczułam jej lodowaty uścisk który przywrócił mnie do żywych natychmiast. Otworzyłam oczy, płakałam przez sen...? Nigdy mi się to nie zdarzyło.
-Wszystko w porządku?-Spytała zmartwiona Gery siedząca z tyłu.
-Nie wiem.-Szepnęłam.-Nie mam pojęcia...
   Spojrzałam na Allie a ona uśmiechnęła się lekko. Chciała mnie pocieszyć, ale w tej sytuacji nie umiała.
-Uśmiechnij się.No dalej.-Odgarnęła moje włosy na bok.
-Nie mam powodu. Udaję od dwóch lat, że jest wszystko w porządku, mam robić to dalej?-Prychnęłam i pożegnałam się z dziewczynami.
   Weszłam do domu i przybrałam twarz ''Wszystko jest dobrze, jestem najszczęśliwszą osobą na świecie''. Jednak... było wręcz odwrotnie. Byłam najgorszą osobą na świecie która była na dodatek nieszczęśliwa. Nie wiedziałam jak potoczy się dalej moje życie. Chodziło mi tylko o dobro syna. Gdyby nie on... nie wiem jak by wyglądała moja sytuacja. Czy bym żyła, czy nie.
   Leon siedział w pokoju czekając na mnie.
-Gdzie Chris?-Spytałam i starłam łzy z policzka.
   Przy nim nie musiałam nic ukrywać. Był osobą, która doskonale wiedziała jak się czuje. Widział to i nie dało się go okłamać. Od razu wyczuwał kłamstwa i kręcenie. Jednak mnie nie wspierał, czego nie wymagałam od niego. Chociaż można powiedzieć, że z tym wszystkim jestem sama i nie dam rady dłużej tego ukrywać. Ale musiałam. Musiałam ukrywać emocje jak najlepiej... Nie dać się im. Tak żyję dwa lata. Przeżyję jeszcze ostatni rok.
   Tak, rok. Ponieważ mój syn rośnie w zaskakującym tempie. Za rok stanie się nastolatkiem, wtedy Allie powinna się nim zająć. Nie powinnam odchodzić... ale i tak wiedziałam ile zostało mi czasu. Na moją śmierć czeka mój najgorszy wróg - Riley. Nie odpuści... Wiedziałam, że mnie zabije. Groził mi, że jeśli nie mnie to zabije Chrisa. Nie pozwolę mu na to. Dla Chrisa byłam w stanie się poświęcić. On się teraz dla mnie liczył bo tylko on mi został.
-Śpi.-Odparł Leon.-Idę spać.

   Dziś sobota. Minęły dwa tygodnie. Przez ten czas wiele zdążyłam zrobić. Spełnić moje jedyne marzenie które nie zostało zburzone przeze mnie lub czas. Dziś spotkałam się z Damonem,Allie,Elise,Jess,Samem,Gery i Katherine.
   Przez te cholernie ciężkie dwa tygodnie zmagałam się z problemami dotyczącymi Rileya. Codziennie go widywałam a on przypominał mi o swojej obietnicy, że jeśli nie zrobię tego co do mnie należy przez 3 tygodnie, to zabije mojego syna albo go zabierze. Byłam zrozpaczona, ale dla mnie było oczywiste co muszę zrobić.
   Znów przybrałam twarz szczęśliwej, ale wiedziałam, że niektórych osób nie uda mi się oszukać. Takich jak Allie,Gery i Elise. Elise chyba od razu się domyśli, że jestem nieszczęśliwa. Gery to wyczuła już dawno...
-No co chcesz powiedzieć?-Spytała podekscytowana Kat.
-Wiedzieliście, że pracowałam nad książką...
-No i?!
-Wysłałam ją do kilku z najlepszych wydawnictw w Nowym Jorku... No i... Moja książka spodobała się Stephanowi King'owi...
   Wszyscy mi gratulowali. Damon wraz z Allie najbardziej krzyczeli by zrobić mi wiochę, ale byli też podekscytowani moim osiągiem. Tak, to było moje ostatnie marzenie które jeszcze we mnie istniało. Stephen King był moim ulubionym pisarzem, uwielbiałam jego książki.
   Elise mnie przytuliła.
-Gratulacje za zrealizowanie marzenia.
-Ostatnie jakie mi zostało w tym roku.
   Zmrużyła oczy.
-Co masz na myśli.
-To, że został mi miesiąc.
-Słucham?-Zjeżyła się.
   Wymusiłam na twarzy uśmiech i spojrzałam na nią.
-Nic takiego. Po prostu... odreagujmy.-Szepnęłam i odeszłam szybko od przyjaciółki.
   Gdy po spotkaniu z nimi wracałam do domu, jakiś młody chłopak... o cholera. Znałam go!To ten, którego zaatakowałam w łazience na imprezie u Jess. Podał mi moją książkę i poprosił o autograf. Zaszokowana wpatrywałam się w niego ale podpisałam.
-Znam cię.
-Nie, zapewniam pana, że nie.-Zaśmiałam się nerwowo.
-Ale poważnie... czasem nie u tej dziewczyny... tej... Jessica miała na imię, prawda?
-Musi mnie pan z kimś mylić, naprawdę nie kojarzę. Nie chodzę na imprezy. Mam sześcioletnie dziecko i nie sądzę, bym latała po imprezach jak nieodpowiedzialna gówniara.
   Tym go odstraszyłam. Podziękował za autograf i zmył się. Tak jak myślałam, dodanie dziecka do konwersacji z podrywaczem powinno zadziałać.
   Spotkałam się w domu z Gery. Jutro miałam podpisywanie książek. Chirs był w przedszkolu, więc na razie mogłam odpocząć od nauki,zajęć i opieki nad dzieckiem. To powoli zaczynało być męczące, nie umiałam tego pogodzić. Ale kochałam to wszystko i nie chciałam tego kończyć. Co ja mówię... Przecież został mi miesiąc.
-Muszę przeczytać to mojej cioci.
-Nie sądzę żeby jej się to spodobało. Jest tam dużo seksu i wulgaryzmów.
-Kryminały takie są?
-To nie kryminał... no... trochę fantasy...
-Jeśli się spodobał najlepszemu pisarzowi to chyba jednak musiało mieć to coś.
-Uważam jednak, że nie spodoba jej się taka książka.
-Jest szczera, to chyba nie jest źle. A wulgaryzmy czasem się przydadzą w dobrej książce. A mojej cioci to nie przeszkadza, lubi seks.
-Aha, dobrze wiedzieć.-Zaśmiałam się.
   Wszystko było wymuszane. Śmiech, uśmiech, to w jaki sposób starałam się być miła na siłę.

   Dziś miałam wolne od zajęć i zaczęłam podpisywanie książek. Była ze mną Gery która wiedziała jak się zachować. Była milion razy na podpisy książek i sama to robiła. Przecież teraz wychodzi jej druga książka. Ona nie pisze szczerze, a ja tak.
   Stałam i rozmawiałam z ciekawymi czytelnikami mojej książki. Nie wiedziałam, że aż tak się ona im spodoba.
   Podszedł do mnie Damon. Niespodziewanie się tu zjawił.
-Lubię seks, lubię wulgaryzmy... lubię kryminały i fantasy. Napisałaś to dla mnie?-Spytał a ja się zaśmiałam.
   Ponownie. Zmusiłam się do tego.
-W tej sukience wyglądasz seksownie.-Skomentował jeszcze.-Ale nie jesteś w moim typie.
-Ciesze się. Za godzinę muszę iść. Spotkanie z Kat.
-Luz. Mam popilnować twojego brzdąca?
-Jeśli byś mógł.-Szepnęłam i powstrzymałam łzy.
-Coś nie tak?-Od razu zareagował.
-Em... Wszystko jest pod kontrolą.-Zapewniłam przyjaciela.

   Gdy poznałam córkę Katherine byłam zaskoczona. Wow,po takim czasie się spotkały... Niesamowite.
-Wkurza mnie Nathan... czasami myślę, że mnie nie kocha.
-Nawet tak nie mów.-Wzięłam łyk kawy.
-Poważnie. Wkurza mnie... Cały czas mną rządzi. Wiesz co mi powiedział? Że mnie zahipnotyzuje bo... Em...
-Byś nie spotykała się ze mną.-Dokończyłam za nią.
-Skąd wiesz?
-Kazał mi się od ciebie odsunąć... To nawet dobrze... Nie chciałabym być problemem. Pasujecie do siebie, ostatnio wiele rzeczy psuję... Jedyną rzeczą która mi się udała to wydanie książki.
   Pokręciła głową zrozpaczona.
-Dasz radę.-Zapewniłam ją.
-Jesteś nieszczęśliwa.-Zauważyła.
-Nie.-Pokręciłam głową.-Jestem bardzo szczęśliwa. Tylko... Nie okazuję tego w taki sposób jak powinnam...

   Przyjechałam po Elise i Allie, które siedziały w domu Woodów. Nie lubiłam tu przyjeżdżać, wiadomo dlaczego. Byłam dawnym problemem Ethana, jestem problemem dla Nathana... Nie chciałam im przysparzać kłopotów. Emilie tylko uśmiechnęła się do mnie przelotnie, gdzieś jechała. Jednak nie odwzajemniłam uśmiechu. To były moje ostatnie dwa tygodnie życia.
   Czekałam pół godziny. Zdenerwowana wyszłam z samochodu a kiedy miałam pukać do drzwi otworzyła mi Elise.
-Przepraszam, już idę.-Uśmiechnęła się El a za nią zobaczyłam Allie.
   Całowała się z Dante. Dobrze, że była szczęśliwa...
-To kierunek dom Kat?
-Tak...

Od Katherine

Od tego najbardziej ponurego i smutnego wesela minęły 3 tygodnie. Powoli z Nathanem wyznaczaliśmy datę własnego ślubu. W końcu już rok minął odkąd przyjęłam oświadczyny. Alanek "ma już 4 latka" to chyba nie możemy czekać długo z weselem.
-Myślałam nad świadkiem i chcę Chrissy. To ona jako pierwsza tak na prawdę wiedziała co do ciebie czuję. 
-Ja za świadka myślałem wziąć Damona.. 
-Dobry pomysł. Do ołtarza zaprowadzi mnie Samuel. 
-Dlaczego on? Nie lubię go.
-Wiem że nie przepadasz za nim jednak tylko on mi został. Ma mnie Naomi zaprowadzić? Wątpię żeby mnie do ołtarza zaprowadziła prędzej do grobu a poza tym ona jest dziewczyną.
-No dobra. -powiedział niezadowolony.
Pocałowałam go w policzek i poszłam do pokoju małego gdzie bawił sie z Valentiną.
-Jak tam łobuzy?
-Dobrze mamo. Val uczy mnie grać w szachy.
-To dobrze.-powiedziałam całując go w czoło.
-Ne rób tak! Jestem chłopcem!
Zaśmiałam się.
-Valentina wzięłabyś go na plac zabaw?
-Mam inne plany no ale z braciszkiem sie nie pobawię?
-Braciszkiem?
-Tak młody. Jestem twoja starszą siostrzyczką.
-To super!
Valentina pomogła mu sie ubrać i poszli a ja zadzwoniłam do Chrissy.
-Hej piękna co byś powiedziała na mały wypad na kawę i ciastko?-zapytałam.
-W sumie to bardzo chętnie. Stęskniłam się.
-To za 20 minut w kawiarni?
-Tej na rogu?
-Tak.
-To jesteśmy umówione.
Rozłączyłam sie i przebrałam.
-Gdzie idziesz?
-Z Chrissy do kawiarni.
-Nigdzie nie idziesz.
-Dlaczego?
-Zostań w domu.
-Bo co?
-Nie zachowuj sie jak smarkula
-To mnie tak nie traktuj.
-A jak zasłabniesz?
-Będę z Chrissy i nie zasłabnę.
-Ona jest chora i nie udzieli ci pomocy.
-Weź przestać. Cukrzyca to nie kalectwo. Da sie z tym żyć normalnie.
-Nie chcę byś szła.
-A to niby dlaczego?
-Bo po prostu nie chcę.
-Nathan weź sie ogarnij!
-Nie chcę byś utrzymywała z nią kontaktu. Nie chcę byś wpadła w kłopoty. -powiedział a ja już nie wytrzymałam.
-Ogarnij sie! Przyjaźnie sie z nią i nie zabronisz mi sie z nią zadawać. Nie będziesz wybierał mi przyjaciół! Nie wiadomo ile czasu mi zostało i chcę przeżyć to co mi zostało jak najlepiej.
-To spędź ten czas ze mną.
-Nie będę twoja niewolnicą!
-Czasami zastanawiam się że może lepiej jakbym cie zahipnotyzował. Mozę wtedy byś była ostrożniejsza i słuchała dobrych rad!
-Jesteś kretynem! Nawet sienie waż tego robić! Nie jestem twoja własnością!
-Jesteś matka mojego dziecka i moja narzeczoną a wkrótce żoną.
-Jak tak dalej bedzie to jedyne kim dla ciebie mogę być to matką Alana. -wykrzyczałam wychodząc z domu.
Byłam wściekła. Dlaczego on taki jest? Rozumiem martwi sie ale bez przesady.
Poszłam do kawiarni gdzie miałam się spotkać z przyjaciółka, musiałam odreagować.




*****************Oczami Valentiny*********************



Młody zjeżdżał ze zjeżdżalni a ja siedziałam na ławce. Musiałam soc załatwić ale spędzanie czasu z Alanem było ważniejsze. Kochałam go. Był chyba jedyna osobą którą kochałam kiedykolwiek. Jako iż całe swoje życie byłam samotna to spotkanie Alanka było najlepszym co mnie spotkało.
Po chwili bawiłam sie z nim w piaskownicy. Wtedy właśnie zobaczyłam Kat z przyjaciółką. Szły w naszą stronę a kiedy podeszły Alanek od razu podbiegł do tamtej kobiety. Miałam ochotę zabrać go i bronić przed nią bo w końcu jej nie znałam ale.. jeśli była to przyjaciółka Kat i Alan ja lubił to najwyraźniej nie była niebezpieczeństwem dla niego.
-Chrissy chciałabym być poznała moją córkę Valentinę.-powiedziała kat a ja wstałam.-Dwa miesiące temu odnalazła mnie.. mówiłam ci dużo o niej... to znaczy tyle ile sama wiedziałam czyli to jak bardzo chciałam ja znaleźć i być dla niej a teraz mogę.
-Miło mi ciebie poznać to niezwykłe że spotkałyście sie po takim czasie. -powiedziała Chrissy.
-Wiem. Szukałam Kat całe życie. To z tego powodu stałam sie tym kim jestem. -powiedziałam.
-Jesteś tak do niej podobna.. cała Kat.-zaśmiała się Chrissy.
-Wiem to. Dobrze ja uciekam Alanka zostawiam już pod twoja opieką Kat.
Wyszłam z placu zabaw i poszłam załatwić to co miałam. A co? Musiałam zapolować. Dawno nic nie jadłam i byłam bardzo głodna. 

Gada teraz: