Przyszłam do szkoły zmęczona, moja twarzy była nadal mokra od łez, które jeszcze spływały mi po policzku. Zmierzałam korytarzem jak zombie, nie zwracając na nic uwagi. Nikt mnie nie obchodził. Miałam dość. Caroline o niczym nie wie, cudem udaje mi się unikać rozmowy. Charlie radzi sobie lepiej, dzięki swojej ukochanej dziewczynie, ma dla kogo jeszcze żyć. Ma matkę, która kocha go straszliwie, młodszego braciszka... a ja? Mój brat dalej walczy, a matka nie chce mnie znać, bo wybrałam marzenia. Jestem sama. Zaczęłam się przyzwyczajać.
Ostatniej nocy zaćpałam się jak tylko mi się udało. Inni teraz mi sprzedali, ale równie w porządku co poprzedni. Nie pytali o nic, jeden z nich miał dziwne czarne oczy, tak jak wtedy David. On także mnie przestał obchodzić, nawet czekałam na to, aż mnie zabije, czy dopadnie. Miałam to gdzieś.
Czułam się fatalnie, nawet śmierć mogłam do siebie dopuścić. Chciałam być przy ojcu, przy kimś, do kogo jestem tak bardzo przywiązana. Nie radziłam sobie z jego odejściem, nigdy przecież czegoś takiego nie czułam. To było dla mnie straszne. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, miałam nadzieję, że zdążę z nim pogadać, że jeszcze wróci do domu tuląc mnie do siebie jak jego małą dziewczynkę. Jeszcze na mnie pokrzyczy, że zrobiłam to,to i jeszcze to. Ale tego już nie będzie... jeśli do niego trafię... to na pewno go spotkam. Chcę tam być.
Na lekcji pan Lachowski zorientował się, że coś brałam, to było widać, jednak nie gołym okiem. On akurat był wychowawcą klasy która była jedną z nielicznych ćpunów palaczy itp. Miał doświadczenie, wiedział jak to wygląda i co z tym zrobić, jednak zaszokowało go to, że to właśnie mnie taką zobaczył.
Wróciłam do domu, a tam postanowiłam zrobić coś, by znaleźć się u taty. Nie wiedziałam co mogę zrobić, czułam się przez jego śmierć zagubiona, ale musiałam do niego trafić. Chcę tam być. Tu mnie nic a nic nie trzyma. Caroline ma Charliego. Da sobie radę beze mnie. Charlie tym bardziej.
Szłam lasem i znów czułam to samo dziwne spojrzenie co wtedy tamtego wieczoru. Kiedy Michael mnie znalazł. To samo spojrzenie, ale nie bałam się. Nie miałam ciarek na plecach, nie chciałam uciekać. Stanęłam i spuściłam głowę. Łza spływała mi po policzku, czułam jak się zbliża. Ktoś chuchnął mi w szyję. Odgarnął włosy i zaśmiał się przerażająco.
-Tak myślałem, że sama przyjdziesz... Przykro mi z powodu ojczulka... a nie, czekaj, jednak nie.-Uśmiechnął się i rzucił mnie na drzewo. Odbiłam się plecami i spadłam na dużą warstwę śniegu. Jęknęłam i złapałam się za biodro. Całe moje plecy miały zdartą skórę.
-Nie wyślę cię jednak do niego, nie teraz... Nie spełniam marzeń. Ja je niszczę. A zachciało mi się zrobić ci z życia takie piekło, o jakim nie śniłaś. Idziesz ze mną. To nie daleko, nawet nikt nie będzie wiedział, gdzie jesteś.
Powlókł mnie gdzieś. Do jakiegoś mieszkania na poddaszu. Katował mnie jak psa, ale ja trzymałam się tej myśli, że skatuje mnie na śmierć.
-Tej nocy nie zaśniesz -Szepnął kiedy leżałam na ziemi a z mojej głowy leciała krew.-Postaram się o to, żebyś cierpiała tak jak nigdy w życiu. Odechce ci się nawet ruszyć palcem. Miłej zabawy.-Mrugnął do mnie.
Usiadł na mnie okrakiem i nożem zaczął robić małe ranki na moim ramieniu. Krzyczałam ale po dłuższej chwili przestałam. Ból był nie do wytrzymania, przecież nożem przecinał mi skórę dosyć głęboko. Łzy spływały co sekunda po policzkach. Jednak nadal chciałam umrzeć. Musi mnie zabić. Chcę do swojego ojca... jedyną osobę, która mnie obchodzi, która mnie kochała... Która jest dla mnie najważniejsza na świecie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz