niedziela, 16 listopada 2014

Od Niny

 Bolała mnie głowa, nadgarstek i brzuch. Pamiętałam doskonale co się stało, byłam w szoku. Wiedziałam co się działo, ale nie miałam sił zaprotestować ani nic powiedzieć. NIC. Matko, wiecie jak to jest? Okropność.
 Co się stało? David wpadł w jakiś szał. Mówił, że jest głodny, że już nie wytrzymuje... Że musi mnie ugryźć, ale tak naprawdę nie chce. Że... zabił swoją dziewczynę... Cały czas mamrotał coś pod nosem, a ja nie mogłam nic zrobić. Kazał mi nic nie mówić, bo znajdzie mnie i zrobi gorsze rzeczy niż to co robił wtedy. Kilka godzin temu. A może minut? Nie wiem, ile minęło.
 Poczułam, jak ktoś dotyka mojej głowy, poczułam silny, ostry ból. Od razu wytrzeźwiałam, ale nie do końca. Ujrzałam chłopaka. Złapałam się za głowę i westchnęłam.
-Co... r...robisz...?
-Prawdopodobnie uratowałem ci życie.-Westchnął.
-Nie musiałeś, ale dzięki - kiedy zamykałam oczy miałam nagle obrazy z ataków Davida. Rzucał mnie na mur, zdawało się, że najdelikatniej jak mógł, ale i tak miał siłę.
 Wampiry nie istnieją, jak też inne istoty nadnaturalne, to tylko bajki i opowieści!
 Otworzyłam oczy bojąc się znów je zamknąć. Obawiałam się tych obrazów.
-Leci ci krew z głowy... Mogę?-Lekko zbliżył rękę do rany na głowie, ale ja zaprotestowałam ręką.
-Krew...
-Tak.
-Ugh...
-Nie dobrze ci na myśl o krwi?
-Odrobinkę...
-Zauważyłem tą gęsią skórkę na dłoni i twój odruch wymiotny.
 Ponownie westchnęłam. Powoli wypuściłam powietrze i pozwoliłam mu przemyć ranę. Cały czas trzymałam się za nadgarstek... dlaczego...? Spojrzałam nań i ujrzałam ślad po ugryzieniu. Zacisnęłam mocniej nadgarstek, by nie ukazać dwóch ugryzień.
-Spotkaliśmy się kiedyś?-Spytał.
-Masz zaniki pamięci?
-Całkiem prawdopodobne.-Uśmiechnął się.
-Nie sądzę, bym w tym stanie mogłabym sobie cokolwiek przypomnieć, wiesz?
-Jak się czujesz?
-Jak stratowana przez stado słoni. -Jęknęłam mając nadal spuszczoną głowę.
-Możesz się tu przespać.
-Możesz być seryjnym mordercą albo gwałcicielem.
 Roześmiał się i wstał.
-Jest taka możliwość. Ale na poważnie... Serio. Nie wiem, czy jesteś w stanie nawet wstać. Co się stało?
-Ehm... Na pewno nic nie brałam. Twoja koleżanka nie trafiła.
-Domyśliłem się.
-Nie chcę ci się narzucać...
-Nie,nie... Zostaniesz tu na tę noc, okay?
-Niech ci będzie...
 Szybko zasnęłam wyczerpana.

 Głupio mi było tu zostawać. Dopiero rano, ok. 9 obudziłam się wypoczęta. Przeciągnęłam się, a kiedy spojrzałam na nadgarstek, rana była prawie niewidoczna. Jakim cudem zniknęła tak szybko?
 Wstałam i wyciągnęłam telefon. Cały ekran był stłuczony, ale działał nieźle. Rozejrzałam się i spojrzałam na lustro na ścianie. O boże... wyglądam strasznie...
 W łazience jakoś to ogarnęłam, ale nie mogłam wytrzymać w obcym domu u obcych ludzi, więc zeszłam po cichu na dół. Tam stała kobieta, robiła coś w kuchni.
-Dzień dobry.-Uśmiechnęła się.-Ty jesteś nową koleżanką Michaela?
 Uniosłam brwi i postarałam się potwierdzić kiwaniem nieśmiało głową.
-Nie wie pani... gdzie mogłabym go zaleźć?
-Był w mieście... O! Wrócił.-Uśmiechnęła się a ja wyszłam i podeszłam do niego.
-Hej...-Zatrzymałam się. Czułam się przy nim jak mrówka. Matko, ile on miał wzrostu? Nie był jakimś tam wielkoludem ale... w sumie zawsze ja byłam niska, a często mi to odpowiadało.- Mógłbyś... mnie... odwieźć...?
-Jasne, ale może zjadłabyś coś?-Wychylił się z bagażnika kierując wzrok na mnie. Znieruchomiał, a ja lekko zesztywniałam.
-Coooś... nie tak...?
-Ty grasz na skrzypcach...-Szepnął.-Wtedy... w sali.
-E... Właściwie, tak, gram... ale skąd to wiesz,huh?W jakiej sali? To ty mnie wtedy podsłuchiwałeś?
-Nie zauważyłaś mnie, a naprawdę pięknie grałaś.
 Pokręciłam głową i poczułam napływ nieoczekiwanej złości. Nie lubiłam jak ktoś mnie słuchał w taki sposób... bez mojej wiedzy. Ale opanowałam się.
-Dziękuję. Ale sądzę, że na serio powinnam już wracać.
-Rodzice się martwią?
-Nie - westchnęłam głęboko.- Ich nie.
-Yhm... A... kto,skoro musisz wracać?
-Przyjaciółka.
-A co z rodzicami?
-Pokłóciłam się z matką a ojciec w wojsku gdzieś w Iranie.
 Zaskoczony kiwnął głową i uśmiechnął się niespodziewanie szeroko.
-Wiedziałem, że cię skądś znam!
 Nagle usłyszałam kroki, dobiegające gdzieś z lewej strony, tam była dróżka. Szła nią jakaś dziewczyna, kiedy mnie zobaczyła, przyśpieszyła kroku. Podeszła i zmierzyła mnie, a potem naskoczyła na Michaela.
-Co z tą ćpunką?
-I wariatką...-Dodałam z lekkim uśmiechem.-To... ja pójdę. Dzięki za ''uratowanie życia''.
-Czekaj,czekaj...- zatrzymał mnie lekko trzymając za ramię, kiedy miałam odejść.-Mel, o co ci chodzi właściwie?
-Ratujesz małe bezbronne ćpunki? Ekstra, ale może zajmiesz się zarabianiem kasy?!
-Co ci do moich prywatnych spraw?Co się z tobą dzieje?!-Krzyknął na dziewczynę.-Poczekaj na mnie w środku.
-Ja wcale nie chcę...-Przerwał mi krzyk tej dziewczyny na Michaela.-Okay...-Szepnęłam i weszłam do domu.
-Jesteś głodna?-Spytała jego mama (chyba?).
-E... Nie,nie... Dziękuję.
-Co się dzieje?-Spytała spoglądając na mnie.
 Chrząknęłam i popatrzyłam na nią.
-Chyba... się kłócą... Jakaś Mela i Michael.
-O... A to coś nowego.-Wyjrzała za okno.
 Po pięciu minutach Mich wrócił, i odłożył zakupy na blat.
-Dziękuję, kochany jesteś.-Podziękowała mu i spojrzała się na mnie. -Może powiesz mi, jak ma na imię twoja koleżanka?-Zapytała a ja dostrzegłam zakłopotanie w oczach Micha.
-Nina.-Uśmiechnęłam się.
-Chodź.-Pociągnął mnie biorąc jakieś kanapki ze stołu i poszliśmy na górę.-Przepraszam za Mel. Nie wiem co ją ugryzło...
-Nie, w porządku.
-Zamierzasz się głodzić?
-Nie do końca, ale jeśli mnie nie odwieziesz, nic nie tknę.-Zaśmiałam się.
-Jak ZJESZ to cię odwiozę.
-Szantażu nie uznaję.
-Tym razem nie masz wyjścia.
 Niechętnie zjadłam dwie kanapki, które swoją drogą były bardzo pyszne.
-Czemu znalazłaś się w takim miejscu, jak tamto? -Spytał.
-Pokłóciłam się z mamą i pojechałam do swojej przyjaciółki,Caroline. W prawdzie mieszka niedaleko... A kiedy wyszłam się przewietrzyć... ktoś mnie gonił. Nie wiem kto...-Skłamałam, ale nie szło mi najgorzej.- Chciał mnie zabić, bo widziałam go drugi raz i za pierwszym mówił mi, że mnie znajdzie. A za tym drugim mamrotał coś pod nosem, że...
  Oho! Moja droga, zagalopowałaś się! Nie mówię nic dalej. O nie... 
-Co dalej?-Powiedział ciekawy i jednocześnie przerażony... zdziwiony...?
-Nie... Nie pamiętam. Uderzyłam głową o ścianę... no i nic...
-Uhm...-Kiwnął głową niepewny mojego nagłego zakłopotania.
-To... Mógłbyś mnie odwieźć?
-A gdzie chciałabyś, bym cię podwiózł swoją limuzyną?
 Uśmiechając się odpowiedziałam: - Cztery ulice stąd.
-No, to nie tak daleko jak mówiłaś.A jaki numer domu?
-Dam ci za benzynę, a numer, to 13.
-Na pewno nie przyjmę od nikogo kasy za benzynę.
-Okay. To chodź. -Wstałam i popędziłam do samochodu.

 Jechał w miarę bezpiecznie, ale czasem miałam śmierć przed oczami. Jak potrafił czasem wyhamować, lub (PRAWIE) przejechał przechodnia, starszą panią, która była zbyt leciwa by nawet przyśpieszyć kroczku. Nie wiedziałam, jak mam bezpiecznie usiąść, bo jak przyśpieszył, myślałam, że zaraz stanę się częścią tego fotela.
-Dwa razy tylko oblałem.
-Nie no, jeździsz super.Serio.
-Powiesz mi o co pokłóciłaś się z mamą, Nino?-Znów pojawił się na jego twarzy uśmiech.
-Dotarł list, z Julliard...
-Wow,wow,wow! Julliard?!
-Tak... Ale zadzwoniła mama. Powiedziała, że się nie dostałam. A kiedy wróciłam do domu, znalazłam ten list... przeczytałam go. Czarno na białym było napisane Została Pani przyjęta ... . Nie mogłam uwierzyć, co właśnie uczyniła moja matka. Wściekłam się, wzięłam swoją część rzeczy i ... trafiłam do Caroline.
-Brak mi słów.
-Mi też.
-Więc, Julliard? To Nowy Jork.
-Tak, ale nie idę tam. Na razie. Może kiedyś.
-No co ty? Twoja strata. Grasz fenomenalnie.
-Dzięki...-Uśmiechnęłam się.
 Kiedy stanęliśmy przed domem mojej przyjaciółki poczułam jak Michael się na mnie patrzy.
-Co się tak gapisz?-Parsknęłam śmiechem.
-Bo lubię patrzeć na pięknych ludzi.
-O mój Boże!-Szepnęłam, śmiejąc się pod nosem.
-Postanowiłem nie odmawiać sobie prostych życiowych przyjemności.
-Z tym ośmielę się nie zgodzić. Wcale nie jestem piękna. Gram fenomenalnie - tak... Nie chwaląc się ani nic... Muszę iść. Pewnie przyjaciółka umiera z tęsknoty. Cześć.
-Cześć.
 Kiedy weszłam do domu,Caroline prawie mnie nie rozszarpała, a ja tylko ją przytuliłam, czując się tu tak bezpiecznie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz


Gada teraz: