wtorek, 18 listopada 2014

Od Niny

-Mininka! Chodź już!-Zatrąbił Charlie a kiedy się odwróciłam w jego stronę, zobaczyłam, jak Caroline go całuje.
 Nie widziałam jeszcze tak bardzo szczęśliwej ze sobą pary. Tak idealnej pary. Jeszcze się na poważnie nie kłócili, nie życzę im tego z całego serca. Jeśli się kłócili to o takie drobiazgi i głupoty, typu - dlaczego niebo jest niebieskie? dlaczego Kopernik była kobietą? - tak... często się o takie rzeczy kłócili, jedno uważało to, a drugie to, ale każda taka dyskusja kończyła się pocałunkiem.
 Weszłam do samochodu, ale oni mnie nawet nie zauważyli. Przewróciłam oczami i nawet nie wiedziałam jak mam ich od siebie oderwać, kiedy skończą no i kiedy ruszamy do domu. Pamiętałam drogę do domu Caroline, więc wyszłam z samochodu i poszłam pieszo. Włączyłam muzykę Beethovena, jednego z moich ulubionych kompozytorów. Tak, byłam dziwna, niezwykle dziwaczna. Mogłabym teraz słuchać Ariany Grande, Taylor Swift czy 1D albo (jeszcze gorzej) Justina Biebera. Ale ja lubiłam swoją inność.
 Szłam niecałe 20 minut, bo to było albo trochę daleko, albo tak wolno szłam. Kiedy wreszcie weszłam do domu odłożyłam torbę na krzesło w kuchni i zajęłam się gotowaniem. Kiedy akurat nałożyłam sobie spaghetti do pomieszczenia weszła Caroline.
-Idę się przebrać i wrócę na obiad mamo.-Uśmiechnęła się i poszła.
 Na kolację też zrobiłam co nie co. Kiedy Caroline wyszła do sklepu po potrzebne mi produkty na jej (specjalne życzenie) naleśniki, zadzwonił mój telefon. Złapałam wolną ręką komórkę i odebrałam. Od Charliego? Dziwne...
 Miał dziwny głos. Mówił dziwnie, w ogóle cała nasza rozmowa była inna. Przebiegała inaczej. Jakbym zrobiła coś okropnego, albo ktoś jemu wyrządził krzywdę. Caroline wróciła szybko ze sklepu, znajdował się ledwo 5 minut stąd. Za szybko jej to zleciało...
-Wróciłam!
-Heeej.
Usiadła na krześle wyjmując produkty jakie kazałam jej kupić.
-Co się dzieje?-Zapytałam.
-Mogłabyś... mogłabyś... przyjechać...?
-Właściwie...
-Proszę...-Wycedził.-Błagam... Muszę ci cos... powiedzieć. Błagam, przyjedź... Nic nie mów Caroline.
-Będę za 10 minut.-Odłożyłam telefon i powiedziałam Caroline, by resztą zajęła się sama. To tylko polewa czekoladowa i co tam zechce na naleśnikach, niech dołoży. Wyszłam prędko i zastanowiłam się, jak ja do niego pojadę...
 Zamówiłam taksówkę. Nie mam prawka, więc nie wsiądę i nie pojadę. Byłam nawet szybciej. Zapłaciłam kierowcy i popędziłam do domu. Od razu weszłam. Mama przyjaciela była przygotowana na moje przybycie, od razu mnie zobaczyła i migiem otworzyła drzwi.
-Dobry wieczór... gdzie jest Charlie?
-W salonie. Będę na górze, jakby coś się działo.
 Usiadłam koło Charliego, a on... p... płakał. Pierwszy raz był w takim stanie. Zdziwiłam się i usiadłam koło niego.
-Co się stało?
-Mój... mój ojciec... Nie żyje... rozumiesz...? Teraz zadzwonili... Zastrzelono go...
 Charlie był bardzo zżyty ze swoim ojcem od pierwszych chwil. Był jego wzorcem, ich miłość, ojca i syna była niewiarygodna. Nauczył go wszystkiego. Kiedy go dotknęłam, by go pocieszyć, poczułam jego gorące ciało. Kiedy miałam się o to zapytać, on mówił dalej.
-Twój... twój też... Mój chciał obronić twojego ale... byli w pułapce...
 Cały mój świat... legł w gruzach. Załamałam się. Wybuchnęłam płaczem i czułam, jak cała cząstka mnie się rozpada. Wspomnienia stają się czarno-białe, powoli stają się czarne. Nicość kradnie mi wspomnienia z nim, kradnie mi jego obraz, jego całego. Odebrała go mi, wraz z okrutną śmiercią.
 Płakaliśmy razem.
-Będzie dobrze...-Szepnął.-Trzymamy się razem, pamiętasz?
 Nasza obietnica. Kiedy zrozumieliśmy, gdzie nasi ojcowie idą, w co się pakują, przyrzekliśmy sobie, że będziemy się wspierać zawsze, że cokolwiek się stanie będziemy się podnosić na duchu. Mój ojciec poprosił mnie, bym nie rozpaczała za nim, ale to co czułam nie pozwoliło mi mówić, czułam tylko smutek, rozpacz i okropne rwanie w całym ciele. Wszystko we mnie gasło i paliło się co jakiś czas. Czułam coś... czego nie da się wyjaśnić, wyobrazić.
-Tak...Pamiętam... - wymamrotałam przez napływ łez i silnych emocji.-Twoja... mama wie?
-Nie. Zadzwonili do mnie, widocznie tak chciał ojciec.
-Do mojej zadzwonili?
-Chyba tak.
-Idziesz do nas, czy zostaniesz tu?
-Zostanę z mamą. Musze jej to wszystko powiedzieć...
-Do jutra, w szkole...-Zapłakana ruszyłam do domu.
 Kiedy szłam drużką leśną, padłam na śnieg, na kolana i szepnęłam
  Boże, na co ci to było? Dlaczego nie ochroniłeś ich przed tym? 
 -Życie jest do bani...-Szepnęłam.-Pieprzę takie życie, bez jedynej osoby w moim życiu, która tak wiele dla mnie znaczyła...
 Łzy spadały na śnieg i roztapiały go. Tak uczucia, smutek i przygnębienie roztapia mnie. Czuję chłód, ale ból zwycięża.
-Mam tego wszystkiego dość...! D-O-Ś-Ć! -Krzyknęłam na cały las z bezsilności, z tęsknoty za swoim ojcem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz


Gada teraz: