niedziela, 30 listopada 2014

Od Niny

 Obudziłam się o jedenastej, nie chciało mi się wstawać, ani robić cokolwiek. Minęły kolejne długie trzy dni, które zmieniały moje decyzje, moje spojrzenia na świat. Caroline wróciła, Charlie ze swoją sforą gdzieś w barze przesiadują. Moja przyjaciółka obawia się, że go straci, jakaś dziewczyna ze sfory się do niego przyczepi czy coś, ale jeśli miałabym postawić się na jej miejscu, to ufałabym swojemu chłopakowi. Bo przysięgam, że Charlie jest idealnym przykładem idealnego chłopaka. Znam go dosyć długo by wiedzieć jaki jest.
 Wstałam, a następnie poszłam do łazienki zabierając bordowe rurki i czarną bluzkę w czerwono,zielono żółte kwiaty. Zaczęłam normalnie żyć... No, w miarę. Ale źle mi się żyje. Postanowiłam porozmawiać z Caroline i Van, mają większe doświadczenia ode mnie, wiedzą więcej na temat wampirów,wilkołaków i czarownic. Skoro tylko te istoty istnieją, no to o nich mogłabym zapomnieć. Chcę wiedzieć, czy jest taka możliwość usunięcia mi wybranych przeze mnie informacji za moim pozwoleniem.
 Podeszłam do lustra i spojrzałam na zdjęcia swoich rodziców, moich, brata a także moje osobiste zdjęcia ze mną i Van i Caroline. Boże, jak ja ich kocham. Teraz to jest moja rodzina, moje przyjaciółki, moje ukochane siostry. Nie wiem, jak mogłabym jeszcze je nazwać.
 Może Caroline coś wie o wampirach, przecież otacza ją Charlie, a to oznacza, że wie sporo na ich temat. Wilkołaki, wampiry i czarodzieje. Tak ja to mogłam rozumieć, bo jeśli Caroline nie wie kto może to zrobić, zrobi to Liam. Jemu jest wszystko obojętne, ale czasem mam niezbite wrażenie, że czasem go obchodzi mój los. On jest dla mnie jak brat. Lubie go, on jako jedyny nigdy nie panikuje, ma wszystko gdzieś i podchodzi do wszystkiego ze spokojem. Zabija bez drgnięcia powieką.
 Kiedy zeszłam na dół, tam była już Van i Caroline śmiejące się i dyskutujące o dziwnym według Caro, zachowaniu swojego chłopaka, a Van mówiła, że nie obchodzą jej żadne tematy związane z facetami, chociaż lubi, kiedy patrzą się na nią, lubi się podobać facetom. Ale tylko to. Zawsze mi tak mówiła, kiedy ja zaczynałam temat facetów. Jednak kiedy mówiłam jej, że jakiś mi sie podoba, przystąpiła do działania, na szczęście unikałam nieprzyjemnych rozmów gdzie tematem byłam ja.
-Śpiąca królewienka wstała!-Zaśmiała się Caroline.
-Słuchajcie, przejdę do rzeczy...-Spoważniały, a potem przyjrzały się mi uważnie.-Można mi usunąć pamięć, jest jakiś sposób? Na przykład, kiedy wyrażę zgodę?
-E... Ale...
-Odpowiedz. Tak czy nie.
 Van wyręczyła Caroline w odpowiedzi.
-Tak, można tak. Ale dlaczego chcesz to zrobić?
-Nie chcę czuć się tak jakbym straciła marzenia, sens życia. Chcę żeby wymazano mi informacje na temat wilkołaków,wampirów i czarodziejów. Nie chcę o nich pamiętać, o niczym co było z nimi związane. Chcę żeby były zastąpione innymi miłymi wspomnieniami. Ale nie chcę, by wymazano Michaela, bo wiem, że ma z tym dużo wspólnego. Chcę o nim pamiętać. Chcę też, żeby w razie czego wiedział o tym, że o niczym nie pamiętam, żeby nie wypalił nic o wampirach i w ogóle.
 Van spojrzała znacząco na Caroline a ta wstała i zapytała się mnie, czy na pewno tego chcę. Kiwnęłam głową ale nagle łzy napłynęły do oczu i zachciało mi się beczeć. Ale nie! Bądź twarda!
-Chcesz być szczęśliwa mimo tego co się działo?
-Tak.
-E, Nino, Caroline... Chcesz Nino żyć sztucznym szcześciem?
-Ból przynajmniej będzie zastąpiony szczęściem stworzonym przez kogoś kto mi wymaże pamięć.
-Caroline rób swoje.-Powiedziała Van.
-Okej...-Szepnęła Caro.-Chcesz żebym wymazała ci to co wymieniłaś? Śmierć ojca nie będzie cię obchodzić? Będziesz szczęśliwa i będziesz żyć jak najlepiej?
 -Tak.-Odpowiedziałam po chwili namysłu.-Tak chcę.
-Nic nie mów, patrz mi w oczy.-Nakazała a ja po wykonaniu jej polecenia, zamarłam i nagle nastała ciemność. Słyszałam tylko jej słowa.
 Po chwili otworzyłam oczy i...
 Poczułam napływ energii, chęci do życia. Czułam się normalna, bez trosk ani nic.
-Idziemy na zakupy?-Zaproponowała Van.
-Jasne!-Uśmiechnęłam się i założyłam kurtkę.
-Jedziemy moim samochodem? Czy twoim Caro?-Zapytała Van.-Caroline!
-Tak,tak? Słucham, co?
-Obudź się!
-Muszę... muszę coś powiedzieć Michaelowi.
-Co takiego?-Zapytałam z uśmiechem biorąc torbę i zakładając buty.
-Ehm... Taka, mało istotna rzecz...
-No dobra. To będziemy w galerii Woke House.
-Będę za dwie godziny.
-Okay.-Van pogoniła mnie do samochodu. Odjechałyśmy.
 W sklepie złapałam jedną sukienkę, i koszulę. Podeszłam do Van i spytałam która lepsza. Ona od razu wskazała różową sukienkę.
-Seksownie wyglądasz w różowej,a w tym gównie po twojej lewej jak szmata.
-Dziękuję!-Zaśmiałam się.-Czyli zdecydowanie różowa.
-Kocham cię Nino. Fajnie, że akceptujesz mnie taką jaką jestem.
Uśmiechnęłam się i kupiłam sukienkę. Rzeczywiście, była boska!
 Potem w Woke House poszłyśmy do kawiarni. Czekałyśmy na Caroline, świetnie się razem bawiąc. Gadałyśmy o facetach (co było dziwne), o pozostałym miesiacu wakacji. Van nagle musiała iść. Nie umiała się wytłumaczyć, ale dałam jej pójść. Sama jakoś spędzę kilka chwil w galerii, przecież to nic takiego strasznego!

piątek, 28 listopada 2014

Od Ash

Miło spędzałam czas ze sforą. Przy nich zapominałam o wszystkim. Dziś zbliżała sie moja druga pełnia. Byłam pobudzona jak nie wiem! Aidan podszedł do mnie.
-Druga pełnia?
-Taaak..
Siedzieliśmy na pniu który znajdował sie na polance przy domu Filipa. Filip miał duży dom w którym znajdowało schronienie każde wilczątko, czy to młode czy to starsze.. Był naszym alfom ale bardziej traktowaliśmy go jak ojca a on nas jako swoje szczeniaczki-dzieciaczki.
-Wiesz.. kolejne pełnie są lepsze niż pierwsza. Po czasie przestaniesz odczuwać ten niemiłosierny ból łamanych kości.
-Pocieszyłeś mnie.
Był już wieczór. Kiedy spojrzałam się w oczy Aidana zobaczyłam w nich drapieżny błysk.
-Menda.-powiedział.
-A ja Ash. Miło mi.
Zaczęliśmy sie śmiać.
Zaprzyjaźniłam sie z nim. Żyliśmy w "frendzonie". Haha nie ważne co to. Sami nie wiemy. Po prostu byliśmy dla siebie jak rodzeństwo ale nie tylko. Był on starszy ode mnie o rok i o 8 miesięcy dłużej był likantropem.
-Kolacja!-usłyszeliśmy krzyk Jo.
Jo była narzeczoną Fila i o dziwo była człowiekiem. A tak dokładnie to nie.. w jej krwi płynęły geny czarownic. Jednak była jak najbardziej śmiertelna i jeszcze bardziej nadopiekuńcza ale i wyrozumiała.
-Idziemy?-zapytał Aidan.
-Kto ostatni ten je resztki z podłogi!-krzyknęłam i zaczęłam biec.
Aidan oczywiście dał mi fory ale resztek z podłogi jeszcze bardziej oczywiście nie musiał jeść.
Po kolacji każdy szykował sie do pełni. Dziś miała być wyjątkowa pełnia.. to właśnie dziś zostanę oficjalnym członkiem sfory. Byłam podekscytowana co nie pomagało mi trzymać kontroli nad instynktem.
O godzinie 23.21 zaczęło sie...

***

Otworzyłam oczy. Już po wszystkim? Wtedy zorientowałam sie że jestem wilkiem! Białym jak nieskazitelny śnieg, jak białą róża. Białym puszystym wilkiem. Rozejrzałam się. Byliśmy na polanie. Paliło sie ognisko. Wszyscy inni ze sfory także byli wilkami. Jo stała obok ogniska i uśmiechała się. Nagle podszedł do niej jeden z wilków.. Filip. Ona nachyliła się i przytuliła go. Do mnie w tym czasie podszedł czarny jak noc.. jak smoła Aidan.
-Juz czas-usłyszałam w głowie głos Filipa.
-Czas na co?-zapytałam Aidana.
-Polowanie.
Że co?! Polowanie?! Byłam w szoku jednak instynkt.. wilcza część mnie cieszyła się.
-Gotuj się.-powiedział Filip.
-Powodzenia.-usłyszałam w głowie głos Jo.
Nie zdziwiłam sie ze może z nami rozmawiać i ze nas rozumie.
Skupiłam się. Skupiłam w sobie wilka.



Zamknęłam na chwile oczy a kiedy wyczułam moment ruszyłam wraz ze stadem na zmierzenie sie z przygodą tej nocy.
Czułam jakby łapy mi sie paliły. Było to dobre uczucie. Biegłam prosto przed siebie szczęśliwa. Tak jakby.. ten bieg był jedynym co mogłabym robić.. co by mi sprawiało przyjemność.



Nie polowaliśmy tylko po to by zabić. Właśnie to do mnie dotarło. Polowanie miało polegać na tym by poczuć się wilkiem. By poczuć wilka który jest w każdym z nas. Było to wspaniałe uczucie! Nie wiedziałam ze można czuć coś takiego! Po prostu dałam sie ponieść wilkowi który był we mnie. Nie żałowałam tego.

***

Po wszystkim leżałam wraz ze sforą przy ognisku na polance. Filip leżał przy Jo.. inni albo sie bawili albo odpoczywali. Patrzyłam sie na każdego z nich. Byli moja nową rodziną.
Podszedł do mnie Aidan.
-Choć ze mną.-powiedział i ruszył do lasu.
Poszłam za nim... dzisiejsza noc będzie niezapomnianą..

Od Niny

 

 Drogi Pamiętniku...

  Nie wiem, kiedy ostatnio pisałam pamiętnik... W szóstej klasie, kiedy Oskar Files powiedział, że ze mną zrywa dla mojej przyjaciółki Van? Tak, to chyba wtedy zaryczana pisałam o tym okropnym dniu. Ale także pisałam wiele innych rzeczy, np. jak miałam złamaną nogę, rękę rozszarpaną, a jadąc karetką jakaś pani kazała pokazać mi na palcach, jak bardzo mnie boli w skali od  1 - 10. Wskazałam dziewiątkę, a ona uznała mnie za wojowniczkę i odważną dziewczynkę, bo zamiast dziesiątki wskazałam dziewiątkę. Ale tak nie było. Nie zrobiłam tak. Tą okropną dziesiątkę zostawiłam sobie na czarną godzinę. Teraz ją zużyłam. Teraz moja dziesiątka, była wielka i bolesna, nie do zniesienia. 
 Dasz wiarę? Ręka rozszarpana i złamana noga? Trochę to pokręcone, ale wytłumaczę Ci wszystko pamiętniku. 
 Kiedy w wieku ośmiu lat bawiłam się z Van w chowanego, biegałyśmy po lesie, za moim domem. Rodzice siedzieli z rodzicami mojej przyjaciółki, na tarasie, a ja oddalając się, szukając w małym lasku kryjówki napotkałam bezpańskiego psa, wielki jak byk! Ale moje przerażenie było tak ogromne, że nie mogłam wytrzymać. Ruszyłam w przeciwną stronę, do miasta. Moim błędem, a zaś głupotą było to, że nie podążyłam do domu, gdzie rodzice by coś wymyślili i obronili mnie przed psem. Jednak on dogonił mnie na dróżce prowadzącą do wyjścia z lasu. Kiedy mnie ugryzł, a raczej szarpał mi rękę, uwagę przykuła Van, która rzucała w niego kamieniami i patykami, szyszkami i gałązkami. 
 Pies był wściekły, ale ona ruszyła w pogoń od razu do domu, by odciągnąć psa i zawołać rodziców, że jestem ranna. Ale ja byłam w szoku, wiedziałam, że pies po mnie wróci, jeśli Van przejdzie przez bramkę na podwórko. Moja ręka cholernie bolała, ale wdrapałam się na jedno grube drzewo, tam miał być nasz domek, mój i Van. Ale kiedy wchodziłam, już prawie łapiąc się bezpiecznie wyglądającej gałęzi, ta kruchutka pode mną załamała się, a było to wysoko. Boże, spadłam tak, że aż krzyknęłam, a psa nie było widać. Rodzice wraz z Van przyszli po mnie, a karetka zjawiła się błyskiem. 
 Ale widzisz, pamiętniku, ja jestem sama. Od kilku lat, kiedy mój tata chciał wyjechać i podjął pracę wojskową. Zaczął walczyć gdzieś daleko daleko, a ja  jako mała dziewczynka nie mogłam tego zrozumieć. Dlaczego zabijać ludzi? Nie mogą sie niczym podzielić?
 Ale tak myślałam, będąc mała. Teraz wiem, że o każdy kawałek swojego życia trzeba walczyć i się bić. Zabijać tych, którzy chcą ci odebrać to co chcesz mieć, to co chcesz osiągnąć. Ja byłam tu bezradna. Mojego ojca nie przywrócę do życia, moich skrzypiec, moja mama z niewyjaśnionych przyczyn nie zacznie ze mną rozmawiać, chodzić na zakupy jak kiedyś. Nie jestem małą dziewczynką. A przyznam Ci szczerze, pamiętniku, chciałabym był tą małą Niną, małym cukiereczkiem tatusia i mamusi, ukochaną siostrą starszego brata, przy którym czułam się lepsza, silniejsza i bezpieczna. 
                                  
 No i to chciałam napisać. Wiedz, że życie jest trochę do dupy, jeśli się trochę w nie zagłębi. To szajs.A tak na marginesie, to nienawidzę życia w tym momencie. Chcę umrzeć, możesz się tego domyśleć po tym, że piszę do pamiętnika tak, jakby był żywą istotą, a przecież ty jesteś rzeczą martwą. Absurd, beznadzieja, żenada, nazwij to jak chcesz, ale ja jako dziecko lubiłam rozmawiać z rzeczami, bo nikt inny poza Van mnie nie słuchał. No, może tata, ale jego przecież nie ma. Zapamiętaj, że jestem tu dzieckiem, a nie wybrakowanym człowiekiem bez uczuć i ani trochę we mnie nie ma współczucia, ani miłości. Czy tylko mi się tak wydaje? Zobaczymy, za ile napiszę. Wtedy to będzie oznaczać, że nie mam nikogo z kim mogę pogadać, a najlepiej wypisać to co się czuje na kartce, a ja piszę to w pamiętniku. To zaszczyt dla Ciebie, czy raczej wstyd? Ja bym wybrała to drugie...

 No tak, zgłupiałam? Nie. To moje małe ''coś''. To coś, to pamiętnik. Głupota, bezsens, nicość. Ja tym jestem. Zgadzacie się? Nie pytam was o zdanie, po co to w ogóle mówię. Przecież wiadomo, kim jestem, CZYM jestem - mianowicie: niczym. Niespodzianka? Nie. To nie niespodzianka. Nie znam się na tych rzeczach. Od jakiegoś czasu nie wszystko mi wychodzi.
 No i wakacje! Nie, nie fajnie. Caroline wyjechała z mamą, a Charliego nie ma prawie w domu, wiec siedzę sama. W prosty sposób dałam mu do zrozumienia, że chcę być sama, bla bla bla. No wiecie, jak dziewczyna może być chamska? No, jeśli nie, to wasz problem. Możecie się tylko domyślić.
 A co do mnie, jestem egoistką, mam gdzieś innych, tylko Caroline jest dla mnie wyjątkiem z wyjątkowych wyjątków. To nie ma sensu, wiem co właśnie pomyślałam, nie wytykajcie mi błędów mojej wypowiedzi, bo według mnie one są jak najbardziej w porządku.
 Moje życie? JEDNA WIELKA porażka porażek jaka mogła mnie spotkać. Mogłabym być kimś innym! Przenieść się w inny wymiar, inną planetę gdzie wszystko jest normalne, nie ma wampirów wilkołaków no i innych tego typu świństw jakie istnieją.Jak mówiłam, życie to pieprzony szajs z którego nie ma wyjścia, jak się w coś wkopiesz, to nie wypełzniesz, chyba, że masz totalnego fuksa.
 Samej spędzam czas doskonale, czasem Charlie z grupą roześmianych wilczków zabiera mnie gdzieś do lasu czy na schadzki. Wilkołaki to jednak piękne istoty. Silne, idealna sylwetka, przystojni, ale nie mój typ. Ale powiem wam, że wilkołaki mają swoje minusy. Oczywiście mają bardzo dużo energii, są niebezpieczne w czasie pełni, tylko te, o ile mi wiadomo, które są nowe, uczą się. To martwi resztę. Charlie jednak jest jednym z pierwszych ludzi w tej sforze, czyli najstarszy. No i kolejny plus, tak przy okazji... wilkołaki żyją wiecznie! Ha! Kolejny minus ich życia, bo jeśli wampir i wilkołak zderzą się jeden na jednego... no to wygrywa silniejszy, a krew wilkołaka dla wampiurka jest zabójcza. Wampiurka? Tak, dobrze przeczytaliście.
 Z Michaelem nie widziałam się pięć dni i osiem godzin. Liczyłam? Tak, bo nie mam nic innego do roboty. Dniami śpię, albo spaceruję z Van, która okazała się być jednym z nowych wilkołaków w sforze! Jest świetna, no i zaznaczam, że nawet wyładniała od szóstej klasy. No i odpycha chłopaków jak szalona, nie ma ochoty na żadnego opalonego wilkołaka z gołą wyrzeźbioną klatą, aż miło patrzeć. Zostało jeszcze we mnie trochę kobiecości, dziewczęcości, więc opisuję facetów tylko jak jestem z Van, a właśnie teraz idę się z nią spotkać. Charlie kazał mi iść na spotkanie z psychologiem, bo uważa, że przechodzę załamanie nerwowe w związku z utratą matki i ojca. Matka się nie odzywa, a ojciec umarł. Teraz temat śmierci to dla mnie norma.
-Czas na top model Mini?!-Krzyknęła wyłaniając się zza pięknych, białych drzwi.
-To ty lubisz zakupy, nie ja.
-Jak to nie? Kiedyś kochałaś!
-Ta, ale kiedy zniknął sens życia, mam to w nosie.
-Ach! Pieprzysz!Idziemy pieszo.
-Spoko.
-Jak u Char?
-Nie wiem, bywa na patrolach, podobno wampir który mnie szuka, nadal nie został znaleziony?
-Dalej zabija, staje się coraz lepszy. Może Liam powinien wiedziec o tajemniczym Davidzie?
-Nie wiem, ukręci mu łeb. A poza tym Caroline wszczynała śledztwo sama, więc da sobie radę.
-Nie sama.
-Co?
-Mówiła mi, a raczej wyjawiła w sekrecie, ale teraz to nieważne, że jakiś Michael też pomagał. Podobno, nie wiem czy to prawda.
-Boże..
-Kto to?
-Kto?-Otrząsnęłam się.
-No ten Michael! Na miłość boską, Mini!
-No znajomy. Nawet nie wiem kim dla mnie jest. Mogę uznać go za dawnego znajomego, nieznajomego, albo za nieznanego przyjaciela.
-Takie to skomplikowane?
-Trochę...
-Ech... Może się przypadkowo gdzieś spotkacie?
-Nie wiem, ma swoje zajęcia. Może dobrze mu się układa teraz, kiedy zniknęłam na kilka dni?
-Możliwe.-Kiwnęła głową.
 Van była opaloną brunetką z długimi włosami za tyłek. Jej matka jest piękną Indianką, ojciec był Indianinem, ale zabił go wampir. Była wysoka, miała 180 wzrostu i jeszcze nosiła 4 cm buty na koturnach.  Była tak szczera, jak nikt. Była twarda. Mówi o sobie szczerze, wymienia wady zalety i wszystko w ogóle. Jest inteligentna, zabawna... Ale wredna dla niektórych. Nienawidzi facetów, ale sforę toleruje w miarę. Musi mieć jakieś ugodowe stosunki.
-Jakies nowości w sforze?
-No... Jest taka nowa. Ash, chyba Ash.
-Naprawdę?! Znałam ją!Jest wilkołakiem?!
-Skomplikowana sprawa. Nie ważne.
-Och...Niesamowite.
-Nie lubi mnie, ona dla mnie jest obojętna.
-A co ci takiego zrobiła?
-Ja mówię wyśmienite, ona wypasione, ja ekskluzywne, ona wywalone.
 Zaśmiałam się szczerze.
-Och, moja Van... Kochana Van...

 Wieczorem poszłam do domu. Lało jak z cebra. Nienawidziłam deszczu! Cholerny deszcz! Byłam zła. Kupiłam sobie kilka ubrań, a tu nagle deszcz! Zła dreptałam małymi kroczkami, jak to zwykle ja chodziłam, do domu. Szybciutko zwijałam się bo zaczęło mocniej padać, a moje nowe ubrania moknąć.
 W momencie zderzyłam się z kimś. Odczułam to tak mocno, że ledwo co nie upadłam w błoto. Zła westchnęłam i pokręciłam głową. Ręce trzęsły się z zimna, bo wiatr nagle zaczął wiać z wszystkich stron. Takie to ma być lato?! W prognozie pogody miało być inaczej! A tu co? Jak im nakopie do tyłków, to zobaczą!
-Szlag! Weź uważaj pajacu!-Wytarłam ręką twarz, mokrą od wody i spojrzałam na mężczyznę.
-Spieprzaj!
-Co za koleś!-Machnęłam rękami.
-Ja n... Nina?
-Skąd znasz moje imię?-Teraz do mnie dotarło.-Michael?!
-Cześć. Przepraszam...
-Sorry za pajaca. Gdzieś się śpieszysz?
-Nie wiem... Może skoczę do koleżanki.
-Okej. Mel?
-Ta. Ale nie wiem, czy byłaby zachwycona moją wizytą.
-Może chodź do mnie, jak się ogrzejesz możesz iść, jeśli będzie ci u mnie źle. Jestem sama, tego ''gogusia'' Caroline nie ma. Ale jak nie chcesz, to okay.
-Mogę wpaść.
 Po dwóch godzinach poszedł. Było późno, a ja prawie zasypiałam. Jednak dobrze się bawiliśmy, albo tylko ja. Nie wiem może ja jestem tak znudzona i samotna, że staram się sobie wmówić że się ktoś dobrze ze mną bawi? Albo ja się dobrze bawiłam, wmawiam to, żeby czuć się lepiej?
 Lily była zła na to, że przyprowadziłam gościa. Usiadła mi na kolanach, zaczeła mruczeć. Chyba nie polubiła Michaela, ale z nią nie wiadomo.
 Czułam, że Michael w czasie zetknięcia nie był w sosie. Kiedy wychodził znów był taki. Źle się czuł w moim towarzystwie? Pewnie tak. Albo nie? Nie wiem, odczucia mam różne.

Od Michaela

 Stałem zamyślony wpatrując się w drzwi mojego domu. Wejść czy nie wejść?
Wreszcie jednak pchnąłem je i owionął mnie zapach domu. Mojego ukochanego domu z dzieciństwa.
Jednak w powietrzu czuć było ciężką atmosferę.
Rozebrałem się i wszedłem do kuchni myśląc o Ninie, a tam...
Zamarłem.
- Ciociu! - podbiegłem do niej czym prędzej i pomogłem jej wstać.
Kucała między roztłuczonymi talerzami płacząc. Gdy ją złapałem za rękę, krzyknęła jak oparzona.
- Zostaw mnie!
Zdezorientowany i przerażony odsunąłem się, a potem doskoczyłem po łopatkę i zmiotkę, aby posprzątać szkło, lecz ciotka też zaczęła wrzeszczeć.
 -Zostaw to! Zostaw mnie! Wyjdź stąd!
Coś we mnie pękło. Zmrużyłem oczy i zacząłem mówić powoli cedząc słowa.
- Ciociu co ci się dzieje?? O co chodzi? Czemu ostatnio mnie tak traktujesz?? - szeptałem.
Zmrużyła oczy i cofnęła się.
- Odejdź.... - odparła sztywno i popatrzyła w sufit.
Nie mogłem tego znieść. Podbiegłem do niej i zacząłem nią szarpać mimo iż mnie przeklinała i wyrywała się bez przerwy.
- Puszczaj mnie bachorze! - krzyknęła -  violación fruta! - wysyczała, a mnie zamurowało.
Cofnąłem się i otworzyłem szerzej oczy.
- C-co ty.. powiedziałaś? - wydukałem.
- To co usłyszałeś! - wrzasnęła.
- Owoc...  - zaciąłem się. Drugie słowo nie chciało mi przejść przez gardło.
- Gwałtu! Gwałtu! - wyręczyła mnie, a nagle z jej mądrych, niebieskich, dobrych oczu, teraz bardzo agresywnych popłynęły łzy - Dobrze słyszysz!
 Nie wiedziałem co powiedzieć. Wpatrywałem się w nią bez słowa. A ona wykrzyczała mi w twarz słowa, które na długo potem zapadły mi w pamięci.
- Jestem pomiotem szatana! Żaden dobry anioł nie zrobiłby tego istocie ludzkiej! A ty z każdym dniem stajesz się do niego podobny.
Otworzyłem szerzej oczy.
- Co ty pierdolisz? - straciłem nad sobą panowanie i uczepiłem się mocniej blatu.
- Twoi rodzice nie zginęli w żadnym wypadku! - krzyknęła wybuchając salwą płaczu - To ja jestem twoją matką! 
Nie miałem zamiaru tego więcej słuchać. Ciotka jest po prostu chora! Zdziwaczała na stare lata! Trzeba ją zabrać do psychiatry, może da się jej jeszcze jakoś pomóc...
 Jednak moja podświadomość wierzyła w te słowa...
Wybiegłem na deszcz. Nie wiedziałem co zrobić. Po prostu poszedłem przed siebie.

czwartek, 27 listopada 2014

Od Ash

Poszłam do szkoły. Tam pod budynkiem czekała na mnie grupa młodych ludzi. Wilkołaki. Na mój widok uśmiechneli się i podeszli.
-Witaj Ash!-powiedział najwyższy chłopak.
-A ty to Aidan?-zapytałam.
-Tak. Jak widzę Filip już ci nas przedstawił co nie jest dziwne. Choć mamy sporo do obgadania.
Poszłam z nimi. Nie wiem dlaczego ale przy nich czułam się na miejscu. Jakbym była... z rodziną.
Na długiej przerwie dużo rozmawialismy w stołówce.
-To tak nasz już znasz. A teraz opowiedz coś nam o sobie.-powiedział Kornel.
-To tak... kiedy miałam 7 lat umarła moja mama a tata zginął niecale dwa lata potem. Mam brata. Niestety jest w więzieniu. Jestem sama.
-Nie jesteś sama!-powiedział Emma. Nagle podszedł do nas jakiś chłopak.
-Witaj Charlie!-zawołał Max.
-To jest Ash. Nowa. A to Charlie jeden z nas.
-Hej.-powiedział z uśmiechem-Niestety muszę spadać. Do zobaczenia.
Poszedł.
Siedziałam i patrzyłam się jak dobrze dogadują się moi nowi znajomi. Wyglądało to tak jakby znali się od urodzenia. Polubilam ich... co było na prawdę dziwne...

****

Po szkole mieli dla mnie niespodziankę. Poszliśmy na miasto i tak weszliśmy do studia tatuażu.
-Każdy członek naszego... stada musi mieć znak rozpoznawczy tatuaż jest zatem najlepszy. Pamiętasz jak ci mówiliśmy że nasze stado istnieje od setek lat? Wcześniej zamiast tatuażu wyzynano ostrymi przedmiotami symbol a teraz robimy to w bardziej cywilizowany sposób.
-Jaki to tatuaż?
-Połowa księżyca z mała gwiastką.
-Mogę sobie wybrać miejsce gdzie chcę by on był?
-Tak.
-A więc do roboty.
Gdzie sobie go zrobiłam? Po wewnętrznej stronie lewej stopy tuż pod kostką. Emma miała za uchem, Max miał na klacie, Kornel miał na karku a Aidan miał go na ramieniu... to nie byl jego jedyny tatuaż.
Zadowolona z nowego nabytku-i przyjaciół i tatuaża zaprosiłam ich do siebie. Nie wiem dlaczego ale czas spędzony z nimi mijał bardzo szybko.

środa, 26 listopada 2014

Od Niny

 Chodziłam po domu cała w strzępkach. Iskrzyło ode mnie, byłam zła na wszystko i wszystkich. Na świat. Na to, że istnieje coś takiego jak wampir. Minął tydzień, a ja zmieniłam się nie do poznania. Mam gdzieś to co mówią do mnie inni. Z pokoju ruszałam się wtedy, kiedy chciałam coś wypić. Nic nie jadłam od dwóch dni, nie chciałam. Miałam to wszystko w nosie. Czułam się sierotą. Bez ojca jestem nikim. Byłam jego oczkiem w głowie jako mała bezbronna dziewczynka. A teraz? Bez niego moje życie nie ma najmniejszego sensu. Nie wiecie jak to jest stracić ojca czy matkę.
 Padłam na łóżko i patrzyłam na zdjęcia które powiesiłam sobie na ścianie nad łóżkiem. Ja,tata, mama,brat... No i Lily która stała się ulubionym zwierzakiem Caroline. Charlie jej nie znosi, nie wiem dlaczego. Jak można jej nie lubić? Przytuliłam się do Gaybe'a, mojego misia z dzieciństwa. Jest ze mną od kołyski, a wyjęłam go by wylać w niego łzy, które zaraz się ze mnie wyleją.
-Mogę?-Zapytał Charlie.
-Idź sobie.
-Ejj... Też straciłem ojca. Wiem co czujesz.
-Wiem o tym. Char, jesteś dla mnie jak brat. Ale powiedz mi, że wampiry nie istnieją. Że są także dobre strony tego świata!
-Są.
-Jakie?
-Wilkołaki.
-Eee... Ehem...
-Ja nim jestem.
-O...-Szepnęłam układając sobie w głowie na spokojnie wszystko.
-Wiem, że jest ci ciężko. Ale dasz radę mała.
-Możliwe. Tak mi jest wygodnie...
-Gdzie twój ochroniarzyk?
-Nie wiem. Ma swoje sprawy, dobrze, że się zajmie czymś innym. I tak zawracałam mu głowę, ma swoje zajęcia.
-Jasne,jasne.-Zaśmiał się i wyszedł.

wtorek, 25 listopada 2014

Od Ash

Wypisali mnie po trzech dniach co było dziwne. W takim stanie jak do nich trafiłam powinni mnie długo trzymać.
W domu czułam się dziwnie. Tak jakbym się dusiła. Nie mogłam siedzieć w czterech ścianach bez otwartego okna. Coś było nie tak. W ogóle czułam się za bardzo pobudzona. Tak jakbym zaraz miała wyjść z siebie i stanąć obok.
Wieczorem było dziwnie. Nale ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłam.
Filip bez słowa wszedł do środka. Miał przy sobie jakąś torbę.
-Co jest?-zapytałam zamykając drzwi.
-Dziś pełnia.
-Tak i co z tego?
-Nie czujesz się dziwnie?
-No tak ale... o co ci chodzi?
-Nie zastanawiało cię to dlaczego doszłaś do siebie po tym wszystkim?
-No to było dziwne ale.. nie rozumiem.
-Zrobiłem coś za co możesz mnie nienawidzić.
-Nadal nie rozumiem..
-Wampiry wilkołaki one istnieją...
-Bredzisz.
-Nie przerywaj. One istnieją a przekonasz się za jakieś 2 godziny kiedy zaczniesz się przemieniać. To twoja pierwsza pełnia. Dlatego też tu jestem. Nie wiesz o mnie wszystkiego. Nie jestem tylko adwokatem.. jestem wilkołakiem i w dodatku samcem alfa. Na tym terenie jest tylko 16 wilkołaków a w tym ty. Przewodzę tym stadem. Jesteś w nim najmłodsza i w dodatku tylko ty i Aidan jesteście przemienieni. Reszta miała to w genach od urodzenia. Wam jest trudniej. Za dwie godziny przemiana się zacznie na dobre. Będzie jeszcze gorzej. Jak się zaczniesz przemieniać będziesz czuła jak ci się wszystkie kości łamią i przesuwają. Będzie to nie do zniesienia i na pewno zemdlejesz nie raz. Jak się przemienisz będziesz wilkiem. Wilkołak od zwykłego wilka różni się tym że nam pod postacią człowieka pod pewnym kontem oczy się świecą jak u psa czy kota a pod postacią wilka różnimy się tym że nasze oczy są bardziej żywe i zachowaniem. Nasza intuicja jest o wiele silniejsza. 
-Nie mieści mi się to w głowie. I co twoim zdaniem co pełnia będę biegała po lasach i wyła do księżyca oraz polowała na sarenki i zajączki czy myszki lub jaszczurki lub Bóg wie co jeszcze?
-W pewnym stopniu tak...
Zaczęłam się śmiać. To był absurdalne!

***

Już niecałe 2 godziny potem nie było mi do śmiechu. Zwijałam się z bólu który nie był do zniesienia. Bałam się. W końcu straciłam przytomność...


Obudziłam się rano. Czułam sie jakbym była na kacu.. Najgorsze było to ze nie pamiętałam nic co sie wydarzyło rano a moje ubrania były w szczątkach. Filip był obok mnie.
-Jak sie czujesz?
-Jakby ktoś mnie nieźle opił a potem dał tabletkę gwałtu..
-To normalne po pierwszej przemianie. W kolejne będziesz już świadoma.
-Co?! Będą kolejne?!
-Tak.
-Nieee!!!-zawyłam nieszczęśliwa.
-Słuchaj. Do twojej szkoły chodzi czworo wilkołaków. Aidan, Max, Kornel i Emma. Powiedziałem im o tobie. Już nie będziesz sama. Zaopiekują się tobą szczeniaku.
-Szczeniaku?
-Tak .To określenie nowo przemienionego.
-Super. Szczek szczek. Chciałam umrzeć, nie umarłam a w nagrodę jestem wilkołakiem!!!
-Zrozum nie mogłem pozwolić ci umrzeć.
-Ale ja chciałam umrzeć!
-Ale nie mogłaś i tyle. Jeszcze jedno.. staraj się omijać wampirki.
-Skąd będę wiedziała kto nim jest?
-Wyczujesz je. Aidan i reszta wprowadzą cie w świat księżyca.
Westchnęłam.
-Obiecasz że będziesz dla nich miła? Oni sie na prawdę będą starali. Doradzam ci porozmawiać z Aidanem. On jest wilkołakiem już 8 miesięcy. Pomorze ci.
Spojrzałam sie na niego. To coś co miał w oczach.. sprawiało ze nie mogłam mu odmówić.
-Ok. Postaram się. Może ich nie pogryzę... ej a kiedy szczepienia przeciw wściekliźnie?
-Aidan cię polubi. Tak samo droczycie sie z wilkołactwa.
Przewróciłam oczami. Ja nawet nie znam tych ludzi! Nie wiem jak wyglądają! Zapowiada sie wspaniale.. 

poniedziałek, 24 listopada 2014

Od Niny

Siedziałam w barze i piłam. Piłam,piłam i piłam, nie widziałam końca. Nie wiem czy byłam pijana, nie obchodziło mnie to jakoś. Do mnie dosiadł się Liam. Jest jednym z kumpli Charliego, ale wampir. Spoko gość. Dosiadł się do mnie i parsknął kiedy mnie zobaczył. Klepnął mnie w ramię a ja pociągnęłam nosem.
-No, co się mażesz?-Uśmiechnął się i spojrzał na mnie. Zamówił whisky i z lubością wypił pierwszy łyk.
 Zerknęłam na niego i westchnęłam.
-Straciłam ojca, a teraz matka zniszczyła moje skrzypce.
-E tam.
-Tak myślisz?
-Jeśli wiesz, co mam na myśli, mówiąc e tam.
-Hmm... Chyba wiem co masz na myśli.
-Świetnie. Więc zdrowie.-Stuknął swoją szklanką o moją i wypił resztkę swojej whisky.
-Co pijesz?-Zapytał.-Na pewno nie jest to moja whisky...
-Jakaś wódka.-Przyjrzałam się napojowi.
-Wiesz co, uważam, że jesteś pijana,ale z troski i dobroci serca pozwolę ci tu zostać i delektować się smaczną wódką, przyjaciółko. Paul! Dolejesz?-Uśmiechnął się do barmana a on odwzajemnił uśmiech.
-Jasne kumplu. Dla ciebie darmo. A dla ciebie, Nino też coś podać?
-Nie, dzięki.
 Walnęłam czołem o stolik i zgonowałam. Liam zaśmiał się i poklepał mnie po plecach.
-Czasem wódka to twój jedyny najlepszy przyjaciel jaki ci pozostał. Mój to whisky.
-Ale nie jesteś pijakiem...
-Jestem wampirem. Mogę pić ile mi się chce złotko.
-Wampir...? Ekstra..-Wymamrotałam.
-Nie martw się, nie jest ich tu dużo. tylko czwórka na całe miasteczko.
-Aha... Myślałam, że mi się to śniło...
-Mógłbym wymazać ci pamięć, ale jesteś objęta ochroną.
-Jaką?-Podniosłam głowę i spojrzałam się na niego zaciekawiona.-Jaką ochroną?!
-Twoja matka miała babcię, Helie Bennett. Założyła na całą waszą rodzinę ochronę, ale tylko przez zaklęciami i czarami. Jest niemożliwe zdjęcie jej do śmierci danej osoby z rodziny Bennett'ów. Dlatego nie mogę cię tyknąć. A twoja babcia mnie zabije.
-Jak to rzuciła ochronę?
-Kolejna niespodzianka w świecie. Istnieją czarownice,wampiry i ...-Zaciął się jakby coś go tknęło.-... i to wszystko.
-Wszystko? Ale... ile jest w mieście czarownic?
-Tak, ale mało. W ogóle czarownic jest mało, bardzo mało.
-Niedobrze mi...-Wycedziłam.
-Od wiadomości o świecie czy od picia? To samo zdrowie moja droga Nino.
-Ughhhh....
 Do baru wszedł ktoś i trzasnął drzwiami.
-Ooo boże,boże,boże... błagam... niech przestaną trzaskać...-Szepnęłam i walnęłam głową o blat.
 Do środka wparowała Caroline. Jej głos świadczył o tym, że była wkurzona na mnie. Ale zbombardowała Liama.
-Cześć blondi.
Podniosłam głowę obserwując akcję.
-Cześć?!-Szepnęła.-Cześć?!?! Pozwoliłeś jej tu siedzieć i pić?!
-Nie. Ja się tylko przyłączyłem.
-Jesteś wampirem, tobie nie robi to że pijesz litrami swoje whisky!
Uśmiechnął się bez słowa.
 Caroline opadły ręce i zdenerwowana zarzuciła swoimi blond włosami i znów spojrzała na Liama.
-Słuchaj no. Zabierzesz ją do domu. Masz klucze, a potem się zmywaj.
-Bo Char mnie rozszarpie? Troszczysz się o braciszka? Jestem wampirem caaaalutkie trzysta lat i żaden wilczek mnie nie kopnie w tyłek, jeśli mu nie pozwolę.
-Przestań, masz klucze, wyjazd!
 Liam zaśmiał się i w samochodzie po moich błaganiach i pytaniach powiedział, że Caroline jest jego siostrą, ale to ukrywają. Bynajmniej Caroline to robi.
-Dlaczego?-Zapytałam.
-Bo jestem mordercą. Byłem. Jestem. Zabijam kiedy chcę, kogo chcę. W sumie, mi to pasuje. A Charlie,Char, jak wolisz, nienawidzi mnie. Wróciłem do miasta kilka dni temu a wilki cały czas mają mnie na oku, a moja siostrzyczka tylko pilnuje, żebym nie zrobił nic głupiego.
-Nie darzycie siebie wielkim uczuciem...
-Nie okazujemy tego. Ale staram się ją ochraniać kiedy mogę. Sam uratowałem jej życie kiedy chcieli ją zabić. Po prostu jad musiał zadziałać.
-Nie dobrze mi...
-Zaraz będziemy w domu. Położysz się a ja opróżnię bar Caroline zanim wróci.
 Tak też było. Ja kimnęłam w salonie a on obok hałasował, szukając jakiejś whisky czy czegoś ''w miarę pitnego'' jak on to określił, do picia. Nie sprawiało mi to kłopotów ze snem. Po prostu zasnęłam.

niedziela, 23 listopada 2014

Od Ash

Stałam w salonie obok kanapy. Na niej leżałam ja. To było dziwne. Stałam obok jednak widziałam siebie leżącą. Umierałam. To dobrze.
Nagle stało się coś czego się nie spodziewałam. Ktoś zapukał do drzwi. Po paru razach ucichło. Myślałam już że natręt sobie pójdzie... jednak w tym samym czasie zadzwoniła mój telefon. Dzwonił Filip. Nie!
Osoba która pukała musiała usłyszeć muzykę bo zaczęła się dobijać. Wtedy w oknie go zobaczyłam starał się zajrzeć do środka. Musiał mnie zobaczyć bo nagle wybił okno i wskoczył do środka. Podbiegł do mnie. Gdy tylko zobaczył wszędzie przy kanapie tabletki, wódkę na stole i mnie bladą jak trup... zadzwonił po karetkę.
-Nie!!! Filip nie!!! Zostaw mnie!!!-krzyczałam lecz mnie nie słyszał.
Byłam wściekła. Filip sprawdzał co chwile puls. Miałam tylko nadzieję że nie zdążą mnie uratować. Czemu zawsze wszystko musi iść nie tak jak trzeba?!
Karetka przyjechała a Filip otworzył im szybko drzwi.
Zabrali mnie do szpitala. Tam starali się mnie uratować. Ja oczywiście na wszystko patrzyłam się z boku i miałam nadzieję że im się to nie uda. Robili mi płukanie żołądka i nie wiadomo co jeszcze. Po dwóch godzinach usłyszałam jak lekarz mówi Filipowi że udało się im w większej części oczyścić mój organizm jednak byłam za długo nieprzytomna i zapadłam w śpiączkę i mój stan jest zagrożony.
Byłam wściekła lecz nadal była nadzieja że umrę.
***
Minęło parę dni. Nadal byłam nieprzytomna. Szwendałam się w swojej duchowej(?) postaci po szpitalu. Nikt mnie nie odwiedzał. Nikomu na mnie nie zależało. Tylko Filip czuwał nade mną. Tylko on. Nikt inny.
Upewniło mnie to w tym że jestem nikomu nie potrzebna. Jednak nie wiedziałam co zrobić by odejść i umrzeć.
Dziś jednak mój stan się pogorszył. Stanęło mi serce.
Patrzyłam się lekko przerażona na swoje ciało. Lekarze i pielęgniarki starali się przywrócić bicie mojego serca.
Maszyna nadal piszczała i już myślałam że to koniec kiedy nagle serce znów zaczeło bić. Kurde! Tak blisko!!!!
-Leki które zarzyła były mocne. Serce nie wytrzymuje. -powiedział lekarz Filipowi.
-Jakie ma szanse?
-Nie wiem.
-A są chociaż duże?
Lekarz milczał. Odpowiedź była jasna. Nie były duże.
Nagle... zaczęłam wątpić w to czy słusznie zrobiłam. Może powinnam jednak żyć? Ale jalie to życie? Pełne łez i smutku?
Usiadłam pod ścianą przy łóżku na którym leżałam. Miałam wątpliwości.
Nagle do pokoju wszedł Filip. Był jakiś dziwny. Rozglądał się uważnie jakby... sprawdzał czy nikt nie patrzy.
Usiadł obok mnie (tej na łóżku).
-Ash... zawsze byłaś dla mnie jak mała siostrzyczka. Pomagałem ci i wyciągałem cię z kłopotów. Nie pozwolę ci umrzeć. Nie jestem kim myślisz. Wybacz mi. Nie mogę cię stracić.
Pocałował mnie w czoło po czym wyjął jakąś strzykawkę z kieszeni.
-Nie wiem czy mi wybaczysz ale muszę. Umrzesz jak ci nie pomogę.
Wbił nagle strzykawkę prosto w moje serce. Nawet moja duchowa postać to poczuła. Co on robił?! Wstrzyknął to co było w fiolce po czym schował strzykawkę.
-Obudzisz się jako ktoś nowy. Wybacz kochana. Nie mogłem inaczej...
-Filip co ty zrobiłeś?!-powiedziałam jednak on tego nie słyszał.
Nagle... coś się stało... moje serce się zatrzymało. Filip właśnie się ulotnił. Gdy tylko zniknął za drzwiami wbiegły pielęgniarki i lekarz.
Znowu mnie ratowali. Ja ta niewidzialna stałam obok. Nagle zobaczyłam białe światło. Nie rozumiałam co się dzieje. Część mnie chciała iść w stronę światła a część nie. Ono się zbliżało. Zaczęłam przed nim uciekać jednak dopadło mnie. Wszędzie był mrok. Wszystko znikło. A ja nagle otworzyłam oczy i nabrała powietrza. Lekarz i pielęgniarki patrzyli się na mnie i z ulgą i zaskoczeni. Maszyna już nie piszczała a moje serce biło prawidłowo. Żyłam...

Od Niny

 Obudziłam się po dwóch dniach. Otworzyłam oczy, nie mogłam ruszyć prawą ręką. Przeraziłam się, że mam ją złamaną. Ale byłam zła, że w ogóle żyję! Czułam, że dostanę niezły opieprz od Caroline,Charliego... Martwili się o mnie. Są dla mnie jak rodzina, której nie mam. Racja, może zachowuje się głupio, dziecinnie. Chcę umrzeć, nie ratujcie mnie... Okay. Ale ja naprawdę chcę tego. Nie mam nic po co miałabym żyć.
 W pokoju siedział Michael, co mnie bardzo zdziwiło. Otrząsnęłam się i spojrzałam na niego. Próbowałam ruszyć ręką, ale nie mogłam. Kiedy Michael zauważył, że się obudziłam, zaczął mnie wypytywać jak się czuję itp. 
-N...N...Nie mogę... nie mogę ruszać ręką...-Wymamrotałam patrząc się na pościel. 
-Jak to nie możesz? Nie boli cię, jak dotykam... o tu?
 Pokręciłam głową na ''nie''. 
-Masz ją złamaną. Nie czujesz bólu... To jest dziwne. 
-Coś ty taki lekarz?
-Ciesz się, że uratowałem ci skórę.
-Właśnie, nie prosiłam cię o to.
-Po cholerę chcesz umierać?
-Bo nie mam po co żyć. To jedno wielkie bagno. Mój ojciec nie żyje... Moja matka mnie nie chce w domu widzieć. Mam tylko tutaj dach nad głową.
-Masz przyjaciół. 
-Ale utrata ojca jest jak... nie umiem tego nawet opisać. 
-Też straciłem rodziców, rozumiem twój ból ale to nie powód, żeby się zabijać. 
-Pieprzysz.-Machnęłam ręką.-Dobra, muszę stąd iść.
-Żeby cie znowu ten wampir katował?
-Skąd wiesz że to wampir?
-Ugryzienia o czymś świadczą. 
-Boże... Wampiry nie mają prawa istnieć.-Złapałam się za głowę.-Nie mają prawa, tak jak nie ma wróżek,wilkołaków,czarownic... to są bajki dla dzieci i znudzonych nastolatków. Tego nie ma... 
-Widać wampiry rzeczywiście istnieją.
-Wzięłam coś mocnego... Koniec z tym...
-O czym ty mówisz?-Zainteresował się. 
-Ćpałam, okay? Jeśli nie umiałam sobie poradzić z czymś, to ćpałam. Tak, byłam ćpunką, twoja dziewczyna miała rację. Możesz spadać.
-Po pierwsze, nie jest moją dziewczyną. Po drugie, nie pójdę. Po trzecie, nie chce mi się wierzyć, że taka dziewczyna jak ty ćpała.
 Nagle mnie olśniło. Musiałam zrobić dwie rzeczy. MUSIAŁAM. 
-Muszę wstać...
-Nie. 
-Michael! 
-Nie. 
-Przecież nie pytam się ciebie o zdanie, Boże...-Parsknęłam i wstałam, a on złapał mnie za ramiona.-Puść mnie, bo jak babcię kocham ci przyłożę...
-Dawaj.-Nadstawił policzek a ja przegryzłam wargę. 
-Dobra, muszę jechać po skrzypce, a druga rzecz... załatwię potem. Jak się odczepisz. 
 Zaśmiał się pod nosem i zszedł na dół do Caroline. Ja zaczęłam się ubierać w łazience. 

                    Oczami Caroline... 

 Byłam wściekła! Matko, co ona sobie wyobrażała! Znika, nic mi nie mówi o niczym, a potem przynosi ją jakiś chłopak nic mi nie mówiąc! Teraz nie odpuszczę. Muszę coś wiedzieć. Nie zniosę dłużej martwienia się o jej stan, czy w ogóle się wybudzi. Charlie pojechał do mamy, a ja podeszłam do tego Michaela. 
-Słuchaj, powiedz mi co z nią jest, jak się czuje, co się z nią działo. Bo skoro ją przyniosłeś w takim stanie, to znaczy, że coś albo ktoś musiało ją zranić.
-Wampir ją chciał skatować, jasne?
-Wampir? Ale... To nie możliwe... 
-Tak,wampiry istnieją,bla bla bla. 
-Michael, ale... dobra, skoro już wiesz o wampirach, to wiedz, ze ja też nim jestem, okay? Ale zamknij buzię na kłódkę, bo ci ją przestawię. 
-Co?! I ona mieszka z pijawą pod jednym dachem?!
-Jestem jej przyjaciółką, nic bym jej nie zrobiła! Zresztą... nie mówmy o tym. Nikt nie może wiedzieć o wampirach które mieszkają w tym mieście, bo wszystkich powybijają w.... ehm... 
-Co? Kto powybija?
-Tego też nie mogę mówić.
-Chcę wszystko wiedzieć. Co jej może grozić, moim znajomym i rodzinie. Gadaj. 
 Zrobiłam kwaśną minę i spuściłam wzrok.
-Wilkołaki.
-Co?! One też istnieją?! Jaja sobie robisz...
-Charlie nim jest. Jest jednym ze sfory... Jest tutaj piętnaście wilkołaków. Niektórzy jeszcze są ludźmi, ci którzy mają geny wilkołaka, zmieniają się z czasem, kiedy przyjdzie na to czas... Tylko Nina nie może o tym wiedzieć. Obiecaj, że nic nie powiesz. 
-Nie powiem, o ile ty obiecasz mi, że włos jej z głowy nie spadnie. 
-Nic bym jej nie zrobiła!
-OBIECAJ.
-Obiecuje. Ale teraz muszę znaleźć tego wampira. Za dużo namieszał. Już sporo zaginięć się pojawia, dziwnych morderstw i tym podobne... Jeśli Ninę porwał drugi czy trzeci raz, lub ona zetknęła się z nim... to nie odpuści. Każdy wampir ma w sobie instynkt łowcy. Nie odpuści, jest wyborowym łowcą. Zabije ją, jeśli jego się nie zabije. 
-Jak to zrobić?
-Ty w to nie wchodzisz.-Powiedziałam stanowczo.
-Bo co?
-Bo jesteś człowiekiem, na litość boską! Nina nie może się dowiedzieć, że w ogóle go będę szukać. A ty się nie mieszasz. Dwie osoby nie mogą go pojedynczo szukać, bo się dowie. Wiem kto jest wampirem... Znałam go osobiście. 
-Jak sie nazywa?
-David. Kiedyś przyjaźnił się z nami. Wie sporo o Ninie... Ja za bardzo go nie lubiłam, więc się z nim nie trzymałam. Jednak Charlie mi naopowiadał o nim dużo. Będzie trudno go złapać, ale dam radę.
-Pomogę ci. 
-Michael... Ty lepiej przypilnuj Ninę, bo będzie chciała zrobić coś głupiego. Zobaczysz. Znam ją, wiem że utratę ojca zniosła dosyć boleśnie... Nigdy nikogo nie straciła... Teraz matka ją wywaliła z domu. Jest sama. Boje się, że coś jej się stanie. Nie chcę jej stracić. Moja mama poszuka jakiś danych na temat Davida. 
-A co twoja mama może zrobić?
-Jest szeryfem. 
-Wie o wampirach?
-Wilkołakach też. Damy radę we dwie. 
-Jest człowiekiem?
-Tak. Słuchaj, nie odpowiadałeś mi na żadne pytania, a ja mam ci odpowiadać? Jeśli chcesz ze mną działać, musimy przejść na stronę pokojową, bo czuję, że nie jesteś do mnie pozytywnie nastawiony. 
-Do wampira mam być nastawiony pozytywnie?
-Nie wiem, czy Nina chciałaby, by cokolwiek ci się stało. 
-Co? Jak to nie chciałaby?
-Idę. Będę miała informacje, to zadzwonię czy coś. Wtedy się możemy spotkać, Powiem ci to i owo.Pamiętaj, że David poluje na Ninę. Kiedy ona będzie chciała pojechać do domu po swoje rzezy, pilnuj ją jak oka w głowie. Jeśli jej nie dopilnujesz, skręcę ci kark. 
-Boje się.
-Ha ha.
 Wyszłam z domu jeszcze przed wyjściem piorunując go wzrokiem. Wierzę, że dopilnuję Niny... Boję się o nią, nie wiem jak ją chronić, nie mam na nią wpływu. 


                    Oczami Niny...

Zeszłam na dół gotowa. Ręka cudem zaczęła powoli normalnie funkcjonować. Dziwne... Na dole spotkałam Michaela, przywitałam się z nim ponownie i poprosiłam go, by podwiózł mnie pod mój dom. Z resztą sobie poradzę.
-Nie. Dopilnuje cię do końca. 
-A twoja ciotka? Nie będzie się martwić?
-Myślę, że nawet jej to pasuje, że mnie nie ma.
-Co? Jak to? Przecież jest w porządku. 
-Wiem, ale ostatnio nie jest z nią najlepiej. 
-Powiesz mi w końcu coś więcej? Chcesz mnie chronić. Nie, poprawka, Caroline ci kazała. Jezu, nie musisz tego robić, idź do domu, zobacz co u tej Mel... Nie wiem, pogadaj z ciocią... Dam sobie radę. 
-Nie. 
-Jezu! Jesteś nie do zniesienia.-Opuściłam ręce i pojechaliśmy.
 Kiedy byłam w domu, mama siedziała w kuchni i kompletnie mnie olała. Powiedziała,że moje rzeczy są na górze, tak jak zawsze. Siedziała na laptopie, pewnie czatowała ze swoimi przyjaciółkami i pisała artykuł do swojej gazety. Szef znów nie daje jej spokoju... 
 Na górze w pokoju zaczęłam wyjmować te rzeczy, które były mi potrzebne. Ale kiedy spakowana ruszyłam się z pokoju, u mamy przez uchylone drzwi ujrzałam POŁAMANE skrzypce. Zamurowało mnie. Wypuściłam torbę z ręki i padłam na ścianę. Byłam wściekła, czułam napływ złości,rozpaczy. Za mną wszedł Michael. 
-Dziewczyno, ile można czekać aż się spakujesz.-Uśmiechnął się a kiedy zobaczył moją minę, spojrzał za moim wzrokiem do pokoju.-Moja matka... to zrobiła... 
-Słucham?!-Szepnął w szoku. 
-Trzymaj.-Podałam mu torbę.-Zabije ją... 
 Zbiegłam na dół i zamknęłam laptopa matki z całej siły i odsunęłam go. 
-Co ty robisz?-Spytała.
-CZEMU TO ZROBIŁAŚ?! CO CI TO DAŁO?! JESTEŚ OKROPNA! NIENAWIDZĘ CIĘ! 
-Nina, ale to dla twojego dobra..
-JESTEŚ NIENORMALNA! NIENAWIDZĘ CIĘ TAK BARDZO...! JESTEŚ KOMPLETNIE POPIEPRZONA! 
 Michael złapał mnie za ramię.
-Spokojnie. Chodź, nie warto... -Szepnął mi do ucha.
 Byłam tak rozjuszona, że nie zwróciłam na niego uwagi. 
-NISZCZYSZ MOJE MARZENIA! JESTEŚ SKOŃCZONA! NIENAWIDZĘ CIĘ!!!
 Wyszłam z domu i wsiadłam do samochodu trzaskając drzwiami. 
-Nie wyżywaj się na samochodzie, tylko nie to.
Wsiadł za mną Michael kładąc torbę na tylne siedzenie. 
-Jedź. Nie chcę tu zostawać ani chwili. 
-Nino...
-Jedź. Proszę.-Poprosiłam go, a on bez słowa ruszył. 

piątek, 21 listopada 2014

Od Ash




Po tygodniu wyszłam ze szpitala i to na własne życzenie. Okazało się że miałam połamane żebra, zapalenie czegoś tam i wstrząs mózgu. Nie oczekiwałam by ktoś mnie odwiedził bo moi jedyni bliscy byli w więzieniu. Kiedy wyszłam ze szpitala poszłam na pieszo do domu. Lekarz zalecał mi odpoczynek jednak po prawie 8 dobach spędzonych w szpitalnym łóżku musiałam się przejść. Było południe. Rozkoszowałam się wszystkim co mnie otaczało. Zmieniłam się. Musiałam.
Weszłam do domu i musiałam usiąść. Nie miałam daleko ze szpitala do domu ale nawet najmniejszy wysiłek mnie męczył. Musiałam złapać oddech. Wtedy zobaczyłam coś co mnie dobiło. Stertę niezapłaconych rachunków. Rozpłakałam się.
Co ja takiego zrobiłam że życie daje mi tak popalić? Byłam normalna! To śmierć matki i alkoholizm ojca po jej odejściu mnie zmienił! Trafiłam do sierocińca i dopiero brat mnie z niego wyciągnął! Miałam tylko siedem lat kiedy to się zaczęło! Ja chciałam tylko by brat wrócił do mnie i by już nic się złego nie działo! Czy to aż tak wiele? Miałam tylko 7 lat...
Nie miałam siły. To wszystko spadło na mnie i nie dawałam sobie z tym rady. Opłacało mi się dalej tak żyć? W ogóle żyć? Moja odpowiedź to NIE. 
Wstałam i podeszłam do szafki z lekami. Przegrzebałam wszystko. Znalazłam parę opakowań z lekami przeciwbólowymi i trochę z nasennymi. 


Wzięłam je i usiadłam na kanapie. Patrzyłam sie na opakowanie. 
-A może jednak żyć? Bzdura. -powiedziałam smutnie.-Po co? Nie mam już po co.. od 11 lat już nie mam po co... W wieku 7 lat wraz z matka umarłam..
Wypakowałam każdą tabletkę. 


Ze łzami w oczach i mokrymi policzkami poszłam do barku i wyjęłam wódkę. Postawiłam ja na stoliku przy tabletkach. Wzięłam także album ze zdjęciami. Wszystko było gotowe. Prawie. Nie żyłam tak jakbym chciała to chociaż umrę tak jak chcę. Wzięłam gorącą kąpiel i przebrałam się. Nie zakładałam spodni tylko za dużą koszulkę brata. Na szyi miałam naszyjnik po mamie a na palcu obrączkę po tacie.. chciał ja kiedyś sprzedać za kasę na alkohol.. zabrałam mu. Kochałam go.. to przez śmierć mamy sie tak stoczył. I nie tylko on.. 
Usiadłam na kanapie i wzięłam pierwszy łyk wódki. Wzięłam parę tabletek.. i popiłam wódką. Smak nie był za dobry. 
Otworzyłam album. Były tam zdjęcia mamy, taty i Dominika. 





Wzięłam to pierwsze zdjęcie. Cała moja kochana rodzina.. Kochała mich i każdego straciłam .Co prawda Dominik żył.. ale nie miałam go przy sobie. Los sprawił ze ze szczęśliwej rodziny.. staliśmy sie nieszczęśliwa i nawet nie rodziną. 
Zaczęłam pisać list pożegnalny. Kiedy skończyłam położyłam go na rogu stolika wraz z dwoma tabletkami. 


Wzięłam kolejne tabletki. Nie liczyłam nawet. Popiłam wódką. Uśmiechnęłam sie .Już czułam ze zaczynają działać. Nie czułam bólu.. fizycznego oczywiście. Zrobiłam sie śpiąca. To dobry znak. Dla mnie. 
Wzięłam kolejną dawkę i wypiłam parę łyków wódki. 
Kiedy już nie było prawie żadnego proszka na stoliku opadła mną łóżko a z ręki na podłogę posypały się tabletki. 
Spojrzałam w sufit z uśmiechem i zadowolona powiedziałam.
-Na reszcie umrę. 
Ponuro stwierdziłam ze są plusy że nie miałam nikogo oprócz tych kochanych idiotów w więzieniu. Miałam pewność że nikt nagle nie wejdzie i nie zrobi czegoś by mnie uratować. Jednak na wszelki wypadek na szczęście zamknęłam drzwi zanim zaczęłam szykować sie do śmierci. Ziewnęłam. Byłam bardzo śpiąca. 


-Ash choć do nas!-usłyszałam głos mamy. 
Zaczęłam biec w ich stronę z uśmiechem. Znów miałam te parę lat.. Byłam z rodziną w parku. Mieliśmy piknik. 
Dobiegłam do rodziny i przytuliłam rodziców. 
-Masz ochotę na kanapkę? Czy poczekasz do deserku?-zapytał tata. 
[...]

Od Michaela

 Patrzyłem bez wyrazu na twarzy w oczy Niny która usnęła. Nie wiem co się stało, ale w tej chwili wiedziałem wszystko co robić. Wstałem jak robot i przeszukałem kieszenie Niny. Telefonu brak. Instynkt kazał mi wziąć ją na ręce i iść przed siebie. Czułem ciepłe mrowienie na łopatkach ciągnące się aż po nerki. Nie wiedziałem co to, ale czułem się dziwnie zdeterminowany.
  Niespodziewanie poczułem ogromny niepokój. Słyszałem... bicie czyjegoś serca. Spojrzałem zaskoczony na Ninę... To było jej serce. Słabło, a ona rzucała się mrucząc pod nosem:
- Chce umrzeć... Pozwól mi...
Zmarszczyłem brwi i przyspieszyłem.
- Jeszcze trochę... Wytrzymaj - szepnąłem. Zaczęło okropnie padać.
Nie wiedziałem co ja w ogóle robię. Kurwa! Przecież ja tej Niny prawie w ogóle nie znałem! A biegłem z nią przez miasto, zmasakrowaną przez jakieś dziwne stworzenie o którym na dodatek wiedziałem jak się nazywa!! Co ja wyprawiałem?! Czułem się dziwnie - nie sobą! Boże, pomieszane było to wszystko, jednak przestałem się nad tym zastanawiać... Nina umierała.
 Wpadłem w ostry zakręt prawie potrącając staruszkę, która dziwnie się na mnie patrzyła. Podobnie jak reszta ludzi, którzy się za nami obracali. Ale mnie to nie obchodziło...
 Przebiegłem przez pasy i już byłem... Pokonałem ostatni odcinek i nawet nie pukając wtargnąłem do środka.
 Caroline - przyjaciółka Niny - całowała się właśnie z jakimś gogusiem. Widząc mnie ociekającego od wody i zemdlałą Ninę w moich ramionach, pobladła gwałtownie.
- Co....? - zaczęła, lecz nie pozwoliłem jej skończyć. Ułożyłem Ninę na kanapie i zakomendowałem zakochanym.
- Nożyk. Gaza. Woda najlepiej utleniona. Namoczcie jakieś bawełniane szmatki wodą i najlepiej kroplami z jakimś ostrym zapachem. A... i jeszcze tabletki przeciwbólowe, a najlepiej morfina - wylałem z siebie nawet nie zastanawiając się co mówię, a oni szybko podjęli się wykonywania czynności.
Zacząłem od rozcięcia ubrań. Niestety wiem, że Ninie by się to nie spodobało, ale musiałem. Gdy tylko zdjąłem z jej ciała te zakrwawione, obszarpane strzępy ubrań zobaczyłem mnóstwo siniaków w różnych kolorach, ran, nadgryzień i dziur... Opanowałem wzdrygnięcie się i zacząłem je przemywać. Spokojnie wreszcie znalazłem jeszcze igłę i przy pomocy małego stojaczka na kurtki i czystego pojemnika po soku w torebce wykonałem jej kroplówkę. Podałem morfinę, a potem zacząłem opatrywać rany. Po pół godzinie skończyłem. Odetchnąłem z ulgą. Caroline i jej przydupas patrzyli na mnie zaszokowani, a ja wzruszyłem ramionami i zadzwoniłem do ciotki.
- Nie będę dziś w domu - poinformowałem.
- Świetnie! - odburknęła i rozłączyła się.

 http://media.giphy.com/media/111pPPXZg96G9a/giphy.gif
Nie wiedziałem co się z nią działo... Zmartwiony przykucnąłem przy kanapie Niny cały czas przy niej czuwając... Caroline próbowała mnie zbombardować pytaniami, lecz ją zbyłem i zapadłem się w krótką drzemkę.

czwartek, 20 listopada 2014

Od Niny

 Minęło kilka dni, a ja nawet nie miałam siły oddychać. Wszystko straciło sens od śmierci ojca, nie obchodził mnie mój stan. Krwawiłam z nosa, miałam zwichniętą kostkę i kilka ran na ramieniu dawały mi popalić.Nie mogłam co jakiś czas złapać oddechu, przez co się dusiłam. Liczne siniaki na brzuchu także świadczyły o czymś. Leżałam na ziemi, wpatrując się w ścianę. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie inne życie. Z ojcem i matką... Życie bez używek, bez ćpania. Teraz to stało się wręcz niemożliwe.
 David ukucnął przy mnie i spojrzał mi w oczy. Uśmiechnął się tak, jakby cieszył się z mojego bólu i nieszczęścia jakie mnie spotkało.
-Jesteś niczym... wiesz o tym.
 Potrząsnął mną mocno a ja jęknęłam z bólu i powiedziałam, by mnie zostawił choć na chwilę.Jednak to go podkusiło do znęcania się nade mną ponownie. Nagle usłyszałam jak ktoś wchodzi po starych, szerokich schodach. Nie chcę stąd znikać... Chcę umrzeć.
-Gość.-Uśmiechnął się.
 Nagle wparował ktoś, ale nie zauważyłam osoby. David podniósł mnie,trzymając za ramię i zaśmiał się, na widok tej osoby. Nie miałam sił otworzyć oczu. Drgnąć palcem... Nic.
-Przyszedłeś na ratunek? Bohater...
-Puść ją, albo cię zabiję.
 Na to David roześmiał się głośno i szepnął mi do ucha.
-Zabawni, ci twoi znajomi, nieprawdaż księżniczko? Jednak ona nie życzy sobie by ją ratowano.
-Pier******. - Warknął.-Puść ją.
-Potwierdź, słońce. Jak chcesz? Puścić cię, czy chcesz zostać?-Potrząsnął mną i wydarł się na mnie.-MÓW!
Chrząknęłam i wycedziłam nędzne ''Tak, chcę umrzeć''. Jednak to nie zraziło faceta. Nie rozpoznawałam nic, oprócz tego gdzie jestem i co się ze mną dzieje. Upadłam nagle na ziemię a David poleciał na ścianę. Słyszałam głuche odgłosy walki, zaczynałam tracić przytomność. Podniosłam się na łokciach by powstrzymać atakującego, ale nic z tego. Na nic nie miałam siły, łącznie ze skręconą prawą kostką.
 Po chwili odgłosy ucichły. Usłyszałam dźwięk tłuczonej szyby i cisza. Ktoś podniósł mnie delikatnie, a potem wziął na ręce.
 Siedziałam w pokoju. W znajomym pokoju. Byłam niezadowolona, wręcz zła. Chciałam umrzeć. A tu co? Ktoś mnie ratuje. Po co?
-Coś ty narobiła? -Usłyszałam znajomy głos.
 Otworzyłam oczy i spojrzałam na Michaela. Byłam w szoku.
-Chciałam umrzeć... po co to zrobiłeś?
-Żebyś była żywa.
-Nie mam po co żyć.
-Głupoty gadasz.Pomieszał ci coś w głowie ten wampir i tyle!
 Skąd on wie o wampirze? W ogóle... czemu jest taki spokojny, kiedy o tym mówi? Wiedział? A może na razie go to nie obchodzi?
-Nie! Mój ojciec zginął na wojnie, a teraz matka się ode mnie odwróciła! Kiedy osiągnę 18 matka chce żebym się wyprowadziła gdzieś! Nie mam nikogo i niczego! Jedyny dom jaki mam to dom Caroline!Mam to wszystko gdzieś, chcę do taty! Wiem jak to brzmi, mała dziewczynka tęskniąca za ojcem, ale tak w gruncie rzeczy jest! Mam dość tego życia. Chciałam umrze...
 Zakręciło mi się w głowie.
 Zemdlałam.

Od Ash

Noc była straszna. Co chwile budziłam się i wymiotowałam. Gorączka nie spadała. Czułam się na prawde fatalnie. Jednak rano było lepiej. Wzięłam garść tabletek przeciwbólowych i wyszłam z domu. Noc dała mi coś do myślenia. Muszę odstawić swoją... może i nie, nienaruszoną dumę na bok i coś zmienić w swoim życiu. Najpierw muszę zadbać o siebie.
Poszłam do sklepu i za część pieniędzy kupiłam jakieś produkty sporzywcze. Dziś miałam mieć wizytę kuratora. Może tym razem uda mi się zrobić dobre wrażenie.
Zaciskając zęby z bólu wróciłam do domu. Zrobiłam obiad i posprzątałam caaaały dom. Nawet udało mi się wyczyścić ślady mojej krwi.
Około 16 przyszedł kurator.
-A dzień dobry.
-Witam-powiedział.
Zaprosiłam go do domu i ugościłam.
-Może jest Pan głodny? Nie jestem doskonałą kucharką ale nikt jeszcze nie umarł po zjedzeniu czegoś zrobionego przeze mnie-zażartowałam.
-Dziękuje jestem po obiedzie. Co się stało? Od ostatniej wizyty.. strasznie pogorszył się twój stan. Jesteś chora?
-Przeziębiłam się ale to nic poważnego-skłamałam.
-Byłaś u lekarza?
-Nie. To tylko przeziębienie. Szybko mi minie.
-Jeśli tak uważasz. Znalazłaś prace?
-Szukam. Na razie żyję z oszczędności-skłamałam ale nie do końca...
-Życzę powodzenia w szukaniu.
Zadawał mi pytania i coś notował. Po dwóch godzinach wyszedł. Uffff...
Nie mogłam już wytrzymać. Wszystko mnie bolało i miałam ochotę płakać jednak przy nim nie mogłam tego zrobić. To by zepsuło wszystko.
Położyłam się a o godzinie 20 wyszłam. Miałam coś do załatwienia. Dziś ostatni raz będę w tym klubie. Koniec... pieniądze nie są aż tak ważne. Dam rade jakoś... najwyżej skończę na ulicy.
Weszłam do klubu a tam od razu dopadł mnie szef.
-Ash! Co się z tobą działo?!
-Odchodze.-powiedziałam.
-Co?
-Dobrze słyszałeś. Odchodze.
-O nie...
-Zapłać mi za to co przepracowałam i się porzegnamy..
-Nic nie dostaniesz!
-Daj mi pieniądze które zapracowałam!
Zamachnął się i mnie uderzył. Upadłam i uderzyłam brzuchem w scenę. Nie wiem czy to dobrze że jeszcze nikt nie przyszedł czy źle... Nie mogłam złapać oddechu. Zaczęłam się dusić.
Szef patrzył się na mnie przerażony a ja... nie wiedziałam dlaczego nie mogę oddychać.
Nie wiem co się potem dokładnie działo.... to wszystko działo się tak szybko..
Jedna z tancerek która widziała całe zajście wbrew zakazowi szefa zadzwoniła po pogotowie. Ja niestety przez brak dopływu tlenu straciłam przytomność. Dopiero w karetce idzyskałam przytomność. Coś przy mnie robili. Nie oddychałam samodzielnie tylko dzięki czemuś... dziwnemu.
W szpitalu coś mi podali i zasnęłam.. Nic nie czułam. Błoga nieświadoność. Mogłaby trwać wiecznie... Niczym się nie martwiłam. Po prosu spokojnie zasnęłam... i nawet się uśmiechnęłam. Umrę? Sama nie wiedziałam czy tego chcę... może tak by było lepiej? Nie wiem... na razie po prostu zasnęłam...

Od Michaela

   Siedziałem przy stole pod dziwnym ostrzałem spojrzeń ciotki. Była jakaś zdenerwowana... Miała cienie pod oczami. Wszystko jej z rąk leciało. Przygryzłem wargę.
- Ciociu co jest?  - spytałem gdy stuknęła kolejny talerz.
Nawet się nie odezwała! Drgnęła tylko i powróciła do mycia. Wstałem i do niej podszedłem, a ona zrobiła coś, co mnie kompletnie zaszokowało.
Syknęła i cofnęła się.
- Nie podchodź! - popatrzyła mi w oczy z przerażeniem, a potem z jękiem poszła do swojego pokoju mrucząc niewyraźnie pod nosem.
Zaszokowany zamarłem patrząc na drzwi, które zamknęły się za nią. Nie wiedziałem co zrobić... Podszedłem jeszcze do nich i zapukałem... Ale nic nie dobiegało z środka....
  Zdezorientowany odwróciłem się i wyszedłem na pole. Idąc tak poczułem mdłości. Było mi nie dobrze, a na dodatek okropnie swędziały mnie łopatki. Szwendałem się po ulicy nie wiedząc co ze sobą zrobić i rozmyślałem o dziwnym zachowaniu ciotki.
- Na co się gapisz? - warknąłem do kundla krążącego wokół słupa. Ze złością kopnąłem kamyk, który niechcący uderzył w psa. Mały brudas zapiszczał i odszedł kuśtykając, a mi jakoś zrobiło się go żal.
Sfrustrowany westchnąłem.
Znalazłem się w dziwnej sytuacji.
I nie wiedziałem co z tym zrobić...
Ciotka nigdy się tak nie zachowywała. O co jej teraz chodziło? Czyżby... ah... nie... Nawet nie chciałem myśleć o takiej możliwości!!
    Wyczerpany psychicznie usiadłem na krawężniku i schowałem twarz w dłoniach. Problemy, problemy, same problemy...
- Nic ci nie jest kochanieńki? - moich uszów dobiegł jakiś damski, wysoki głos.
Podniosłem głowę i zobaczyłem starszą, siwą panią pochylającą się nade mną z troską.
- Nie, nie - mruknąłem.
- Na pewno? - upewniła się - Może zadzwonię po pogotowie? Słabo ci?
Nie, naprawdę, proszę się nie denerwować. Wszystko ze mną w porządku - wstałem na potwierdzenie tych słów - Dziękuję pani - uśmiechnąłem się.
Lękliwie odwzajemniła mi ten uśmiech.
- Pomóc w czymś? - spytałem zerkając na jej ciężkie siatki pełne zakupów.
I wtedy to poczułem... Bolesne szarpnięcie w sercu. Nie wiem co się stało, ale jakby czas się zatrzymał. Bez słowa minąłem oburzoną kobietę, która już mi dawała siatki do rąk i poszedłem w przeciwnym kierunku niż z tego z którego przyszedłem. Doszedłem w końcu do jakiegoś budynku. Nie wiem co mną kierowało, ale przed oczami miałem tylko i wyłącznie obraz jednej dziewczyny. Niny...

środa, 19 listopada 2014

Od Niny

 Przyszłam do szkoły zmęczona, moja twarzy była nadal mokra od łez, które jeszcze spływały mi po policzku. Zmierzałam korytarzem jak zombie, nie zwracając na nic uwagi. Nikt mnie nie obchodził. Miałam dość. Caroline o niczym nie wie, cudem udaje mi się unikać rozmowy. Charlie radzi sobie lepiej, dzięki swojej ukochanej dziewczynie, ma dla kogo jeszcze żyć. Ma matkę, która kocha go straszliwie, młodszego braciszka... a ja? Mój brat dalej walczy, a matka nie chce mnie znać, bo wybrałam marzenia. Jestem sama. Zaczęłam się przyzwyczajać.
 Ostatniej nocy zaćpałam się jak tylko mi się udało. Inni teraz mi sprzedali, ale równie w porządku co poprzedni. Nie pytali o nic, jeden z nich miał dziwne czarne oczy, tak jak wtedy David. On także mnie przestał obchodzić, nawet czekałam na to, aż mnie zabije, czy dopadnie. Miałam to gdzieś.
 Czułam się fatalnie, nawet śmierć mogłam do siebie dopuścić. Chciałam być przy ojcu, przy kimś, do kogo jestem tak bardzo przywiązana. Nie radziłam sobie z jego odejściem, nigdy przecież czegoś takiego nie czułam. To było dla mnie straszne. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, miałam nadzieję, że zdążę z nim pogadać, że jeszcze wróci do domu tuląc mnie do siebie jak jego małą dziewczynkę. Jeszcze na mnie pokrzyczy, że zrobiłam to,to i jeszcze to. Ale tego już nie będzie... jeśli do niego trafię... to na pewno go spotkam. Chcę tam być.
 Na lekcji pan Lachowski zorientował się, że coś brałam, to było widać, jednak nie gołym okiem. On akurat był wychowawcą klasy która była jedną z nielicznych ćpunów palaczy itp. Miał doświadczenie, wiedział jak to wygląda i co z tym zrobić, jednak zaszokowało go to, że to właśnie mnie taką zobaczył.
 Wróciłam do domu, a tam postanowiłam zrobić coś, by znaleźć się u taty. Nie wiedziałam co mogę zrobić, czułam się przez jego śmierć zagubiona, ale musiałam do niego trafić. Chcę tam być. Tu mnie nic a nic nie trzyma. Caroline ma Charliego. Da sobie radę beze mnie. Charlie tym bardziej.

 Szłam lasem i znów czułam to samo dziwne spojrzenie co wtedy tamtego wieczoru. Kiedy Michael mnie znalazł. To samo spojrzenie, ale nie bałam się. Nie miałam ciarek na plecach, nie chciałam uciekać. Stanęłam i spuściłam głowę. Łza spływała mi po policzku, czułam jak się zbliża. Ktoś chuchnął mi w szyję. Odgarnął włosy i zaśmiał się przerażająco.
-Tak myślałem, że sama przyjdziesz... Przykro mi z powodu ojczulka... a nie, czekaj, jednak nie.-Uśmiechnął się i rzucił mnie na drzewo. Odbiłam się plecami i spadłam na dużą warstwę śniegu. Jęknęłam i złapałam się za biodro. Całe moje plecy miały zdartą skórę.
-Nie wyślę cię jednak do niego, nie teraz... Nie spełniam marzeń. Ja je niszczę. A zachciało mi się zrobić ci z życia takie piekło, o jakim nie śniłaś. Idziesz ze mną. To nie daleko, nawet nikt nie będzie wiedział, gdzie jesteś.
 Powlókł mnie gdzieś. Do jakiegoś mieszkania na poddaszu. Katował mnie jak psa, ale ja trzymałam się tej myśli, że skatuje mnie na śmierć.
-Tej nocy nie zaśniesz -Szepnął kiedy leżałam na ziemi a z mojej głowy leciała krew.-Postaram się o to, żebyś cierpiała tak jak nigdy w życiu. Odechce ci się nawet ruszyć palcem. Miłej zabawy.-Mrugnął do mnie.
 Usiadł na mnie okrakiem i nożem zaczął robić małe ranki na moim ramieniu. Krzyczałam ale po dłuższej chwili przestałam. Ból był nie do wytrzymania, przecież nożem przecinał mi skórę dosyć głęboko. Łzy spływały co sekunda po policzkach. Jednak nadal chciałam umrzeć. Musi mnie zabić. Chcę do swojego ojca... jedyną osobę, która mnie obchodzi, która mnie kochała... Która jest dla mnie najważniejsza na świecie...

Od Ash

Doszłam jakoś do domu. Tam położyłam sie i od razu zasnęłam.
Obudziłam sie dopiero wieczorem. Wstałam delikatnie i poszłam do łazienki. Miałam cholerne mdłości!
Zwymiotowałam do muszli klozetowej. Żebra bolały. Cały brzuch mnie bolał. Może.. jednak lepiej będzie jak sie zgłoszę do lekarza? Nie.. zaraz by wezwali policję.. potem by mnie wypytywali. Miałam wyrok w zawieszeniu i kuratora.. nie mogłam sie w nic mieszać. To by było za bardzo ryzykowne. A przecież nic mi nie stanie się jak nie pójdę do lekarza?


***


Siedziałam na kanapie w salonie przykryta kocem. Miałam gorączkę prawie 40 stopni. Cała drżałam z zimna. Wszystko mnie bolało. Piłam gorącą herbatę. Musiałam zbić gorączkę niestety nie miałam w domu nic co by mi pomogło.
Musiałam iść do apteki. Uważając i powoli ubrałam się ciepło i wyszłam z domu. Bałam sie że ten koleś wróci do mnie.
Krok po kroku aż w końcu doszłam na rynek i weszłam do apteki.
-Dobry wieczór.. poproszę coś na zbicie gorączki u dorosłego.. -powiedziałam drżąc z zimna.
Sprzedawczyni podała mi lekarstwo i zapłaciłam. Wróciłam do domu. Tam wzięłam lekarstwo i wróciłam z powrotem pod koc. Włączyłam telewizor i oglądałam. Jutro nie pójdę do szkoły.. muszę zbierać siły i dojść do siebie. W końcu za dwa dni mam umówione odwiedziny u brata i chłopaków w więzieniu. Musze jakoś wyglądać przecież.
Zmęczona zasnęłam. Ciekawe co przyniesie mi kolejny dzień.. oby wreszcie los się odwrócił i nie przytrafiały mi sie same przykre rzeczy.. w końcu w życiu musi kiedyś nastąpić szczęśliwy moment? Sam smutek byłby monotonny co nie?

wtorek, 18 listopada 2014

Od Niny

-Mininka! Chodź już!-Zatrąbił Charlie a kiedy się odwróciłam w jego stronę, zobaczyłam, jak Caroline go całuje.
 Nie widziałam jeszcze tak bardzo szczęśliwej ze sobą pary. Tak idealnej pary. Jeszcze się na poważnie nie kłócili, nie życzę im tego z całego serca. Jeśli się kłócili to o takie drobiazgi i głupoty, typu - dlaczego niebo jest niebieskie? dlaczego Kopernik była kobietą? - tak... często się o takie rzeczy kłócili, jedno uważało to, a drugie to, ale każda taka dyskusja kończyła się pocałunkiem.
 Weszłam do samochodu, ale oni mnie nawet nie zauważyli. Przewróciłam oczami i nawet nie wiedziałam jak mam ich od siebie oderwać, kiedy skończą no i kiedy ruszamy do domu. Pamiętałam drogę do domu Caroline, więc wyszłam z samochodu i poszłam pieszo. Włączyłam muzykę Beethovena, jednego z moich ulubionych kompozytorów. Tak, byłam dziwna, niezwykle dziwaczna. Mogłabym teraz słuchać Ariany Grande, Taylor Swift czy 1D albo (jeszcze gorzej) Justina Biebera. Ale ja lubiłam swoją inność.
 Szłam niecałe 20 minut, bo to było albo trochę daleko, albo tak wolno szłam. Kiedy wreszcie weszłam do domu odłożyłam torbę na krzesło w kuchni i zajęłam się gotowaniem. Kiedy akurat nałożyłam sobie spaghetti do pomieszczenia weszła Caroline.
-Idę się przebrać i wrócę na obiad mamo.-Uśmiechnęła się i poszła.
 Na kolację też zrobiłam co nie co. Kiedy Caroline wyszła do sklepu po potrzebne mi produkty na jej (specjalne życzenie) naleśniki, zadzwonił mój telefon. Złapałam wolną ręką komórkę i odebrałam. Od Charliego? Dziwne...
 Miał dziwny głos. Mówił dziwnie, w ogóle cała nasza rozmowa była inna. Przebiegała inaczej. Jakbym zrobiła coś okropnego, albo ktoś jemu wyrządził krzywdę. Caroline wróciła szybko ze sklepu, znajdował się ledwo 5 minut stąd. Za szybko jej to zleciało...
-Wróciłam!
-Heeej.
Usiadła na krześle wyjmując produkty jakie kazałam jej kupić.
-Co się dzieje?-Zapytałam.
-Mogłabyś... mogłabyś... przyjechać...?
-Właściwie...
-Proszę...-Wycedził.-Błagam... Muszę ci cos... powiedzieć. Błagam, przyjedź... Nic nie mów Caroline.
-Będę za 10 minut.-Odłożyłam telefon i powiedziałam Caroline, by resztą zajęła się sama. To tylko polewa czekoladowa i co tam zechce na naleśnikach, niech dołoży. Wyszłam prędko i zastanowiłam się, jak ja do niego pojadę...
 Zamówiłam taksówkę. Nie mam prawka, więc nie wsiądę i nie pojadę. Byłam nawet szybciej. Zapłaciłam kierowcy i popędziłam do domu. Od razu weszłam. Mama przyjaciela była przygotowana na moje przybycie, od razu mnie zobaczyła i migiem otworzyła drzwi.
-Dobry wieczór... gdzie jest Charlie?
-W salonie. Będę na górze, jakby coś się działo.
 Usiadłam koło Charliego, a on... p... płakał. Pierwszy raz był w takim stanie. Zdziwiłam się i usiadłam koło niego.
-Co się stało?
-Mój... mój ojciec... Nie żyje... rozumiesz...? Teraz zadzwonili... Zastrzelono go...
 Charlie był bardzo zżyty ze swoim ojcem od pierwszych chwil. Był jego wzorcem, ich miłość, ojca i syna była niewiarygodna. Nauczył go wszystkiego. Kiedy go dotknęłam, by go pocieszyć, poczułam jego gorące ciało. Kiedy miałam się o to zapytać, on mówił dalej.
-Twój... twój też... Mój chciał obronić twojego ale... byli w pułapce...
 Cały mój świat... legł w gruzach. Załamałam się. Wybuchnęłam płaczem i czułam, jak cała cząstka mnie się rozpada. Wspomnienia stają się czarno-białe, powoli stają się czarne. Nicość kradnie mi wspomnienia z nim, kradnie mi jego obraz, jego całego. Odebrała go mi, wraz z okrutną śmiercią.
 Płakaliśmy razem.
-Będzie dobrze...-Szepnął.-Trzymamy się razem, pamiętasz?
 Nasza obietnica. Kiedy zrozumieliśmy, gdzie nasi ojcowie idą, w co się pakują, przyrzekliśmy sobie, że będziemy się wspierać zawsze, że cokolwiek się stanie będziemy się podnosić na duchu. Mój ojciec poprosił mnie, bym nie rozpaczała za nim, ale to co czułam nie pozwoliło mi mówić, czułam tylko smutek, rozpacz i okropne rwanie w całym ciele. Wszystko we mnie gasło i paliło się co jakiś czas. Czułam coś... czego nie da się wyjaśnić, wyobrazić.
-Tak...Pamiętam... - wymamrotałam przez napływ łez i silnych emocji.-Twoja... mama wie?
-Nie. Zadzwonili do mnie, widocznie tak chciał ojciec.
-Do mojej zadzwonili?
-Chyba tak.
-Idziesz do nas, czy zostaniesz tu?
-Zostanę z mamą. Musze jej to wszystko powiedzieć...
-Do jutra, w szkole...-Zapłakana ruszyłam do domu.
 Kiedy szłam drużką leśną, padłam na śnieg, na kolana i szepnęłam
  Boże, na co ci to było? Dlaczego nie ochroniłeś ich przed tym? 
 -Życie jest do bani...-Szepnęłam.-Pieprzę takie życie, bez jedynej osoby w moim życiu, która tak wiele dla mnie znaczyła...
 Łzy spadały na śnieg i roztapiały go. Tak uczucia, smutek i przygnębienie roztapia mnie. Czuję chłód, ale ból zwycięża.
-Mam tego wszystkiego dość...! D-O-Ś-Ć! -Krzyknęłam na cały las z bezsilności, z tęsknoty za swoim ojcem...

Od Ash





Otworzyłam oczy. Nie wiem co mnie obudziło. Nie wiem czy był to śpiew ptaków czy może zapach kwiatów. Przeciągnęłam sie z uśmiechem i rozejrzałam się. Byłam w swoim pokoju. Błękitne ściany, ładne meble i biała pościel. Zaciągnęłam sie zapachem kwiatów którymi pachniała moja pościel. Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. Nagle do mojego pokoju doszedł cudowny zapach naleśników. Zbiegłam do kuchni nawet sie nie przebierając. Miała mną sobie za dużą niebieska piżamkę i białe mięciutkie skarpetki. W drzwiach złapał mnie brat. 
-A ty gdzie tak się śpieszysz młoda?
Zakręcił sie dwa razy ze  mną na rekach a ja zaczęłam sie śmiać. 
-Dobra dosyć tych wariacji z rana. Do stołu kochani.-usłyszałam głos matki...

Obudziłam się. Znów miałam 18 lat a nie 6... teraz zamiast w cieplutkim łóżeczku leżałam na zimnych schodach.. zamiast zapachu kwiatów czułam zapach krwi.. zamiast uśmiechu na twarzy miałam siniaki i krew..
Starałam sie podnieść choć każdy ruch sprawiał mi ból. Jakoś dałam radę wejść do domu i dojść do łazienki .tam wyjęłam apteczkę z szafki i wzięłam parę ręczników. Rozebrałam się co sprawiło mi niemiłosierny ból. Weszłam do wanny która już zapełniła sie ciepła wodą.




Rany zaczęły mnie szczypać jednak zagryzłam zęby i dałam radę a po chwili przestały boleć. Mogłabym tak siedzieć w wannie godzinami. Obmyłam się po czym wytarłam się. Musiałam sie opatrzyć. Całe żebra miałam sine. Spojrzałam w lusterko. Wyglądałam strasznie.




Jak ja zatuszuję to limo pod okiem?! Opatrzyłam wszystkie rany i posmarowałam żebra i oko maścią na urazy. Miałam w tym trochę wprawy. Często opatrzałam mojego brata i jego kumpli.
Kiedy już skończyłam umalowałam się i starałam sie ukryć podbite oko podkładem. Wyszło mi nawet ok. Na koniec założyłam spodnie i dużą bluzę. Z przyjemnością zostałabym w domu jednak postanowiłam iść do szkoły. Nie chciałam mieć więcej kłopotów.
W szkole czułam sie fatalnie. Głowa mnie bardzo bolała a żebra jeszcze gorzej. Siedziała mna przerwie skulona na ławce. Miałam ochotę płakać.
Nagle podeszła do mnie jakaś dziewczyna.
-Hej... Wszystko dobrze?-zapytała
-T...tak...-starałam się przybrać twardy i zdecydowany ton głosu.
-Nie jesteś dobra w kłamaniu.-Pokręciła głową.-Chcę ci pomóc.
-Nie...m...możesz...
-Obawiam się, że jednak mogę. No proszę. Pozwól sobie pomóc. Chodź. -Podała mi rękę.
Spojrzałam sie na nią i sie zawahałam.
-Dziś jesteś pod moją opieką, co ty na to?-Uśmiechnęła się a ja chcąc czy nie chcąc także sie uśmiechnęłam tylko że szybko ukryłam uśmiech.
Dziewczyna która tak sie składa miała na imię Nina nie chciała dać mi spokoju. Cały czas mnie o coś wypytywała. Czułam sie jakbym była na przesłuchaniu. Była jednak.. miła.
Po szkole szła obok mnie.
-Daleko mieszkasz? -zapytała.
-Kawałek.
-Wiesz.. wracam do domu samochodem z kolegą.. może byśmy cie podrzucili?
-Nie, dziękuje. -powiedziałam zdecydowanie.
-Może jednak..?
-Nie..
-Dawaj. Nie będziesz szła sama. -powiedziała i złapała mnie za nadgarstek.
Pech chciał ze akurat tam gdzie miałam ogromnego siniaka. Syknęłam z bólu.
-Ash?-tak powiedziałam jej jak mam na imię..-Wszystko dobrze?
-Tak..
-Wiesz. .zauważyłam u ciebie siniaki..
-To nic.-powiedziałam szybko i zdecydowanie za szybko. 
Spojrzała sie na mnie z troską.
-Może potrzebujesz lekarza?
-Nie! Daj mi spokój! Sama sobie dam doskonale radę! Nie potrzebuje by ktokolwiek sie nade mną litował! Nie chcę litości! -powiedziałam twardo.
-Nina!-krzyknął jakiś chłopak.
Dziewczyna spojrzała sie na niego.
-Nie lituję się nad tobą tylko martwię sie o ciebie.
-Nie potrzebnie.
-Mieszkasz z bratem i jego kolegami?
-Nie twój interes.
-To oni ci to zrobili?
-Nie! Oni nigdy by mi krzywdy nie zrobili.
-To kto?
-Mówiłam że to nie twój interes.
Nagle jakiś chłopak idąc obok nas przez przypadek trącił mnie ramieniem. Pech chciał ze uraził mnie w żebra. Upadłabym gdyby nie Nina.
-Może jednak potrzebujesz pomocy?
Zamknęłam oczy. Ból był niemiłosierny.
-Nie. Dziękuję ale nie.
-Powiedziałam odchodząc w miarę szybko.
Za rogiem musiałam sie zatrzymać. Żebra strasznie mnie bolały. Podejrzewałam ze miałam je połamane. Nie miałam siły iść dalej. Jednak starałam się. Byle do domu..

Od Niny

-Pobudka śpiochu!-Poczułam uderzenie poduszki.-Szkoła czekaaa!
 Caroline śmiała się i wybiegła tak z mojego pokoju. Jęknęłam cicho i zanurzyłam głowę w białej poduszce.
-Kocham cię...-Szepnęłam do łóżka.-Ale jak co ranek, nadejdzie ten czas, kiedy muszę się z tobą rozdzielić, mój przyjacielu. 
 Uśmiechnęłam się i zadałam sobie jedno pytanie.
  Co ja odwalam?
 Na dole czekała na mnie moja przyjaciółka, która jadła kanapkę i czytała jakąś książkę. Coraz bardziej mnie zadziwia. Najpierw sprzątanie, teraz książka... 


 Moje życie i tak zaczęło  się układać. Na reszcie! Nie było idealne, ale chciałam je wyprostować. W szkole zauważyłam jakąś dziewczynę. Blondynkę. Odeszłam od Caroline i ukucnęłam przy dziewczynie. 
-Hej... Wszystko dobrze?
-T...tak...
-Nie jesteś dobra w kłamaniu.-Pokręciłam głową.-Chcę ci pomóc.
-Nie...m...możesz...
-Obawiam się, że jednak mogę. No proszę. Pozwól sobie pomóc. 
 Dopiero po chwili skojarzyłam dziewczynę, która była dla mnie nie miła kilka tygodni temu niemiła.chamska wręcz. Jednak nadal chciałam jej pomóc. 
-Chodź. -Podałam jej rękę a ona po chwili złapała ją i wstała. -Dziś jesteś pod moją opieką, co ty na to?-Uśmiechnęłam się a ona lekko odwzajemniła uśmiech.
 Cały dzień starałam się z nią rozmawiać, dopiero po 3 godzinach prowadziłam z nią normalną rozmowę. Chciałam się dowiedzieć co się z nią działo, że ma siniaki na ręku, które stara się chować. Jednak nic nie mówiła. 

Od Michaela

 Nie wiem co mnie tknęło, że poszedłem do Niny. Chyba musiałem z kimś pogadać, co dziwne bo z reguły byłem samotnikiem. Mel była na mnie obrażona, a ciotka pojechała na spotkanie ze swoją przyjaciółką.
Uśmiechnięty wyszedłem od niej z domu. Fajna była ta Nina.
 Dziś poszedłem wyjątkowo wcześnie spać byłem dziwnie znużony.
  Tej nocy widziałem we śnie pewną blondynkę, ale niezbyt dokładnie.Mianowicie, nie miała ona wyraźnie zarysowanej twarzy, pojawiła się w marzeniu sennym jako postać wysoka, ciemna  i dziwnie pociągajaca. Wokół niej były róże we wszystkich istniejących i nie istniejących kolorach - a ona sama, powleczona chmurą cienia, przechodziła powiewając czarną szatą. Nagle z wysokich, złocistych chmur wyknął się snop światła, twarz tej wrednej, skrzywionej blondynki, oświetlona z boku, ukazała się wyraźnie. Nie była podobna do siebie zwykłejj, miała harmonijne rysy i piękny uśmiech.
- Przeniknij pozory, które mnie skrywają - zwróciła się do mnie szeptem - Ty jedna możesz stworzyć moje szczęście, tworząc moje.
- Blondi o czym ty gadasz, do licha? - spytałem płynąc opornie przez swój sen. Słyszałem własny głos dudniący w pustej przestrzeni.
- Nie radź się swoich oczu. Wybaw mnie z okropnej kary, jaką znoszę - rzekła melodyjnie. Światło przesunęła się z jej twarzy na róże, a kiedy znów na nią spojrzałem, zobaczyłem pustą, naćpaną dziwkę w skąpiej bieliźnie.
- Kochaj mnie, jak ja kocham ciebie - wyjęczała wijąc się na podłodze - Nie pozwól zwieść się pozorom kochany!
- Mi-cha-el, Mi-cha-el, Mi-cha-el! - wydzwonił wielki zegar wśród róż i obudziłem się od tego dzwonienia, konstatując, że słyszę je i na jawie. Jeszcze dwa uderzenia dobiegły z pokoju cioci. Siódma. Trzeba wstać. Budzik też właśnie pisnął jak przydeptane kurczątko. Szybko nakryłem go dłonią.
  Mocno padało, gdy dotarłem do szkoły. Od razu zobaczyłem pod szafkami roześmianą Ninę. Już miałem do niej podejść, gdy zobaczyłem w kącie dziwną dziewczynę. Była cała sina z zimna, blada i wymizerniała. Siedziała skulona. Tylko jej oczy były żywe - łapiące jakby każdą szczęśliwą endorfinę w pomieszczeniu.
- Michael? - zaczepił mnie Bronx mój znajomy z ławki.
- No? - oderwałem od niej wzrok. Była dziwnie znajoma...
- Znasz dobrze tą Ninę? - wskazał palcem na moją nową koleżankę.
Oderwałem wzrok od blondyny i spojrzałem na niego.
- Co mówiłeś?  - spytałem roztargniony.
- Znasz tą Ninę? - powtórzył rozbawiony.
- Ninę...? Ach Ninę! Znam, znam. Złota dziewczyna! - zacząłem ją wychwalać i dopiero po chwili przystosopowałem mrużąc podejrzliwie oczy - A co?
- No wiesz... Wpadła mi w oko i ten...
- Co?
- No... chciałbym ją poznać.
- Ach poznać? - mruknąłem już w pełni skupiony. - No wiesz... obawiam się Bronx, że ona ma już niestety chłopaka.
Bronx wyraźnie się stropił.
- S-skąd wiesz?
- No przecież dobrze ją znam - parsknąłem ironicznie i minąłem ją idąc korytarzem do ósemki, nie spuszcząjąc ani na chwile z oczu tej dziwnej dziewczyny..

poniedziałek, 17 listopada 2014

Od Niny


W piżamie zeszłam do kuchni, gdzie było zupełnie pusto, co było dziwne, bo Caroline albo siedziała i szykowała się na randkę z Charliem, albo malowała paznokcie, albo piła jedno ze swoich ulubionych win. Ale teraz świeciło pustkami.
 Oblałam się przypadkowo kakaem brudząc bluzkę z misiem. Zdenerwowałam się jak małe dziecko, ruszyłam do łazienki i od razu postanowiłam się przebrać. Ubrałam znoszone dresy, luźną bordową bluzkę, z napisem WIN, która kończyła się nad pępkiem, a potem wróciłam do kuchni. Jadłam pączka popijając go gorącym kakao, wygodnie siadając w wiszącym na łańcuchu czarnym fotelu. Pomalowałam paznokcie, relaksowałam się w każdy możliwy sposób, co mogłam robić nie za często. Brakowało mi swoich skrzypiec, ale poproszę mamę, by mi je jak najszybciej dostarczyła. Nie zamierzałam dłużej mieszkać z matką. Odbija jej, od kiedy ojciec zniknął z domu. Kocham ją, ale to co zrobiła było przesadą. Postanowiłam już, że po prostu stamtąd zniknę, ale kontakt nam się na pewno nie zatrze. Na to nie pozwoliłabym nigdy, przecież to moja mama.
 Usłyszałam dzwonek do drzwi, kiedy wstałam, poślizgnęłam się na parkiecie. Widocznie Caroline za bardzo wczuła się w rolę gospodyni i wysprzątała przed wyjściem cały dom, łącznie z umyciem podłóg. Upadłam na tyłek, co lekko mnie rozzłościło. Mam dziś pechowy dzień. Założyłam cieplutkie skarpetki, w których na pewno się nie zabiję i otworzyłam drzwi.
-Cześć.
 Kiedy zobaczyłam Michaela w drzwiach, myślałam, że zaraz padnę trupem. Wyglądałam jak mała dziewczynka. Jeszcze świeciłam pępkiem, kiedy na zewnątrz szalała śnieżyca. Zamurowało mnie, a potem zamknęłam oczy i starałam się nie schować za drzwiami.
-Hej.-Poczułam zimny powiew. Lodowaty, wręcz nie do wytrzymania.-Wejdź, pewnie ci zimno...
-Nie jest źle.
 Zrobiłam przejście w drzwiach, żeby mógł przejść. Zamknęłam drzwi lekko waląc czołem o drzwi, ale potem w sumie... wygląd mi nie przeszkadzał. Odwróciłam się i spojrzałam na Michaela. Czuł się tu prawie jak w muzeum. Wszystko było tak wysprzątane przez Caroline, że aż blask raził po oczach.
-Mieszkasz tu teraz?
-No... Powiedzmy. Na razie nie mam się gdzie zatrzymać, więc... teraz to mój dach nad głową.
-Co dziś robisz?
-Pewnie... siedzę w domu i relaksuję się wolnym dniem.
 Dopiero teraz przypomniała mi się moja kotka, Lily. Matko! Muszę ją zabrać, chociaż Caro nienawidzi kotów, muszę mieć tu tą brązową puszystą kulkę, choćby nie wiem co.
-A...
-Nigdzie się nie ruszam. Przyda mi się jakieś towarzystwo, chyba, że chcesz już iść i wystraszył cię ten przerażający porządek?
-Zostanę, ale porządek jest... przerażający.
 Siedzieliśmy na kanapie i rozmawialiśmy. Zgadaliśmy się o moim talencie, a także i jego. Potem przeszliśmy do spraw zarobków.
-Mnie utrzymywała mama i ojciec, no i brat odrobinę. Zawsze ja miałam zajmować się nauką, a rodzice wszystko płacili, nigdy nie narzekali, ale kiedyś był czas kryzysu, gdzie nie mieliśmy kasy.
-Co zrobiłaś?
-Na ulicy, w listopadowe popołudnie poszłam ze swoimi skrzypcami na stare miasto. Tam zarobiłam dosyć sporo.
-Ja i moja ciotka mamy problemy z kasą. Staram sie zarabiać na rysunkach, jakoś daję radę.
-Mogę ci pomóc...
-Nie, poradzę sobie. Ale dzięki.-Zaśmiał się a ja strzeliłam poważną minę.
-Mówię poważnie. Nie śmiej się!-Rozkazałam wskazując na niego palcem.-Łącząc mój i twój talent uzbieramy sporo kasy. A ja ci pomogę.
-Nie. Nie ma opcji.
-No weź!
-Te smutne oczka też nie działają, sorry.
-No dobra... Ale pamiętaj, że jeśli pomoc będzie niezbędna szukaj jej u mnie.-Uśmiechnęłam się.
 Caroline napisała mi sms, że będzie dopiero wieczorem, bo z Charliem mają ''gorące plany''. Odebrałam to dwuznacznie, ale i tak uśmiechnęłam się pod nosem czytając wiadomość. Potem wróciłam do rozmowy z Michaelem. Wyciągnął mnie na dwór, ale musiałam się przebrać, co zajęło mi - uwierzycie? - godzinę. Przeprosiłam Michaela za długie czekanie, ale on tylko się śmiał nie mogąc uwierzyć, ile potrafię spędzić czasu nad wybraniem ciuchów na jeden spacer. Potem wróciłam do domu i poprosiłam Caroline przez sms, żeby wstąpiła po moje skrzypce, Lily, no i kilka ubrań, jakie będzie chciała mi zabrać. Odpisała - ofsfoFSAddOKdsamfd 
 Wybuchnęłam śmiechem i odłożyłam telefon na stolik. Czyżby pisała nie patrząc na klawiaturkę?

Gada teraz: