poniedziałek, 10 listopada 2014

Od Niny

 Zeszłam na dół zakładając na siebie o rozmiar za dużą koszulę w kratkę, której moja mama nienawidziła. Właśnie przyrządzała mi śniadanie, co mnie zdziwiło. Zawsze to ja to robiłam, a ona spała, bo na dziesiątą szła do pracy. Lily usadowiła się wygodnie na blacie, a moja mama zganiła ją ruchem ręki. Jednak ona miała to gdzieś. Czasem miałam wrażenie, że ten kot przenosi się do innego świata, jest gdzie indziej myślami i nie słyszy, co się do niego pokazuje. Ja też tak czasem mam, lubię myśleć, marzyć, a potem ''gdzieś to opisywać. Prowadzę swój pamiętnik, ale na szczęście nikt o tym nie wie. Nie chcę, by ktoś wiedział, że siedemnastoletnia dziewczyna pisze pamiętnik. To dziecinne? Może, ale mi to pomaga. Caroline wie o mnie prawie wszystko, oprócz właśnie tej jednej rzeczy. Jak mówiłam, nikt o tym nie wie. Ale czasem miałam wrażenie, że ona wie więcej o świecie niż ja... Ale przecież, co takiego może być, czego ja, wkuwająca codziennie kujonka może nie wiedzieć o świecie? Caroline jest jak mój obrońca, tak jak Charlie. Ale myślę, że obydwoje powinni zająć się sobą nawzajem, bo coraz bliżej im do wspólnego szczęścia. Może się mieszam w ich sprawy...
  W ogóle...
  Mieszam się...?
-Cześć mamo.-Przytuliłam ją.-Co się stało, że tak wcześnie zerwałaś się na nogi?
-Lily chyba budzi tylko mnie. Zapomniałam zamknąć drzwi. Co dziwniejsze, nie jest wcale głodna.
 Uśmiechnęłam się i pogłaskałam ją między uszami.
-A ty znów w tej koszuli!-Machnęła ręką mama.- Miałam ją wywalić...
-To koszula taty,mamo.-Wzięłam miskę płatków czekoladowych i usiadłam przy blacie.
 Mama lekko posmutniała. No... Nie radzi sobie z nieobecnością ojca, ja też nie. Jego koszula jest tym co mi po nim zostało. No i buty, które zostały pogryzione przez psa sąsiadów. Omijam ten dom szerokim kołem, bo nie raz ten paskudny pies pogonił mnie do domu kiedy wracałam ze szkoły. Raz wpadłam w błoto. Akurat to mi nie przeszkadzało, bo od dziecka kochałam taplać się w błocie. Tak, byłam dziwaczna. Na dodatek byłam takim świntuchem, że nawet jedzenie wpakowywałam na stolik i próbowałam układać ludziki z paćki dla małych dzieci. Miałam wtedy trzy lata... A kiedy osiągnęłam lat pięć stałam się... no... normalna.
-Kochanie...-Przysiadła się do mnie mama i spojrzała w oczy.-Ja wiem, że ojca nie ma... I może nie być... Ale...
-On żyje i będzie żyć.
-Ehm... Mini...
-Mamo, tata... tata żyje... Klaus także.-Spuściłam wzrok i zaczęłam szybko wcinać płatki, by ulotnić się i uniknąć tej nieprzyjemnej rozmowy.
-O ojcu nie mamy wiadomości od miesięcy... A zawsze wcześniej je dostawałyśmy. Od Klausa była wiadomość dwa miesiące temu.
 Zerwałam się z krzesła i zabrałam torbę ze sobą. Założyłam buty i wyszłam z domu ruszając (jak zwykle) na około, bo nie chciałam być znów ścigana przez dobermana dwie ulice. Sąsiedzi nie uznają czegoś takiego jak pies w domu, a także jak pies na łańcuchu. A to, że mają wielką dziurę w płocie ich nie obchodzi.
 Kiedy doszłam do szkoły, od razu skierowałam się kawałek w lewo, gdzie był park. Tam byli znani mi dilerzy. Zawsze mieli dobry towar, a kiedy ja sobie nie radziłam z problemami, przychodziłam... brałam... wszystko było lepsze.Podeszłam do Sylwka. Znałam jeszcze pozostałą dwójkę, a oni znali mnie. Jednak dawno mnie nie widywali.
-O... No,no,no... Któż to taki?-Mruknął Sylwek.
-Mam nadzieję, że masz to co zawsze.-Zignorowałam jego spojrzenie.
-A ty kasę.
 Bez słowa podałam mu kasę a on podał mi to co zawsze. Uśmiechnął się i pokręcił głową.
-Nie czaje, jak możesz brać coś tak mocnego i skąd masz tak grubą kasę. Rodziców masz bogatych...
-Mówiłam wiele razy, nie rozmawiam z nikim o rodzicach. Po szkole też tu bądźcie. Przyjdę znowu z kasą. I pamiętajcie, nie widzieliście mnie tu.
-Oczywiście ślicznotko.-Uśmiechnął się i mi pomachał. Kątem oka zobaczyłam, jak się zwijają.

 W szkole Caroline i Charlie, a nawet David który wiedział sporo o dilerce itp. niczego nie zauważył.Ale czułam się dobrze. Było super! Czułam szczęście... może było sztuczne, ale mnie to nie przeszkadzało. Zanim to wzięłam w kiblu popłakałam się jak idiotka. Tak! Martwię się o ojca. Przecież to oczywiste, że nie żyje, a ja biorę najlepszy towar jaki mają ci kolesie i myślę, że sprawa jest załatwiona. Mam to w nosie, jak to wygląda. Dla mnie to uniknięcie okrutnej prawdy i rzeczywistości.
-Co ci jest?-Uśmiechnęła się Caro nagle wyrywając mnie z zadumy i bajania gdzieś tam w obłokach.
Ja tylko się zaśmiałam.
-Nic... Przypomnia...ło... mi się... coś... Co... widziałam... w nec...necie...-Powstrzymywałam śmiech, a Caroline zmrużyła oczy i spojrzała się na Charliego.
-Aaaaahhhhhha....-Kiwnęła głową zaniepokojona.
-Spoko! Jest super.
  Ostatnia lekcja...
  Jeszcze...
  Taaak... Idź. Nikt nie zauważy...
 Znów te dziwne głosy, które towarzyszyły mi po wzięciu czegoś. Machnęłam na to ręką.
-Wiecie co... Idźcie na lekcje, zaraz przyjdę.
 Odeszłam i powolutku ruszyłam do parku. Nie pójdę na ostatnią lekcje... pieprzyć to. Usiadłam na ławce na końcu wielkiego parku i ... poczekam godzinę, aż przyjdzie jeden z nich i przyniesie mi to, na co czekam. Spuściłam głowę. Nie chciałam wyjść na ćpunkę... Nie jestem nią... To, że biorę jest uzasadnione. A raz, drugi, czy dziesiąty nie zaszkodzi. Inni biorą to cały czas i żyją. Ja to biorę bo mam gorszy dzień... ale dzięki temu jestem szczęśliwa. 16.00... zaczęło się ściemniać. To dobrze. Jeszcze godzina i mam to, na co czekam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz


Gada teraz: