poniedziałek, 10 listopada 2014

Od Michaela

- Michael uważam, że powinieneś pójść do szkoły.
- Ciociu... Wiesz, że jestem - co tu ukrywać - "zdolny". Szybko wszystko nadrobię.
- Nalegam - powiedziała ciotka z naciskiem nie przyjmując do siebie negatywnej odpowiedzi.
Westchnąłem cicho.
- A rachunki...?
- Poradzę sobie - odparła krojąc szybko natkę pietruszki. Błysnęło ostrze - i już zielona kupka liści zjechała po czerwonej deseczce do garnka.
Przygryzłem wargę i spojrzałem na zegarek.
- Spóźnię się. Lekcja zacznie się za... 4 minuty.
Ciotka rzuciła mi roztargnione spojrzenie.
- Usprawiedliwię ci to, jak zwykle usprawiedliwiam twoje nieobecności.
- Yhm...
- No idź już - ponagliła mnie i zamieszała w garnku.
Westchnąłem demonstracyjnie i szybko rzuciłem się do góry po schodach. Zgarnąłem plecak w którym były (powinny być!) książki potrzebne na dziś. Mój wzrok wpadł na świeży blok techniczny i parę zaostrzonych ołówków. Po sekundzie wahania włożyłem przyrządy do plecaka i pomknąłem na dół.
Gdy już miałem wychodzić, ciotka wychyliła się za drzwi i zawołała.
- Mich?
Przewróciłem oczami i dałem ciotce szybkiego, zdawkowego całusa w policzek życząc jej dobrego dnia i już byłem na ulicy.
 Nie spieszno, powoli szedłem wzdłuż ulicy Armii Czerwonej. Wyjąłem walkmana z kieszeni i nie przejmując się faktem, że lekcja trwa już od dwóch minut wsunąłem słuchawki do uszu. W głowie zaczęły mi huczeć jasne kaskady Cezara Francka. Spokojnie zapaliłem papierosa, zaciągając się głęboko. I tak wiedziałem, że nic mi się nie stanie.  Wątpiłem w jakiegokolwiek raka.  Może byłem głupi - może nie. Ale taka prawda, że od 19 lat mojego mizernego życia nie zachorowałem ani razu. Ani razu! Nigdy nie miałem katarku. Co najwyżej ból głowy, ale to tak słaby, że ledwo odczuwalny.  Ciotka zwykła na mnie mawiać: bebé Insólito (niezwykłe dziecko), ponieważ była pół Hiszpanką i doskonale znała ten język. Co do mnie... Specjalnie jej ten mój brak chorób nigdy nie dziwił... Podejrzane... Ale kto by się takimi sprawami zajmował w tak piękny dzień??
  Istotnie, dzień był cudowny. Słoneczko jasne, ciepłe na tle niebieskiego nieba bez ani jednej chmurki. Dym unosił się obłoczkami ku górze. Nawet nie brakowało mi wesołej peplaniny Mel... Pewnie o tej porze sprzedawała figurki na swoim straganie, dziwiąc się mojej nieobecności. A może... Jednak bym poszedł? Dużo bym dziś zarobił... Lecz nie... Tego co nigdy nie potrafiłem robić - to okłamywać swojej ciotki, która była dla mnie jak matka.
  Ruszyłem więc już trochę żwawiej w kierunku tzw. "szkoły". Zacząłem rozmyślać o niezwykłym szkicu Witkacego, który mnie ostatnio niezwykle zainspirował... I nagle w tej samej chwili, gdy poczułem że niczego więcej mi do szczęścia nie potrzeba - poczułem że wpadłem na coś... A raczej na kogoś. 
- Pacz jak leziesz!! - warknęła dziewczyna chuchając mi kłębem dymu w twarz.
Cofnąłem się i uniosłem brwi.
Nawet ładna. Blondyneczka. Ale o wyjątkowo paskudnym wyrazie twarzy. Prawie jej z ust piana ciekła. Gwizdnąłem pod nosem.

- Spokojnie. Widzę, że niezły temperamencik.
Dotknąłem ją chcąc imitować syk unoszącego się dymu, ale dama mylnie oceniając me zamiary, warknęła jeszcze bardziej rozjuszona.

- Koleś, zabieraj te łapska! - warknęła.
Nagle za nią pojawili się trzej, obskurni kolesie. Byłem z nimi równego wzrostu, jednak górowali nade mną siłą.
- Jakiś problem? - spytał ten najbardziej po prawie blondyny.
- Nic się nie dzieje braciszku  - spojrzała mi chłodno w oczy - kolega już idzie - dodała z naciskiem ostatnie słowo.
Wzruszyłem ramionami i wyrzucając niedopałek minąłem ją. Jakież te dziewczęcia w tym wieku gruboskórne i nieprzyjazne... A jak już przyjazne to głupie gąski. Ech... Zero rozwagi panie Boże. Zero. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz


Gada teraz: