czwartek, 13 listopada 2014

Od Niny

 Szłam korytarzem czując na sobie czyjś wzrok. Było mi z tym źle, wkurzało mnie to, a na dodatek czułam się zagrożona. Czuję to od kilku dni, ale nie wiem kto mógłby mnie 12 godzin podpatrywać. Kiedy przeszłam do korytarza gdzie była moja szafka, zauważyłam jak na końcu Charlie całuje Caroline. Uśmiechnęłam się, zazdrościłam im. Charlie był dosyć wysoki, moja przyjaciółka miała ledwo 170 wzrostu... niziutka, ale wyobraźcie sobie, że ja byłam jeszcze niższa, ale tylko o dwa cm. 
 Odwróciłam głowę od nich, by mnie przypadkiem nie zauważyli, ale oni i tak całowali się nadal. Miałam wrażenie, że Charlie zaraz ją połknie, jednak nie wyglądało to na takie obściskiwanie... jakby ona była lizakiem a on obślinionym małym dzieciakiem. Całował ją tak... delikatnie... z tak wielkim uczuciem, że można było się domyślić, jak bardzo ją kocha. Jak bardzo oni się kochają. Coś takiego... Caroline nawet nie pochwaliła się, że są razem. Ciekawe czy od tego ranka, czy od dwóch dni, bo fakt faktem z nimi nie widziałam się ani nie kontaktowałam cały weekend. 
 Wzięłam książkę i zamknęłam szafkę. Znów czułam na sobie ten sam wzrok. To samo uczucie które mnie przerażało. No co kurde?! W szkole też ktoś się na mnie uwziął? 
 Odwróciłam się trzymając w dłoni książkę od biologii wraz z zeszytem i wpadłam na jakąś dziewczynę, mając nadzieję, że to Caroline, ale była to inna blondynka. Wpadłam na nią tak gwałtownie, że ja poleciałam na szafkę a ona do tyłu, jednak trzymała się na nogach mimo to, a zderzenie było mocne, bynajmniej dla mnie, bo całe ramie mnie bolało, no i głowa, bo zetknęłyśmy się głowami.Była o wiele ode mnie wyższa. Czułam od niej papierosy zmieszane z zapachem jakiś ładnych perfum. 
-Patrz jak łazisz młoda.-Warknęła i nie zamierzała się chyba ulotnić. 
-Ehm... Przepraszam, naprawdę cię nie zauważyłam. Nie mam oczu z tyłu głowy.-Ukucnęłam i podniosłam zeszyt i książkę.
-No to mówię, uważaj jak chodzisz, bo następnym razem nie będę taka milusia. 
-Milutka? Żartujesz. Jesteś bardzo sympatyczna.-Powiedziałam z nutką ironii - Zastanawiam się, czy ty w ogóle wiesz co mówisz.
-Uważaj, bo obiję ci tą piękną buźkę.-Uśmiechnęła się.
-Myślisz, że jak będziesz zgrywać twardzielkę, to się ciebie przestraszę?
-A ty jak się mi postawisz, nadal będziesz taką samą grzeczną dziewczynką jaką byłaś. 
-Wolę być taka, niż zgrywać kogoś takiego. Nie wiem dlaczego szukasz wszędzie wrogów. Ale takie gadki pewnie uważasz za beznadziejne,żałosne i bezwartościowe, bezsensowne. Ale na serio nie czaję jak możesz być TAKA. 
-Jaka? Proszę, dawaj! Zobaczymy jak będziesz gadać, jak moi kumple się tobą zajmą.-Prychnęła dając mi znak, że uważa mnie za swojego błazna. 
-Pff! Gówno możecie mi zrobić, kimkolwiek są twoi kumple. Na serio, daruj sobie. Uważam temat za zakończony. 
-Co za debilka. 
-Odwal się.-Wzruszyłam ramionami i odeszłam. 
  Spakowałam swoje książki do torby i poszłam do sali prób, gdzie w sumie każdy mógł przyjść i poćwiczyć. Jednak nie za wiele było w tej szkole talentów, nikt raczej nie wychylał się spod ławki. Ja kiedy byłam mała grałam na skrzypcach, a kiedy dostałam je na urodziny rok temu, postanowiłam grać. Jednak od kiedy David zniknął ze szkoły, postanowiłam sama kontynuować naukę. Jako mały dzieciak byłam nauczana przez jednego z uczniów Julliard. To największa i najlepsza uczelnia, stamtąd można się wybić, być kimś, robić to, co się kocha. Być artystą, ale ja tego nie potrzebuję, jednak rodzice nalegają od kilku lat, a dokładnie od siódmego roku mego życia. 
 Zamknęłam drzwi, bo nie będę robić hałasu na cały korytarz. Moja mama nie lubi muzyki klasycznej, chciała wraz z ojcem wychować mnie na fankę rocka. Do dziś nie wiem dlaczego. Ale kiedy zauważyłam w szkole na lekcji muzyki skrzypce... Od razu mnie zafascynowały. Kiedy rodzice przyjechali mnie odebrać, powiedziałam im, że chcę na nich grać. Jednak skrzypce kosztują dosyć sporo, musiałam zadowolić się tymi ze szkoły. Tymi starymi skrzypcami które nie wyglądały za dobrze... ale mimo tego dawałam jakoś radę. 
 Skrzypce stały się dla mnie moim małym domem, gdzie wszystko jest idealne. Marzę skrycie o tym, żeby zostać światowej sławy skrzypaczką, ale... ze względu na rodziców, pójdę na coś, z czego na pewno wyżyję, czyli medycyna. Nigdy nie ciągnęło mnie tam, ale rodzice dla mnie tyle zrobili... Skrzypce miały być zaledwie przyjemnością, a kiedy usłyszeli jak gram, jak opanowałam grę na tym instrumencie, wiedzieli już, że kiedy dowiem się o Julliard będę chciała tam się koniecznie dostać, a to wymaga niewyobrażalnego talentu. Tak, są wymagający. Jednak ja, kiedy gram jestem sobą. Swoje odczucia gram na skrzypcach, nie kontroluję niczego, staję się tym instrumentem. To może brzmi dziwnie, ale prawdziwie. To niesamowite, no... mnie się tak wydaje. Kocham skrzypce, nic tak mi nie pomaga jak gra na na nich. W tych czasach powinnam jak większość ludzi w moim wieku interesować się grą na gitarze elektrycznej jak i klasycznej, na perkusji... Ale nie. Ja jestem ta inna. Nigdy nie wstydziłam się gry na moich skrzypcach. Nie wiem jak mogłabym jeszcze wytłumaczyć to, co czuję, kiedy na nich gram... To niesamowite uczucie... Coś, co mało ludzi doświadcza. Jestem zżyta z grą na nich. 
 Odłożyłam torbę, usiadłam na krześle. Sala była pusta, jak zawsze. Wszystkie instrumenty tutaj były zakurzone, nikt na nich nie grał, a ta sala była po to, by przyjść, zrobić co się ma do zrobienia. Tu można się oddać fantazji... Tak powiedział pan Lachowski, od zajęć plastycznych. Jest w porządku. Kocha muzykę jak i malowanie. Nie znam jego przeszłości, ale czasem wydaje mi się, że był kiedyś wielkim artystą z marzeniami o pozostaniu w życiu kimś wielkim. 
 Cieszyłam się, że nie ma tu nikogo. Nie grałam jeszcze przy nikim obcym, moją grę słyszała tylko Caroline i rodzice. W drugim pomieszczeniu, znajdowała się sala plastyczna. Te dwie sale były połączone ze sobą, oddzielone były tylko przejściem, gdzie kiedyś znajdowały się drzwi... Ta... KIEDYŚ... 
 Nie byłam w tamtej sali jeszcze nigdy. Nie umiem rysować, nawet nigdy nie próbowałam. Malować też nie. Wychodzi mi tylko gra na skrzypcach, nic więcej nie potrafię. To może i mało, ale to moje ukochane ''tylko tyle potrafię''. Zaczęłam grać... Zamknęłam oczy i po prostu grałam. Nie obchodziło mnie to, czy w drugim pomieszczeniu ktoś jest, czy słyszą mnie na korytarzu. Ach... Gra na skrzypcach... Cudowne uczucie sprawiło, że przestałam kontrolować swoje ruchy, swoją grę. Po prostu grałam. Leciałam na żywioł, czułam, że idzie mi świetnie. Kilka lat nauki... a stałam się niezłą skrzypaczką. O to mi chodziło, kiedy byłam mała. Zrealizowałam jedno swoje marzenie... jedno jedyne najtrudniejsze do wykonania marzenie. Udało mi się. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz


Gada teraz: