-Pięknie grasz.-Zaklaskał uśmiechając się szeroko - Tym razem miałem wrażenie, że te skrzypce się zaraz rozpadną. Cóż się stało, że wyżyłaś się na tych biednym drewnianym instrumenciku?
-Ehm... Nie wiedziałam, że pan tu jest...
-Zaczyna się zawsze od małej publiczności.-Mrugnął do mnie.-No, co cię tak zdenerwowało?
-Ach... Taka jedna... chyba nowa. Blondynka... Wysoka... Na pewno nowa... tak. Zaistniała między mną a nią mała kłótnia i... no. Poczułam, że traktuje mnie jak kogoś postawionego niżej...
-Wszyscy są sobie równi Nino. A tą to kojarzę. Akurat nauczyciele mają na nią oko.
-Dlaczego?
-Tak między nami, ale tylko między nami - kiwnęłam głową obiecując, że nikomu nie wygadam.- Ma małe problemy. Nie ma rodziców, mieszka z bratem, co nie wygląda dobrze. Czuć od niej papierosy... sama rozumiesz, do czego to doprowadza.
-Czemu mam to rozumieć?-Spytałam bojąc się, że może podejrzewać mnie o ćpanie.
-No nie wiem, jesteś w tej szkole z tymi uczniami najwięcej, pewnie coś widziałaś.Nie pytam cię o żadne informacje, to co robią uczniowie poza szkołą to ich sprawa, naturalnie. Ale trzeba robić to co się robi z rozsądkiem.
-Dokładnie.-Zerknęłam mu przez ramię do nieznanej mi jeszcze sali i ujrzałam miliony obrazów uczniów. Zdziwiłam się, że tak duża liczba uczniów maluje czy bądź rysuje.-Nad czym pan teraz pracuje?
-Martwa natura. Chcesz zobaczyć?
Rzuciłam okiem na jego dzieło.
-Woah... Pan naprawdę jest dobry.
-A ty, Nino, niesamowicie grasz. Caroline puściła plotę o Julliard. Chciałbym wiedzieć, czy się dostałaś.
-Wątpię. Kiedy tam grałam na przesłuchaniu, czułam się jakbym grała dla posągów, nie ludzi.
-Na pewno byli zachwyceni, skoro nikt nie zaprzeczy twojemu niezwykłemu talentowi.
-Dziękuję.-Uśmiechnęłam się.
-Kiedy przechodziłem, widziałem, jak jakiś chłopak stąd wychodził. Z sali twojej. Kiedy grałaś.
-S...Słucham?-Byłam zaskoczona.
-Nie widziałem jak wyglądał. A teraz leć na lekcje, zdaje się twoja klasa ma teraz historię?
-Ach! Racja... Dziękuję proszę pana. Do widzenia.
Wyszłam pośpiesznie z sali i rozejrzałam się.
Kto to był do diaska?
Caro dopadła mnie i pchnęła na ścianę. Jej napływ siły zadziwił mnie, ale nie o to teraz się zmartwiałam.
-Twoja mama wydzwania do ciebie, ale nie odbierasz! Zostawiłaś na ławce telefon, na miłość boską!
-Ale o co chodzi?
-Nie wiem, mówi, że chodzi o Julliard.
-O boże...-Wyrwałam jej swój telefon z ręki.-Musze zadzwonić do niej natychmiast...
-Nina, ale mamy historię! Z dyrektorką! Zabije cię!
Jednak ja już wybiegłam. W nosie miałam to, że będę miała przesrane u niej. Nie mam złych ocen, tylko jedna piątka trója dwója i czwórka.
-Mamo?! I co,i co?!
-Kochanie... Może porozmawiamy w domu...
-Otworzyłaś?!
-Tak... Nie powinnam, ale...
-Mów! Dostałam się?-Prawie darłam się na cały parking, ale to też miałam gdzieś.
-Ech... na pewno chcesz wiedzieć?
-Tak! Boże...! Mamo, mówże!
-Kochanie... N... Nie dostałaś się...
Byłam przekonana, że to koszmar, mój jeden z najgorszych dni. Uszczypnęłam się nawet, ale to nie podziałało. To rzeczywistość,albo koszmar nie chce mnie wypuścić. Byłam pewna, że dostanę się do Julliard... Ale jednak nie jestem dość dobra.
-Przykro mi kochanie... naprawdę...
Rozłączyłam się i rzuciłam telefonem gdzieś na chodnik roztrzaskując go. Miałam nadzieję, że dostanę się tam... nie pójdę na tą pieprzoną medycynę, nie będę żyć tak, jak tego chciała matka. Poczułam łzy na policzkach. Byłam wściekła. Złapałam plecak i pozbierałam części telefonu. Ruszyłam do sali gdzie wcześniej grałam, wzięłam do ręki skrzypce i zaczęłam grać rzucając torbę gdzieś w bok. Grałam tak dwie bite godziny. Teraz ja sama odczuwałam, jak skrzypce proszą o przerwę, bo zaraz się rozpadną. Moja złość i zaskoczenie tym, że się nie dostałam, całkowicie mnie zrujnowały. Zacisnęłam zęby i grałam dalej i dalej... szybciej... a potem zwolniłam i przestałam. Do drzwi zapukała Caroline. Nigdy nie widziała mnie w takim stanie. Były jeszcze cztery lekcje... przeboleję to. Ale jeszcze jedna lekcja opuszczona mi nic nie zrobi...
Kiedy wróciłam do domu rzucając na podłogę torbę, mamy nie było, pewnie jest w ogrodzie. Ruszyłam do kuchni i nałożyłam sobie obiad. Na stole, leżała kartka z Julliard. Przeczytałam ją. Wściekła wzięłam ją i ruszyłam przez kuchnię do korytarza. Tam napotkałam mamę.
-Och, jesteś. -Uśmiechnęła się.
-Co to ma być?-Szepnęłam zapłakana i pokazałam jej list z mojej upragnionej uczelni.-Przyjęli mnie. Jak mogłaś mnie okłamać...
-Nie wiem jak mogę ci wybić tą chorą karierę z głowy! Kocham cię, ale nie chcę żebyś żyła na drewnianym czymś i z tego zarabiała. To gówno nie zapewni ci dobrego startu ani dobrego życia! Powiem ci, że życie to jeden wielki bajzel.
-Nie wierzę, że to zrobiłaś.-Szepnęłam i wyszłam z domu z trzaskiem zabierając ze sobą torbę.W sumie była już siedemnasta. Poszłam do parku i usiadłam na ławce składając telefon do kupy. Ekran był cały potłuczony, niczym zbite lustro. Ale ku mojemu zdziwieniu działał. W tej chwili znienawidziłam swoją matkę. Julliard poczeka dwa lata. Wtedy się tam wybiorę... teraz... Mam szkołę. Skończę naukę, a potem ruszę do Julliard. Do Nowego Jorku... Tam jest uczelnia Julliard i tam będe zaczynać. O ile dam radę finansowo i o ile w ogóle dam radę. Bo nie jestem pewna, czy jestem tak dobra, jak się wydaje.
Zapięłam kurtkę i założyłam rękawiczki z jednym palcem, które były moimi ulubionymi, bo miałam ich mnóstwo, a nosiłam zawsze tylko te. Kiedy wypuszczałam powietrze z płuc pojawiała się para, a śniegu było mnóstwo. Nie chciałam wracać do domu, najwyżej za dwie godziny ruszę do Caroline, czy też nie. Nie wiem, ale coś wymyślę. Nie wrócę do domu. Nie ma mowy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz