środa, 31 grudnia 2014

Od Annabeth 3.Pożegnanie?

  Weszłam do pokoju hotelowego czując, jak Lee odprowadza mnie wzrokiem. Weszłam do pokoju mojego i Kat, a tam wszyscy rzucili się na mnie szczęśliwi, ale zastanawiali się, jak to się stało, że tak nagle się pojawiłam.
-Nie martwcie się o mnie, jestem tu, ale musze naprawdę szybko się pakować...
-Co?-Szepnęła Kat - gdzie się wybierasz?
-Musze wyjechać... na jakiś czas. 
-Wracasz, już nas zostawiasz?-Parsknął Szron.
-Słuchajcie, musicie stąd wyjść. 
-Ale jak to?
-Proszę. Musicie wyjść teraz. Nie oglądajcie się za siebie, ja muszę się spakować... Proszę wyjdźcie... Nie mam czasu na wyjaśnienia. 
-Ale...
-Chodź.-Odciągnął ją Szron, który zauważył, że coś jest nie tak po moim spojrzeniu. Kat nic nie podejrzewała. 
   Wyszli, widziałam przez okno jak szli gdzieś dalej. Wiedziałam, że Cole może znajdować się tutaj w tym mieszkaniu, ale nie miałam czasu na to, by nad tym rozmyślać. Wzięłam swoją torbę, spakowałam tam dwa ręczniki, szczoteczkę do mycia zębów, perfumy i ubrania które wydawały się najpotrzebniejsze. Musiałam wziąć prysznic, ogarnąć się... ale zostało mi tylko dwie minuty, a wątpię, żeby Lee nie był punktualny.  Zależy mu na czasie, a ja wolałam się go słuchać. 
   Kiedy miałam wychodzić oczywiście, jakby inaczej mogło być, z pokoju wyszedł zaspany Cole. Matko, ja to mam szczęście,nie?!
   Chciałam wyjść, ale on mni zatrzymał. Nie wiedziałam co mam powiedzieć bo pewnie i tak by nie posłuchał. Próbowałam się więc przepchać, ale nie pozwoliło mi jego umięśnione ciało. 
-Lepiej mnie przepuść...
-Lepiej nie...-Nachylił się i złapał mnie mocno za ramiona. Krzyczałam. 
  Czułam, że jest już po czasie. Nagle do pokoju wparował Lee, pierwszy i chyba ostatni raz ucieszyłam się na jego widok. 
-A ty kim niby jesteś?
-Przykro mi, ale musisz ją puścić.
(Tak, to ten moment moje panie... xD!)
-Nie jest twoją własnością. 
-Słuchaj, mam spluwę, chcę strzelić, ale trzyma mnie fakt,że trzymasz Anę, więc jak jej nie puścisz, to cię zabiję i po sprawie.Proste jak ulica sezamkowa.-Powiedział nad wyraz spokojnie nawet uśmiechnął się lekko.
-Okay,okay...-Puścił mnie a ja podeszłam do Lee. 
-No i pięknie. Teraz, zdechł pies.-Wtedy strzelił. 
 Krzyknęłam zamykając oczy. Zabrał mnie z pokoju jak najszybciej i wpakował do samochodu. Pytałam czemu to zrobił, byłam roztrzęsiona. Wtedy jakby coś się w nim... przełamało...? To było dziwne. 
-Ana spójrz na mnie.-Nie chciałam.-Spójrz...-Delikatnie ujął mój podbródek i skierował moją twarz w swoja stronę.-Od teraz krew i strzelanina będzie jedną z naturalnych rzeczy które będziesz widywać. 
-Czemu mnie nie wypuścisz?
-Bo nie mogę. Jesteś ważna dla nas. 
-Dlaczego? Co ja wam zrobiłam, że mnie porywacie?
-Nic. Dopiero możesz coś zrobić dla nas. 
-Nie chcę dla was nic robić...
-Domyślam się, ale zaufaj mi, dobrze? Proszę, postaraj się mi zaufać, bo teraz ratuję ci życie. Będę to robić. Zaufaj mi raz, a obiecuję, że nic ci nie będzie. 
 Kiwnęłam głową. Nie wiem, czemu to zrobiłam. Po prostu... Tak.
 Jechaliśmy teraz do Mii, bo go o to prosiłam. Zgodził się, ale dał mi tak samo - dziesięć minut. Czekał w recepcji. Wiedziałam, że to nie są żarty i muszę się śpieszyć.
  Kiedy weszłam do mieszkania Mii bez  pukania wystraszyła się, ale na mój widok rzuciła mi się w ramiona. Dopiero teraz poczułam głód jaki we mnie narastał, chciało mi się pić. Miałam dość. W jej ramionach czułam, że mogę odpocząć. Nie mogłam jednak zostać dłużej. 
-Ana! Jak ty tu dotarłaś... jezu... wyglądasz okropnie...
-Wiem,wiem... Słuchaj. Nikomu nic nie mogę mówić, ale obiecaj mi, że nikomu nie powiesz...
-Obiecuje...!
-Wpakowałam się w poważne kłopoty. Musze odejść, ale wrócę. Będziemy miały kontakt, mam telefon. Będziesz mogła dzwonić kiedy chcesz. Tylko obiecaj, że nikomu nie powiesz, że mam kłopoty. Moje życie jest zagrożone. 
-Co?!
-Ciii...-Szepnęłam.-Mia, kocham cię siostrzyczko, tylko nikomu nie możesz nic powiedzieć,dobrze? Wrócę, ale ty też jesteś w niebezpieczeństwie. To wszystko robię by chronić najbliższych i siebie, rozumiesz? Przyszłam cię zapewnić, że wiem co robię. Do póki ja żyję tobie nic nie grozi. Bądź spokojna... Jesteśmy w kontakcie. Jadę na policję powiadomić, że jestem. 
  Wyszłam nie czekając na pytania mojej przyjaciółki. Nie mogłam. Załatwiałam to sprawnie i szybko. Jak musiałam. 
  W policji zrozumieli mnie i wszystko pozałatwiałam. Potem wyjechałam z miasta gdzieś dalej. Lee wiedział gdzie jedzie i co robi. Ufałam mu na tyle...
   Znalazłam się w jakiejś opuszczonej fabryce, widocznie tam miał się spotkać z Sebastianem. Weszłam wraz z nim, potem tylko przysłuchiwałam się rozmowie. 
-Nie zabronisz mi zabijać...
-Zabronię ci zabić ją.-Powiedział ostrym tonem Lee.
-Ja tu wydaję rozkazy, jasne? Braciszku, nie kwestionuj moich poleceń i decyzji...
-Ona nie zasługuje na to, byś ją traktował jak resztę. 
-Reszta jest taka sama jak ona. Teraz będzie pod twoją opieką. Jesli coś wywinie, wiesz, że masz ja zastrzelić. To twoja specjalność. Prawda?
 Lee zacisnął zęby i szepnął
-Tak. Prawda.
-No.-Uśmiechnął się.-Teraz jedziesz do siebie.-Mrugnął do niego Sebastian a wtedy Lee wyszedł bez słowa. 
  Kiedy dojechaliśmy do jego domu na obrzeżach jakiegoś miasta, pokazał mi gdzie jest łazienka i gdzie będę spać. 
  Był zły na brata. Byli braćmi... Nic mnie już nie zdziwi... 

Od Annabeth 2. Nieoczekiwana zmiana planów

 Haha, UWAGA!
 Nie zwracajcie uwagi na tekst pod gifem (You killed my fish)! Jak go zobaczyłam to się uśmiałam...! To może znaleźć się w późniejszych opowiadaniach... Ale nie wiem, zobaczymy ! Piszę na żywioł :)
 A, Klaudek, wkręcę Mię w swój plan, jeśli ci to nie przeszkadza, ale to za jakiś czas, muszę rozkręcić akcję :) 
Jeśli coś ci nie pasi ten tego to pisz! :) Nie zepsułabyś mi tym planów, nic by się nie zmieniło, jak coś ! :D 
_____________________________________________

 Siedziałam w jakimś magazynie i wsłuchiwałam się w radio, kiedy już kolejny raz Hugo (prowadzący stację), mówił o moim zaginięciu, a nikt się nie zgłosił i nic nikt nie wie. Moi znajomi nie przestawali się poddawać, jak mówił. Był wywiad z Kat, ze Szronem, z Bronxem... Nawet Mią. Byli bezsilni. Nikt nic nie mógł zrobić, tylko Mia wiedziała gdzie jestem, wiedziałam, że wróciłaby tu, tylko nie sama. Bałaby się, wiedziałam to. A nawet ja bałabym się o nią. Nie jest tu bezpieczna, Joseph znów by ją złapał. 
  Na górze usłyszałam kroki, potem jakąś rozmowę. Strzał, a następnie krzyki Josepha i śmiech jakiegoś innego mężczyzny. Nie słyszałam nic, ale kiedy spojrzałam przez okienko w piwnicy, zauważyłam ładny czarny lśniący samochód, bez ani jednej ryski. Musiał przyjechać ktoś ważny, albo ktoś okupił bank... 
  Ten ktoś nie był raczej z Francji bo mówił po Angielsku. Rozumiałam wszystko, słowo w słowo kiedy zaczęli schodzić na dół. W samochodzie nikogo nie było. Wyłączyłam radio jak najszybciej i wtedy wszedł jakiś wysoki facet około 24 lat, potem drugi, patrzył się na mnie tak dziwnie... Obydwoje byli w smokingach, wyglądali jak jacyś gangsterzy. Ten pierwszy miał odpięte dwa guziki białej koszuli. 
   Na końcu Joseph, który był jak widać zadowolony widząc mnie w takim stanie. Ten pierwszy podszedł do mnie i pokręcił głową niezadowolony. 
-Policja już węszy... Wiesz, jeden przyszedł tu po ciebie. 
A więc to strzał który słyszałam, był wymierzony w policjanta... Boże. Jeden człowiek przeze mnie zginął, ilu jeszcze? Nie zamierzam nikogo pakować w to bagno, a już na sto procent nie przyjaciół.
 Nic się nie odzywałam, bałam się, serce biło mi jak oszalałe. Mieli dwa pistolety po jednej i drugiej stronie. Byli nieźle zaopatrzeni, czekałam na strzał w moją głowę.
-Umowa była inna...- zaczął ten drugi. Był wyższy od tego, który do mnie mówił, jak mi się wydawało. Przewrócił oczami jakby powtarzał coś kilka razy małemu dziecku - Miała być cała pieprzony gnojku. 
-Sa...Sama się o to prosiła, Lee...- Zdziwiło mnie, jak on się ich boi. Myślałam, że działają wspólnie.
-Zamknij pysk. Prawda jest taka, że nie wykonałeś naszej prośby, a wiesz, z czym to się wiąże...-Westchnął spokojnie.
 Ten drugi zatrzymał go i przerwał. Ten.. zdaje się, Lee, miał strzelić prosto w jego głowę.
-Nie teraz. Policja się nim zajmie. 
-Po...Po...Policja?-Wycedził Joseph.
-Tak... Widzisz, przez to, żeś wypuścił Mię, która też miała trafić w nasze ręce... Policja poszukuje jej - wskazał na mnie Lee - a więc jeśli uciekniesz stąd, to my cię dopadniemy, no i strzelimy ci w łeb, rozumiesz?-Uśmiechnął się. 
 Kiwnął przerażony głową.
 Ja bym uciekła. Czy on wierzy w te bajki, że niby go złapią? Albo są tak niebezpieczni, że aż się ich naprawdę boi, wierzy im, że go znajdą i zastrzelą.
  A więc Mia też była im potrzebna... Musze wiedzieć, o co im chodzi. Będzie mi łatwiej zrozumieć sytuację, no i nie wyrywać się. Chociaż sama byłam przekonana, żeby lepiej wykonywać ich polecenia, jak potem sam powiedział mi to Lee.
  Podszedł do mnie a ten drugi zajął się rozmową z Josephem. Wypytywał go o to gdzie jest Mia, gdzie mieszka, jakim samochodem odjechała. Modliłam się, by nic o niej nie mówił. 
-Teraz słuchaj to, co ci powiem. Robisz tylko i wyłącznie to co ci każemy. Nic Mii się nie stanie, jeśli tylko nic nie spieprzysz. 
-Zostawicie... ją... w spokoju...?-Spytałam przerażona siląc się na każde słowo. 
-Kiedy mamy ciebie, ona jest zbędna. Kiedy ty zrobisz coś, co spowoduje, że będę musiał przedziurawić twój łeb wtedy... raczej Mia zacznie być naszym obiektem zainteresowań. Rozumiesz?
 Kiwnęłam głową a on położył mi dłoń na ramieniu. Przeszły mnie ciarki. Nagle on się zatrzymał, patrzył na mnie jakby zastygł w miejscu z lekkim uśmiechem. Wpatrywałam się w niego ze zdziwieniem, a on nagle ocknął się i szepnął.
-Nie martw się, na razie nic ci nie grozi. O ile wszystko przejdzie z godnie z planem. 
-Czemu... tak... zastyg...zastygłeś...?
  Westchnął i szepnął mi na ucho. 
-Widziałem cię przed chwilą w wielkiej kałuży krwi, a ty byłaś martwa, twoja czaszka wyglądała jak sitko. Lała się z niej krew, mm... Pycha. 
  Przeszedł mnie odruch wymiotny. On wstał bez słowa śmiejąc się pod nosem i ten drugi zarządził odjazd. 
  Nagle Lee znów zastygł. Co on ma jakieś ataki... czegoś?! Przerażały mnie jego zachowania tego typu, wyglądało to dziwnie... przerażająco. 
-Zmiana planów.-Zarządził Lee. 
-Co?-Spojrzał na niego jego towarzysz.-Słuchaj, ja tu wydaję rozkazy.
-Jakiś pierdolony policjant właśnie tu jedzie, przed chwilą widziałem go jak zapieprza tutaj radiowozem. Jeśli on - wskazał na Josepha - weźmie nasz samochód i podjedzie tyłem. Zejdziemy na dół i wyjdziemy tylnymi drzwiami. W razie czego dostanie w łeb kulką.
-Dobra. Bierz kluczyki. Nie zarysuj mi go. Masz trzy minuty.
 Kiedy Joseph wyszedł z pomieszczenia i schodził schodami, ten drugi w garniaku podszedł do okna i obserwował, czy nikt nie jedzie. Skąd oni wiedzieli, że zmieniło się moje miejsce pobytu...? Jestem w jakiś magazynach daleko za miastem, daleko od domu Josepha... A policja tak szybko mnie znalazła?
-Psy nie chcą odpuścić - szepnął - Zrobimy tak, by byli pewni, że jesteś bezpieczna i że się odnalazłaś. Zapewnisz ich, że wszystko w porządku, pokażesz się znajomym, potem powiesz, że musisz na jakiś czas wyjechać. 
-Jakiś... czas?
-Nie wiem ile cię nie będzie, może na zawsze. Jeśli wszystko dobrze pójdzie ujdziesz z życiem.
-Albo jak Sebastian będzie miał zachciankę cię zabić, to nie wrócisz. -Uśmiechnął się Lee trzymając w gotowości pistolet na zbliżającego się policjanta. 
-Jak to... zachciankę?
-Jak nie będziesz nam już potrzebna.-Sprostował Lee.
-Podjechał.-Powiedział Sebastian.-Idź Lee. 
  Złapał mnie mocno za ramię i pociągnął w stronę drzwi.
-Czekaj...-Mruknął Sebastian - Tu masz lepszą broń. 
 Wyjął ze skrzyni jakąś wielką broń. Lee uśmiechnął się ale potem spoważniał. Widzę, że Joseph ma jakąś niezłą broń, jest handlarzem, a dla nich chyba ma co nie co. A mnie przetrzymywał bo tak kazali im oni. 
 Sebastian wrócił do okna, a potem szepnął, że radiowóz właśnie stoi pod magazynami. Lee załadował broń i kazał mi trzymać się za sobą. Tak zrobiłam. Nie chciałam by kolejny policjant został zastrzelony, ale było też dwóch innych. Jak się okazało, to nie był problem dla Lee. Starał poruszać się bezszelestnie, by wyprowadzić mnie z budynku. 
 Kiwnął głową w bok by dać mi znak na to, bym poszła w kierunku drzwi. Policjanci poszli w inną stronę, przeszli do innego magazynu obok a Lee poprowadził mnie do tylnego wyjścia. 
  Dopiero jak przechodziłam koło niego zauważyłam ładny obraz za nim. Pewnie kosztuje sporo... Nie dziwię się, że Joseph ma tyle pieniędzy i taki ładny dom... Wiadomo, skąd czerpie pieniądze. 
 Wyszliśmy z magazynu idąc do samochodu. W środku Joseph siedział jak na szpilkach obawiając się, że znajdą jego cenną broń której było tam mnóstwo. Lee zaśmiał się i klepnął Josepha i powiedział  by wyszedł i wziął swój samochód i oddał go Sebastianowi. Tam zrobił. Lee przeszedł na siedzenie kierowcy i odjechał. 
-Gdzie jedziemy?
-Do Paryża po twoje rzeczy. Musisz zapewnić wszystkich że jesteś bezpieczna.
-Ja nie kłamię...
-Przepraszam aniołku, ale musisz, bo inaczej będe musiał sięgnąć po inne środki. 
Westchnęłam.
-Umiesz grać?
-Hm?
-Pytam się czy umiesz grać?-Spytał prowadząc samochód z niewyobrażalną prędkością. 
-Nie... 
-To powiedzmy sobie tak, zaczynasz teraz lekcje aktorstwa. Udajesz, że jest wszystko w porządku. Będę czekać na dole w recepcji, będziesz miała dziesięć minut, przedłuży się, wchodzę, zastrzelam ich i wychodzimy, zrozumiano?
-Tak...
-Grzeczna dziewczynka.-Kiwnął głową. 
  Czuję, że będzie to ciężki dzień... 

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Od Annabeth 1. Nadzieja...

Jednak napiszę!
Dla was wszystko :D ! :* <3
_________________________________________

  Leżałam trzymając się ledwo na nogach. Chodziłam w kółko próbując się uspokoić,ale nie udawało mi się. Nie widziałam Josepha przez dwa dni, a to oznacza coś złego, lub dziwnego. Czyżby próbował mnie zagłodzić czy coś? No, nie dostawałam nic a nic od tych dni kiedy on zniknął. Nie przeszkadzało mi to, kiedyś sama się głodziłam, w psychiatryku. To długa historia, a ja nawet nie mam ochoty o tym rozmyślać...
  Do piwnicy wszedł Joseph i podał mi radio, o które go prosiłam. Skoro mam tu siedzieć, niech chociaż da mi coś do posłuchania co się dzieje w świecie lub chociażby posłuchać jakąś nutę. Zbliżył się do mnie i zacisnął w dłoni radio, po czym wycelował mocno w brzuch. Zabolało, bo czułam jak dostałam dosyć ciężkim radiem w swoje kruche żebra. Zacisnęłam zęby i jęknęłam cicho, jego to ucieszyło... Cieszył go fakt, że mnie boli. Sprawia mi ból jednym dotknięciem.
  Wyszedł a ja włączyłam radio. Dobry był tu przekaz... dziwne. Nie zastanawiałam się nad tym tylko usiadłam po drugiej stronie pomieszczenia by mieć widok na okno i szukałam czegoś, co by mnie zainteresowało.
 W radiu mówili, o  zaginionej dziewczynie. Biedna. Zaraz,zaraz... Informacje o wyglądzie dziewczyny... o tym, że szuka ją przyjaciółka... te informacje były jednoznaczne. Mowa była o mnie! Zdziwiłam się... Przecież mnie policja tu nie znajdzie! To zadupie, nie wiem czy są tu jakieś domy w pobliżu! Boję się, że źle zrobiła... Jak Joseph się dowie... Ugh... Nie wiem, co mi zrobi za to, że Mia powiedziała wszystko policji. Ale... z drugiej strony tak czy siak mnie ktoś tu znajdzie, ktoś, kto kojarzy jak wygląd tego domu choć trochę, albo Kat zareaguje... Szron... Mia może wróci z odsieczą?
  Byłam zadowolona, miałam nadzieję, że mnie ktoś tu znajdzie. W radiu prosili o pomoc, uśmiechnęłam się słabo odgarniając włosy z twarzy. Podeszłam do okna, uchyliłam je, wzięłam głęboki wdech... Świerze powietrze... jak dobrze... Niedługo stąd wyjdę.

Od Mii

Pod kamienicą mojej cioci spotkałam Luca. Byłam prze szczęśliwa!
-Luc!
-Mia co sie stało?
-Ana.. moja przyjaciółka. .została porwana! Mnie też przetrzymywał ale wypościł! Chodzi mu tylko o nią! On jest dziwny! To psychopata! Ana zgubiła sie w lesie w okolicach Paryża. Po paru dniach kiedy ten ktoś ja śledził uprowadził ja! To chłopak... trzyma ja w domku niedaleko przy ulicy! -mówiłam bardzo szybko.
-Spokojnie.. trzeba powiadomić policję.
-Co? Tak! Właśnie! Czemu na to nie wpadłam?!
Szybko wyjęłam telefon..
-Nie.. pojadę na komisariat! Pojedziesz ze mną?

Niecała godzinę potem byłam z Luc'em w komisariacie.
Weszłam do pokoju a mój towarzysz został na korytarzu. Był jakiś nieswój.
-Comment puis-je aider?-zapytał.
-Ne savent pas comment très français.-odparłam.-Je peux anglais.
-To całe szczęście że i ja trochę umiem angielski.
-Ufff.. bo tak.. moja przyjaciółka została porwana! Zabłądziła w lesie. Ten chłopak.. on ja śledził i obserwował. Porwał ją.. ja ja szukałam i mnie także uprowadził jednak wypuścił bo chodzi mu tylko o nią.
-Wiesz jak wygląda ten mężczyzna?
-Tak.
-Musimy zrobić portret.
Przyszedł rysownik a ja mu mówiłam każdą cechę wyglądu porywacza. Dodatkowo chcieli zdjęcie Any wiec im dałam. Na szczęście miałam przy sobie taki. Byłam na nim ja i ona.. zwiedzałyśmy wtedy Paryż.  Powiedziałam im gdzie nas przetrzymywano. Mieli zacząć od razu poszukiwania. Mieli nie informować o wszystkim.
Opuściłam komisariat wraz z Luc'em.
-Dziękuję że przyszedłeś tu ze mną.
-Nie ma sprawy. Mówiłem że lubię pomagać innym.
-Oby nic jej ten typ nie zrobił.
-Będzie dobrze. Zobaczysz.
-Eh... jak ja mogłam do tego dopuścić?
-To nie twoja wina.
-Zawsze jest moja wina!
-Nie prawda.
Uśmiechnęłam się.
-Dziękuje.
-Za co?
-Za wszystko. Ledwo co sie znamy a ty bezinteresownie mi pomagasz.
Luc sie uśmiechnął.. zauważyłam w jego oczach dziwny błysk jednak to zignorowałam. Nagle sobie o czymś przypomniałam. Cholercia! Miałam oddać na policje ten durny naszyjnik! Dobra.. jak poczeka jeszcze parę dni nic sienie stanie.
-To jak? Jedziemy ratować twój związek?
-Nie wiem. .czy jest na to czas.. Ana..
-I tak nic nie zdziałasz.
-W sumie. No dobrze. Tylko zadzwonię do ciotki.
Upewniłam ciotkę Fan ze wszystko jest dobrze. Nie zamartwiałam ja porwaniem. Powiedziałam że przez parę dni będę u koleżanki. Musiałam skłamać. Jednak najważniejsze by sienie martwiła.
Pojechałam bryczką wraz z Luc'em na stacje kolejową i czekaliśmy na pociąg. Bardzo sie stresowałam!
Siedząc już w pociągu wyjęłam z kieszeni zdjęcie moje i Luka.


Byliśmy razem tak szczęśliwi.. 

Od Luca

Trzeci dzień. Trzeci dzień jej nie było. Trzeci dzień krążyłem bez celu pod miejscem jej zamieszkania.
- Damn! - zakląłem pod nosem - Tak to jest gdy wyciągasz do kogoś pomocną dłoń. Olewa cię.
Rozzłoszczony kopnąłem kamień, który wpadł na ulicę.
- Uważaj kochanieńki - pouczyła mnie jakaś starsza babcia - Jeszcze jakiś samochód..
"ble ble ble" - gadanie. Udałem, że jej słucham i kiwnąłem parę razy głową, ale tak naprawdę byłem daleko poza tą ulicą.
 Czemu ona mnie tak zlała? Może byłem zbyt nachalny? Narzucałem jej się? Zbyt szybko wyjechałem z tą pomocą?
 A wydawała się taka miła...
Postanowiłem jeszcze chwilę poczatować, a nuż się coś wydarzy....
Lecz w tej właśnie chwili zadzwonił mi telefon.
Zmarszczyłem brwi.
Nieznany numer.
Odebrałem po chwili.
- Halo? - spytałem z wahaniem.
- Luc, dziecko! - doszedł mnie ze słuchawki znajomy głos.
Chrząknąłem.
- Mama...? - spytałem bez sensu.
- Oczywiście że ja kochanie. Spodziewałeś się kogoś innego?
- Ehm no... w zasadzie to...
- Posłuchaj synu! - przerwała mi w pół zdania - Wiem od babci przyrodniej siostry wujka kuzyna ciotki Lidki, że jesteś w... Paryżu!
Babcia przyrodniej siostry wujka kuzyna ciotki Lidki... Boże...
- Ehm no tak... - mruknąłem.
Świetnie.
- No to co ty tam jeszcze robisz! - krzyknęła mi do ucha podnieconym głosem - Przyjeżdżaj nas w odwiedziny!
- Ale no... Mamo...
- Ja już zaprosiłam Oktawiana z ciotką Felicją, wspomnianą ciotkę Lidkę z dziećmi i mężem, Klausa i Dorotheę... Pamiętasz Klausa prawda? No i jeszcze Konstantego...
- Mamo - przerwałem jej w recytowaniu kilometrowej listy gości - Na co "zaprosiłaś" ?
- Jak to na "co" ? Na przyjęcie powitalne!
Ugięły się pode mną nogi. Westchnąłem. 
- Ale ja nie mogę, bo Mia... - no i masz. Wygadałem się.
- Mia?! Mia?! Jaka Mia?!
- Znajoma - mruknąłem zrezygnowanym tonem ściskając sobie nasadę nosa.
 - Znajoma...? Ach znajoma! To wspaniale przyprowadź ją do nas.
- Ale gdy ona....
- Ustaliłam datę po jutrze, bądźcie oboje. Koniecznie! 
- Mamko,gdy....
- Dobrze synu ja już kończę, muszę zacząć sprzątać dom i przygotowywać ucztę... Do zobaczenia!
Z westchnięciem odłożyłem telefon... O najsłodszy Jezu...
Odwróciłem się zrezygnowany i przygnębiony ruszając w stronę miejsca swojego lokum, gdy nagle zauważyłem pędzącą dziewczynę.
To była Mia.
A na dodatek pędziła prosto na mnie z przerażeniem w oczach i gotowością do działania.
Czyli coś jednak musiało się stać...

Od Annabeth

  Usłyszałam kroki, zesztywniałam i zamknęłam oczy. Leżałam na ziemi na kocu, jaki był tu rozłożony.
-Właź! 
-Wypuść mnie!
-Nic ci nie zrobię, jesteś tu, żeby mnie nie wydać. Wypuszczę cię jak tylko ta twoja Ana zacznie lubić to miejsce.
-Jesteś nienormalny!
 Zamknął drzwi bez słowa a ja poderwałam się na równe nogi. Spojrzałam na dziewczynę, nie mogłam uwierzyć, że to Mia! Wpadłam jej w ramiona i rozpłakałam się ponownie. 
-Jesteś...-Szepnęła tuląc mnie do siebie. 
-Mia... Nie chodziło mi o pakowanie się w kłopoty ze względu na mnie! Czemu przyjechałaś sama?
-Przyszłam...
-Z buta? Jeny, dziewczyno... Jesteś taka jak ja ale nie wiem skąd masz ten spokój.
-Akurat się tego typa nie boję. Widzę, że nic mi nie zrobi, a ciebie mogę ochronić... jakoś.
-Mia, nie da się. Z nim jest coś nie tak...-Odsunęła się ode mnie śmiejąc się.
-To wiem, no i?
-No i ? Kiedy rozmawiałam z tobą, odwróciłam się plecami. Kiedy na niego spojrzałam, patrzył się na mnie jakby chciał mnie zabić... Myślę, że to raczej nie jest normalne, że tak nagle zemdlałam, jakby tego chciał...
-Daj spokój! Co ty! Nie ma sił nadprzyrodzonych.
-Wiem, ale to było dziwne. 
-Zgadzam się...
-Słuchaj, on niedługo mi coś zrobi... Przyjdzie po mnie i zabierze, potem wrócę. Ale nie stawaj w mojej obronie.
-Czemu?!
-Bo ciebie nie skrzywdzi, tylko mnie. 
-Co za palant!
-Tak... 

  Stałam przy ścianie obserwując dzień przez kraty w oknach z piwnicy. Prowadziłam bezsensowną wymianę zdań z Mią, ale i tak z nią było tu lepiej. Byłyśmy tu razem od kiedy ona się zjawiła, przez trzy dni. Zżyłyśmy się ze sobą bardziej niż można było by przypuszczać. 
-Anioły?-Spytała.
-Nie... - skrzywiłam się - hmm... Bóg?
-Tak. A ty?
-Oczywiście.-Kiwnęłam głową.-Tylko czasem mam wrażenie, że ma nas w dupie... 
-Życie po śmierci?
-Nie. 
-Ja wierzę. Ale wiesz, nie chodzi mi o coś, gdzie mieszka się w zamku z chmur... Wierzę, że COŚ jest.
-Może coś jest...
-Jestem głodna... dawał ci coś do jedzenia?
-Kromka chleba na śniadanko obiadek i kolacyjkę.
-O Boże... 
-Tobie da coś lepszego.
-Podzielę się z tobą jak nie będzie widział. 
 Uśmiechnęłam się i spojrzałam przez okno. Zniknął uśmiech, nastał niepokój. 
 Jak my się stąd wydostaniemy...?

  Na następny dzień Joseph przyszedł i zabrał Mię. Widziałam przez okno jak rozmawia z nią dosyć ostro. Uchyliłam okno i słyszałam kawałek rozmowy.
-Wsiądziesz w samochód. Nikomu nie powiesz, że ona tu jest. Wrócisz tam skąd przyszłaś i zapomnisz o niej. Wsiadaj. Masz szansę.
-Ale ja nie chcę jej opuszczać! Ana! Ana! Wrócę!
-Nie, nie wrócisz. 
  Mia spojrzała się na niego mściwie i wsiadła do samochodu. Powiedziała, '' zobaczymy'' i odjechała. Joseph wszedł do mnie... bałam się... Zachowałam twardą minę ale w środku krzyczałam o pomoc. Mia wróci, musi wrócić... 

niedziela, 28 grudnia 2014

Od Mii

Zdziwiłam sie że Luc chce mi pomóc ale miło z jego strony. Najważniejsze ze wie gdzie jest to całe Bordeaux.
-Za dwa dni sie spotkamy? Luk wtedy będzie jechał do tego miasteczka..
-Dobrze. To za dwa dni o 14 na stacji kolejowej.
-Dorze. Jeszcze raz dziękuje.
Pomachałam mu przechodząc przez ulicę. Kiedy dochodziłam do kamienicy gdzie mieszkała moja ciotka.. zadzwoniła Ana.
Jej nagłe zakończenie rozmowy oraz treść jaką mi przekazała.. sprawiła że byłam przerażona. Jak ja w ogóle mogłam dopuścić by tyle i sama błąkała się po lesie?!
Nie znałam dobrze Paryża... to znaczy sam Paryż znałam ale nie okolice. Jednak.. coś mi świtało. Niedaleko był duży obszar leśny. Tam ciotka z rodzicami zabierali mnie czasem na grzyby jak byłam mała.
Włączyłam nawigację GPS w telefonie i kierowałam sie do lasu. Był oto trochę daleko jednak wszystko zrobię by odnaleźć przyjaciółkę.
Kiedy już wkroczyłam do lasu uważnie rozglądałam się.
Szłam.. szłam.. szłam.. zaczęło sie ściemniać. Super! Jednak czego sienie zrobi dla przyjaźni? Obym tylko ja sie nie zgubiła!



Zaczęłam wchodzić coraz głębiej w las. Niepokoiłam się. Na szczęście miałam pełna baterie i nawigację GPS. Po godzinie błąkania sie po lesie wyszłam na jakąś drogę. Mozę Ana poszła nią? Zaczęłam iść. Po paru zakrętach zobaczyłam chatkę. Może gospodarz widział Anę?!
Zapukałam w drzwi jednak nikt nie odpowiadał. Uchyliłam je i zawołałam.
-Hallo? Jest tu ktoś? Przepraszam? HALLO!!!
Nikt nie odpowiadał. Odwróciłam sie i aż bym upadła jednak chłopak który okazał sie stać za mną złapał mnie i uchronił przed owym upadkiem.
-Przepraszam jeśli panią wystraszyłem..
-Nie szkodzi.. to ja przepraszam. Mia jestem.
-Mia?-coś zabłysło w jego oczach.
-Taaak?
-Ładne imię. W czym mogę pomóc?
-Szukam przyjaciółki. Zabłądziła w lesie. Od paru dni nie może odnaleźć drogi do domu. Szukam jej.
-Jak wygląda?
-Ładna, blondynka. Szczupła. Annabeth.
-Nie widziałem takiej..
-Szkoda.. jak z nią rozmawiałam przez telefon to spotkała jakiegoś chłopaka.. pożyczył jej telefon by do mnie zadzwoniła. Myślałam że to ty może jesteś tym chłopakiem.
-Przykro mi.. Życzę by odnalazła sie twoja przyjaciółka. .cała.. i zdrowa.
Uśmiechnęłam sie i zaczęłam iść dalej.. Był jakiś dziwny. Nagle.. obok domku zobaczyłam na trawie.. ślady. .tak jakby coś było ciągnięte po ziemi. Na drucie wystającym z ziemi było coś zaczepione. Nachyliłam się i podniosłam to. Okazało się że jest to skrawek materiału. Był mi dziwnie znajomy. Nagle mnie olśniło. Ana miała z takiego materiału bluzkę.. i nawet kolor sie zgadzał. Była tu.. albo.. o nie.
Odwróciłam sie ale było za późno. Ciemność.

Od Annabeth

IDE PISAĆ JOŁ MEN MADAFAKA
KLAUDIA MA....
MAŁEGO PTAKA
!

________________________________

  Błądziłam już drugi dzień. Nie wiedziałam teraz gdzie jestem, byłam na jakimś polu. Chociaż tyle... Ten nieznajomy nie będzie mógł mnie obserwować. Telefon nadal nie działał, a ja chciałam by choć na minutę bateria była naładowana, choć jedna kreska. 
  Dobiłabym się do Mii... Gdziekolwiek. Wiedziałam, że jestem niedaleko Paryża, ale nie znając terenu i języka jak trafię do hotelu?
  Na przeciwko pojawił się kolejny las. BOŻE! No bez przesady ile tego jeszcze?! Miałam wrażenie, że się oddalam... Od cywilizacji... Może zostanę pustelnikiem? 
  Zobaczyłam kogoś koło lasu, obserwował mnie, ale nie zastanawiałam się ani chwili i podbiegłam do mężczyzny. Zdziwił się kiedy zobaczył moje rany na rękach od zadrapań, jednak nie obchodziło mnie to.
-Znasz Angielski?-Wysapałam zmęczona.
-Tak.-Odparł.
-Potrzebuję pomocy... Naładować telefon... no i trafić do Paryża. Mogę zadzwonić z Twojego? Tak w ogóle... Ana jestem.-Przedstawiłam się.
-Joseph. Tak... Proszę.-Podał mi telefon a ja nie czekając wykręciłam numer. 
  Oczywiście, do Mii. Kat nie miała telefonu, zgubiła go. Albo Szron jej zabrał. Nie wiem o co mu chodziło... Ale nie ważne ...
  Mia nie odebrała. Wydzwaniałam non stop... Wreszcie się  do niej dobiłam. 
-Mia! 
-Ana? Co to za numer?
-Spotkałam na tym zadupiu jakiegoś chłopaka... pożyczyłam telefon... mam chwilę. Przyjechałabyś po mnie? Nie wiem... gdzie... jestem...
-Coś nie tak?
-Źle się czuje...
-Będę  po ciebie, tylko nie wiem gdzie jesteś...
-Spytaj się kogoś... jest tu dużo lasów... 
  Odwróciłam się w stronę Josepha. Patrzył na mnie jakoś... dziwnie. Jakby chciał mnie zabić. Milczałam, czując się coraz gorzej.
-Ana? ANA! ODEZWIJ SIĘ PROSZĘ!
-N...n... p...pomó...ż... mi... 
  Upuściłam telefon i zemdlałam. 

  Obudziłam sie w jakimś pomieszczeniu. Bolała mnie głowa, byłam głodna... Zastanawiałam się gdzie jestem. Odebrano mi telefon, co mnie zdenerwowało. Boże! Znów próbowałam być miła, ktoś mnie wykorzystał i zabrał gdzieś... Oby Mia mnie znalazła.
  Rozkleiłam się.
-A jak mnie nie znajdzie...-Szepnęłam.
 Do środka wszedł właśnie Joseph. Zmierzył mnie wzrokiem, tak, jak to zrobił Cole... wtedy... na imprezie. 
-No,no... Tyle czasu błądziłaś po lesie, łatwy cel sobie wybrałem, nie uważasz?
-C...Co ty wygadujesz...?-Wycedziłam cofając się. 
-Nie ma stąd ucieczki, chyba, że sam cię nie wypuszczę, a tak się nigdy nie stanie. Teraz jesteś moja.
-Co...?! Jesteś... nienormalny... Puść mnie!
Zaśmiał się i pokręcił głową.
-To tuż przy samej drodze, nikt się nie domyśli, że tu jesteś, nawet ta twoja przyjaciółeczka czy kim ona tam jest. Przyjdę później, wtedy się tobą zajmę.
 Wyszedł a ja zaczęłam uderzać w drzwi i drzeć się w niebo głosy. Bałam się. Usiadłam pod ścianą i prosiłam, by Mia mnie odnalazla... 

Od Luca

 - Znalazłeś mnie - zaskoczona otwarła usta.
- Znalazłem cię - przytaknąłem rozbawiony.
  Staliśmy na rogu Rose Street i  Avenue de l'Indépendance ( Alei Niepodległości).  Mia uśmiechnęła się nieśmiało.
- Nie wiedziałam, że ty tak poważnie...
- Ja zawsze poważnie - mrugnąłem do niej.
- Nie masz co robić, że chcesz mi pomóc? - spytała pół żartem pół serio.
- Mam - odparłem - Muszę ratować świat.
Spojrzała na mnie błędnym wzrokiem nie wiedząc czy ma to uważać za żart, czy za prawdziwą odpowiedź. Wreszcie roześmiała się cicho uznając to za pewne za pierwszą opcję i podparła się pod boki.
- Słuchaj... Szanuję to, że chcesz mi pomóc, ale... myślę, że najlepiej będzie jak poradzę sobie z tą sytuacją sama - popatrzyła mi przepraszająco w oczy - Nie gniewaj się, ja...
- Calmez - vous cher - przerwałem jej cmokając - Jeśli Francuz upatrzy sobie cel....
- ... to musi go wykonać, tak wiem - dokończyła przewracając oczami - Ale naprawdę nie wiem w czym miałbyś mi pomóc.
- Nie wiadomo do czego mogę się przydać - mrugnąłem do niej.
Nagle zadzwonił jej telefon. Mrugnęła do mnie przepraszająco i odebrała.
- Tak?
- Mia! - dobiegł mnie kobiecy głos z słuchawki - Jednak plany się zmieniły.
- Jak to... Zmieniły? - wyszeptała pobladłymi nagle wargami.
- Nie bój się kochanie. To tylko nieznaczące zmiany. Zamiast do Paryża lecą do Bordeaux.
Bordeaux... Jeździłem tam kiedyś z ojcem do magazynów...
- Czemu tak? - spytała już trochę bardziej uspokojona.
- Przyjaciel ojca tej Diany ma tam bogatą posiadłość i winnicę. Chcą się zaszyć w spokojnym miejscu, lepiej się poznać... Wiesz o co chodzi.
- Yhm.... No dobrze. Dzięki mamo...
- Nie ma za co złotko. Pospiesz się. Mam nadzieję, że ci się uda i wrócicie z Lukiem. I wreszcie założycie prawdziwą rodzinę.
- Też mam taką nadzieję - powiedziała cicho i rozłączyła się po chwili - Tylko skąd ja mam wiedzieć, gdzie jest to Bordeaux..
- Ja wiem - mruknąłem.
Urodziłem się w wiosce niedaleko.
Uśmiechnęła się.
- No to jednak może mi w czymś pomożesz....  - mruknęła pod nosem i ruszyła w stronę pasów.

sobota, 27 grudnia 2014

Od Annabeth

Zaspamuję wam moimi opowiadaniami gdyż z niewyjaśnionych przyczyn nie ma ani KLAUDII ani AN to postanowiłam nie zwlekać i sama coś nabazgrać bo mimo tego, że weny brak, coś pisać trzeba, ja bynajmniej czuję taką potrzebę. Chociaż nie mam o czym pisać jest git! Daję radę, a was nie ma. 
 Co wyście sobie wczesnego sylwka odjebały? :D
 Nudzi mi się, a bez was jako tako czuję, że stoję w miejscu... 

________________________________
  Błądziłam po lesie i nawet nie mogłam znaleźć drogi. Szukałam jej, ale wydawało mi się, że idę w sam środek najgorszego miejsca w tej ''puszczy'' z której nie umiałam wyjść. Miałam takie przeczucie, że zaraz stanie się coś niedobrego, a jednak myliłam się. Była jedna kreska baterii, nie wiem, jak to możliwe bo przecież telefony się same nie ładują... ale wykorzystałam sytuację. Zerknęłam na zasięg - jedna kreska!
 Ucieszyłam się, może ktoś mnie stąd wyciągnie, albo w najgorszym wypadku nie znajdzie. Miałam cztery nieodebrane wiadomości od Mii... Matko, biedna... Martwi się o mnie...
  Tak na marginesie, ja o siebie się jeszcze bardziej martwię...
   Zadzwoniłam nie czekając do mojej przyjaciółki Mii. Odebrała po pierwszym sygnale. Czułam przerażenie w jej głosie, była zmartwiona.
-Gdzie jesteś?!
-Wiesz... Em...-Zadrżałam zdając sobie sprawę, że zaraz zrobi się ciemno a wtedy umrę ze strachu.-Zgubiłam się...
-Co?Gdzie?
-W jakimś lesie... wyleciałam na jakieś zadupie za Paryżem nie wiem jak nie wiem kiedy ale chyba to z powodu jakiegoś... nie wiem... strachu przed...- stop! Dalej nie brniemy... Nie musi wiedzieć o mojej historii z Cole'em i to, co się ze mną stało... dlaczego taka jestem... dla innych. - Nie ważne. Jestem w lesie, padnie mi zaraz bateria i jestem głodna i spragniona bo jak Boga i Matkę kocham boje się i coraz bardziej wkręcam sobie, że jakiś pan z siekierą na mnie poluje.
-Boże... Znajdę cię...
-Nie,nie. Poradzę sobie sama. Jeśli nie znajdę jakiegoś domu i kogoś kto mi pomoże, i nie wrócę za dwa dni możesz zacząć mnie szukać. Tylko mam nadzieję, że znasz te okolice...
-Nie... Nic z poza Paryża nie znam...
-Świetnie... Dobra, dam radę. Dwa dni - pamiętaj.
-Powodzenia...
-Dzięki... Kocham Cię, wiesz?
 Zaśmiała się odreagowując.
-Ja ciebie też siostra.
-Korzystam z zasięgu i baterii... Jak z Lukiem?
-Wiesz, nie wiem, czy to dobry pomysł.
-Skoro ci zależy to walcz. Nie wiedziałam, że aż tak kochasz jego okrutną osobowość.
-Okrutną?
-Tak... Lekceważy taką fajną dziewczynę...
-Walczyć?
-Tak! Jak najbardziej, spróbuj! Bez względu na wszystko, na okoliczności w jakich jestem, będe cię do swej śmierci wspierać. Chociaż nienawidzę facetów...
-Czemu?
-Nie powinnam o tym opowiadać... To bolesne i trudne.
-Może ci ulży?
-Nie moge...  tym myśleć. Zaraz się ściemni, poszukam jakiegoś domu.
-Od kiedy tam jesteś?
-Zaledwie dzień, jak nie dłużej. Straciłam poczucie czasu. Boże... Boje się... Jestem przerażona do granic mozliwości POMOCY!
-Nie znałam cie od takiej strony...
-Udaję wredną, Mia.
-Dlaczego?
-Bo nie mam zaufania do ludzi, niszczy mnie co druga poznana osoba... Boje się życia, tak boje się! Przyznaję. Nienawidzę Paryża, bo jest tu wiele zadufanych w sobie francuzów...
-Wmawiasz to sobie, nie uważasz tak.-Stwierdziła.
-Masz rację...-Jęknęłam.-Nie wiem kim jestem, co ze sobą chcę zrobić. Uciekam od wszystkiego.
-Ze swoimi uczuciami i racjami musisz radzic sobie sama.
-Dzięki... Leć do Luka. Bądź twarda i nie daj się. Jesteś najlepsza.
-Tak! Masz rację! Idę, teraz!-Usłyszałam jak zbiera się i zakłada buty.
 Potem padł mi telefon.
 Przerażona do granic możliwości zaczęłam płakać i wołać o pomoc, jednak nikt mnie nie słyszał. Zacisnęłam zęby i próbowałam powstrzymać łzy. Rozejrzałam się w okół i widziałam tylko drzewa. Jeszcze było jasno, ale i tak się bałam.

 Spacerując po lesie znalazłam jakąś opuszczoną chatę - tak wyglądała. Weszłam do środka wołając, czy ktoś tu jest. Było tam łóżko, nie takie zwykłe, tylko takie z trzema kocami i dodatkową podartą kołdrą z wymiętą poduszką. Pod ścianą stał zepsuty telewizor,termos i jakiś dziwny stary aparat, który był włączony.
 Dotknęłam termosa by sprawdzić, czy jest ciepły. Był. Przeszedł mnie dreszcz. Zesztywniałam, zaczęłam się bać. Wróciły obrazy z imprezy, moje krzyki i jego, wyzywał mnie, bił, katował. Był okrutny, traktował mnie gorzej jak psa. Mówił, że chce mnie zmęczyć, by mieć ''bezproblemowy dostęp''. Nikt mnie nie... słyszał... nikt...
  Spokojnie Ano... Przezwyciężysz to...
-Uch! Nie mogę! Nie,nie nie!-Wydarłam się zadrapując sobie ręce do krwi, wbijając paznokcie w skórę.
 Krew pojawiła się szybko, moje ręce były w... czerwonej gęstej substancji... Krwawię...
 Kucnęłam i spojrzałam na jakieś zdjęcia na aparacie. Przeglądałam je, a potem... nie mogłam uwierzyć. Na zdjęciach... byłam ja... Jak krzyczałam wołając o pomoc, jak rozmawiałam przez telefon...
 Rzuciłam aparat i zakryłam usta dłonią. Drżałam, nie wiedziałam co mam teraz zrobić. Powstrzymywałam się od krzyku, czułam, że nie jestem tu bezpieczna. Ktoś mnie obserwował, robił zdjęcia... Jestem sama w wielkim lesie na jakiejś wsi. SAMA. O Boże... Musze kogoś znaleźć... Może ktoś będzie przechodził tym lasem... poproszę o pomoc. Musze kogoś znaleźć.
 Tak też zrobiłam. Wybiegłam z chaty i podążyłam dalej. Byłam wyczerpana, nie byłam sobą. Wyglądałam jak zombie szukający pożywki. Jak ćma podążająca za światłem. Szeptałam ''jest tu ktoś... pomocy...Proszę...''  - Tak w kółko. Miałam serdecznie dosyć samotności i życia w tym strachu. Byłam cała lodowata, trzęsłam się z zimna, bałam się bo nieznajomy mnie pewnie teraz obserwował. Może zaatakować... cokolwiek. Moje ręce były zakrwawione, drapałam je dalej,wbijałam paznokcie. Bolało. Ale zastąpiło mi strach i przerażenie. Płakałam bez przerwy, byłam aż czerwona od łez, głowa mnie bolała, ale musiałam kogoś znaleźć... nie odpuszczę. Muszę...

czwartek, 25 grudnia 2014

Od Annabeth

Szukałam portfela ale nic z tego.  Byłam załamana do granic możliwości.  Dokumenty zaginęły... boże!  Jestem w rozsypce.  Kat bywała u mnie często czasem notowana ale  rzadko.
  Kiedy użalałam się nad sobą do mieszkania zapukał ktoś energicznie i mocno.wstalam zmasakrowana cała czerwona jak burak od łez i otworzyłam drzwi. Zdziwił mnie widok Szrona który wkurzony stał w progu po chili wtargnął do pokoju zdeterminowany. Za nim wkroczył Bronx i ... matko... Cole...
Nikt oprócz Kat nie wiedział i tym co zaszło między mną a nim. Cofnelam się o kilka kroków a Szron od razu mnie uspokoił.
-Gdzie jest Kat?
-Wyszła do sklepu.
-Kiedy? Za raz będzie.  SZRON ona jest tu szczęśliwa...
-beze mnie.
-Nie. Kocha cie tylko nie chciałeś jej puścić samej. Wiec...
-Jasne rozumiem.
-Ej... daj spokój.-Uśmiechnęłam się.
Kiedy Kat wróciła Szron poszedł z nią gdzieś a Bronx i Cole siedzieli i gadali. Poszłam się położyć w pokoju. Byli głośno wiec zamknęłam drzwi które były uchylone. Zasnęłam kiedy akurat reszta wróciła. 
Usłyszałam kroki jakoś nad ranem. Miałam spuszczone żaluzje i słyszałam tylko ciche skradanie.  Myślałam że to Kat idzie sie polozyc wiec się posunęłam. Ktoś złapał mnie za rękę a potem przygwozdzil do łóżka.  Byłam  przerażona.  Szarpalam się i próbowałam krzyczeć ale Cole mi to uniemożliwił.  Tak to był Cole.
-Dokoncze to co zacząłem w Newcastle na imprezie Kat pamiętasz słonko?
Ja tylko zapłakana Pokręciłam głową. Ugryzłam go w dłoń i kiedy oderwał rękę z moich ust Krzyknęłam. Wyrwałam się próbując dostać się do drzwi ale złapał mnie i uderzył z całej siły w twarz. Do pokoju weszła Kat i Szron zaraz potem Bronx. Byłam przerażona i zapłakana.balam się tu być.  Wybiegłam ubierając się i wyszłam z hotelu. Jak najdalej od niego!!! Usiadłam gdzieś dalej od miasta na trawie i płakałam cala się trzęsłam. Coś w mojej psychice się przestawilo... na pewno powróciły źle wspomnienia i myśl że po mieście chodzi Cole jest dla mnie zabójcza.  Jestem na skraju załamania nawet nie wiem gdzie jestem! Nie ma zasięgu... matko. Poszłam gdzieś za miasto?! Boże nie wrócę... a ja nie umiem francuskiego! Jak się tu dogadać?  Musze znaleźć zasięg. Tylko gdzie mam iść ?! Byłam jeszcze bardziej przerażona.  Zaraz potem padł mi telefon a wtedy moje nerwy siadły. Wlazłam w jakiś las i... koniec. Nie wiem teraz jak wrócić.  Jestem coraz dalej... z każdym krokiem... było mi zimno a na dodatek miałam obraz Cole'a przed oczami. Nie chce wracać do hotelu... co teraz zrobię? !

Od Annabeth

Spotkałam się z Mia. Byłam pozytywnie nastawiona do tego spotkania. Ucieszyłam się na jej widok ale nadal męczyłam mnie myśl o Cole'u.  Ostatnia rzeczą jest widywanie go tutaj. Nie cieszyłam się z tego ze wie gdzie jestem. Nie chce go widzieć a przez Kat jest to trudne.  Może tu przylecieć...
- Nad czym tak myślisz ? -zapytała Mia.
-Mam mały problem wiesz? Na dodatek zgubiłam portfel z dokumentami... -wymamrotalam zrozpaczona. -Nie wiem gdzie je walnełam! 
Rozplakalam się bojąc się ze nie znajdę ich i będę miała problem...
-O matko. Znajdziesz je...
-Nie... to Paryż!  Ktoś znalazł mój portfel dokumenty i pieniądze. ..
-Może ktoś się zgłosi? 
-Mia daj spokój!  Łaziłam po mieście gdzieś mi wypadł nie wiem jak... to brzmi niedorzecznie! Nie ważne dam radę. .. tylko jak nie znajdę ich to... o Boże... no nic. .. a co i ciebie ?
-Myślę cały czas o Luku...
- Skoro tak to wiesz... walcz o miłość.  Szczerze go kochasz... może on ma klapki na oczach? Będę cię wspierać jak tylko będę mogła. 
-Ja ciebie tez.-Uśmiechnęła się. -ciesze się ze cie poznałam...
-Ja też! -Zaśmiałam się. 
Czułam ze ktoś nas obserwuje i nie czułam się z tym dobrze... Zaczęłam się bać ze to Cole... ale miałam nadzieję że nie... modliłam się o to..

Od Luca

 Siedziałem spokojnie na ławce paląc papierosa, kiedy wyszła. Serce mi zabiło. Może właśnie odzyskam naszyjnik!  Pospiesznie zgasiłem peta i wstałem. Mia ruszyła w stronę przystanku autobusowego. Los mi dziś wyjątkowo sprzyjał.
 Po dwóch minutach autobus zahamował z głuchym jęknięciem. Wsiadłem do niego za zamyśloną Mią i oparłem się wygodnie o automat obserwując ją jak grzebie w torebce szukając drobnych.
 Gdy wreszcie wyciągnęła 2 euro i błędnym wzrokiem zerknęła na napisy, uznałem że to pora na moje wejście. Z lekkim uśmieszkiem spojrzałem na nią i celowo przemówiłem po francusku.
- Vous aider?
Zaskoczona i lekko przestraszona otworzyła usta i spojrzała na mnie.
-  Je ne parle pas francais - wydukała robiąc przerwy co każde słowo.
Roześmiałem się.
- A po jakiemu?
Odetchnęła z ulgą.
- Już myślałam, że pan jest rodowitym Francuzem.
- Urodziłem się we Francji, ale umiem mówić po angielsku - mrugnąłem po niej, a potem przeniosłem wzrok na monetę i automat - Pytałem czy pani pomóc.
- Jaka tam pani - żachnęła się - Aż tak staro wyglądam?
Uśmiechnąłem się. Miła była ta Mia. Otwarta i ciepła. Nie to co ta jędza z samolotu..
- Skądże - odparłem i kontem oka zauważyłem wchodzącego do środka kanara. Poznałem go po tym jak pewnym krokiem zbliżał się do kierowcy. - Lepiej pomogę... Ci, zanim ten przemiły pan sprawdzi twój bilet - wskazałem na niego ruchem głowy  i szybko kupiłem bilet i Mii i mi.
 Po chwili już po skasowaniu czekaliśmy obaj na sprawdzającego.
 Łypnął na nas surowym okiem i odszedł po zerknięciu na bilety. Już uspokojony mogłem kontynuować dalszą konwersację.
- A więc mówisz, że nie "Pani"?
- Nie. Mia jestem - podała mi rękę.
- Luc - przedstawiłem jej się.
Zamarła z dłonią w mojej ręce.
- /Luk/ ?
Westchnąłem.
- Nie. /Lik/
Nie powiedziała nic tylko zagryzła wargę i popatrzyła z nagle załzawionymi oczami w dal.
Chrząknąłem lekko zażenowany. Nigdy nie umiałem pocieszać płaczących niewiast. A zwłaszcza niewiast płaczących z powodu złamanego serca.
 Przypomniałem sobie ich rozmowę z wczoraj.
- Chłopak? - spytałem cicho.
Uniosła brwi.
- Nie.. nie wiem... Tak... Nie... To znaczy... Ech... Tak.... - wydukała wreszcie.
- Chusteczkę? - mruknąłem wyciągając paczkę.
- Dziękuję - uśmiechnęła się przez łzy, które już popłynęły ciurkiem po jej policzkach. Nawet z czerwonym nosem i zapuchniętymi oczami była ładna.
- O to mój przystanek - ocknęła się gdy autobus się zatrzymywał. Zerknęła na mnie - Jedziesz gdzieś konkretnie?
- Właściwie... To nie...
- To choć, potowarzysz mi, umówiłam się z przyjaciółką.
- Czemu nie? - uśmiechnąłem się.
Gdy tak szliśmy ulicą, a ja jeszcze raz spytałem o tego Luk'a ona znowu się rozkleiła i zaczęła o nim nawijać całą drogę. Słuchałem w skupieniu. Musiałem zdobyć jej zaufanie i sympatię, tylko tak mogła mi oddać naszyjnik...
- Wiesz co? Pomogę ci - spytałem nieoczekiwanie.
Zaskoczona zerknęła na mnie.
- Znamy się parędziesiąt minut, a ty chcesz mi pomóc w ratowaniu związku?
Wzruszyłem ramionami.
- Czemu nie? Lubię pomagać ludziom - gładko skłamałem. Ale raz kozie śmierć.
- No nie wiem... - mruknęła.
- Zobaczymy - mrugnąłem do niej i w tej chwili na horyzoncie pojawiła się Anabeth. Nie widziała mnie bo stała odwrócona tyłem. W tej chwili zrozumiałem, że jeśli powie ona Mii o tym kim jestem to na pewno ją do mnie zniechęci....
- Dobra, nie będę wam przeszkadzał w spotkaniu - powiedziałem szybko - Zobaczymy się jutro.
- Gdzie mieszkasz?!- krzyknęła jeszcze za mną gdy odchodziłem. 
- Znajdę cię - odkrzyknąłem i szybkim truchtem skierowałem się nad rzekę.

(Julka znając życie wolę cię uprzedzić, zanim napiszesz. Nie oznajmiaj Mii kim jest Luc bardzo cię proszę xDD)

















Od Mii

Spotkanie z Aną było ulgą dla moich nerwów. Na prawde ją polubiłam! U ciotki Fan nie robiłam nic innego jak rysowałam. Kiedy byłam u niej pierwszy raz bardzo spodobał mi się Paryż i zaczęłam rysować. Wtedy kupili mi rodzice sztalugę i farby. No i od tamtego czasu miałam nowe hobby. Miałam już dziesiątki obrazów które walały się po całym domu. Ciotka nie nażekała. Niektóre nawet sprzedała. Nie za bardzo mnie to obchodziło. Właśnie szukałam gumy do żucia w torbie kiedy nagle znalazłam w niej coś co nie było moje! Albowiem znalazłam bardzo drogocenny nqszyjnik! Słowo daje nie wiem co on robił w mojej torbie! Przestraszyłam się nie na żarty! Szybko schowałam go w bezpieczne miejsce. Miałam zamiar zanieść go na policję. Może kiedy ten facet wpadł na walizki na lotnisku jakoś on do mnoe trafił? Nie wiem, oddam go policji i będę miała z głowy. Zrobię to jak najszybciej. Ale jak na razie ukryłam go tam gdzie nikt by go znie znalazł. Dlaczego tak go ukryłam? Moja ciotka ma dusze romantyczki i często bywają u niej nowi goście... Nie znałam ich i nie ufałam im więc wolałam nie ryzykować kradzieży.
Dokończyłam malować krajobraz zza okna i poszłam do kuchni. Nalałam sobie wina i poszłam na balkon. Paryż był piękny. Chciałabym tu zamieszkać na zawsze. Byłam troche podobna do ciotki Fan. Kochałam Paryż oraz byłam naiwna w sprawach sercowych. Ciotka kupiła to mieszkanie jak tylko tu przyjechała. Miał to być tak troche dowód że tu zamierza zostać. Komu chciała udowodnić? Rodzinie. Dlaczego? Bo nikt nie wierzył że jej się uda. A tu prosze. Pracuje w świetnym hotelu, dobrze zarabia i kręci się wokół niej wiele facetów. Mogłaby tylko się w końcu ustatkować. I tym właśnie się różniłyśmy. Ja wolałam się zakochać, wyjść zamąż i założyć rodzinę. Ona wolała życie na kocią łape.
Wypiłam wino i nalałam sobie jeszcze. Nie lubiłam pić jednak wino kochałam. No i to kolejna rzecz która łączy mnie z ciotką.
Nagle zadzwonił mój telefon.
-Tak?
Dzwoniła mama Luka.
-Mia mam nowine. Luk przyjechał do Paryża. Tam jest rodzina tej jego nowej dziewczyny. Przyjechał ich poznać. Masz okazję go odbić!
-Dziękuje mamo.
-wyśle ci adres hotelu w którym się zatrzymają jak i adres rodziny tej całej Diany.
-Dobrze. Zrobię wszystko co w mojej mocy!
Rozłączyłam się a po chwili dostałam wszystkie potrzebne informacje. Mieli przylecieć jutro z rana. Miałam czas by zaplanować "spotkanie" i odzyskanie ukochanego. Jednak... słowa Any troche dawały mi wątpliwości. Zaczęłam sobie zadawać pytanie czy warto walczyć o Luka. Jednak moja naiwność zwyciężyła i postanowiłam zawalczyć. Nie poddam się tak szybko. O nie.

środa, 24 grudnia 2014

Od Annabeth

Pożegnałam się z Mią i umówiłam. Za dwa dni się widzimy, o ile nie zmienią nam się plany co do czegoś, u mnie np. Patrick może kazać brać tyłek w kroki i zabierać się na trening. Jutro pierwszy etap, a ja jestem w rozsypce.
 W domu uczesałam włosy i związałam w kucyka. Tam mi było najwygodniej tańczyć. Założyłam jasne jeansy i białą bluzkę w koronkę, kiedy miałam się zbierać do wyjścia, do mieszkania ktoś zapukał. Przewróciłam oczami mając nadzieję, że to nie ten wariat z samolotu, bo miałam go serdecznie dosyć. Ale ku mojemu zdziwieniu, przede mną stanęła zdyszana Kat z torbą w ręku.
-Kat!-Krzyknęłam i wtuliłam się w nią jak w pluszowego misia, Jelly.
 Tak, miałam swojego białego puszystego misia Jelly. Nie, wcale to nie dziwne, że woziłam go ze sobą...
-No już,już!-Zaśmiała się i próbowała złapać oddech.
 Kat miała cukrzycę. Jej chłopak Szron pewnie nie wie, że przyjechała do Paryża. Nie puściłby jej za żadne skarby tutaj samej. Jest nadopiekuńczy, ale jak słowo daję, kawał przystojniaka. Często się wyzywają, kłócą, ale zaraz później godzą.
 Kat jest moją przyjaciółką od serca, wie o mnie tyle ile nikt inny na świecie. Weszła do mieszkania w zarzuciła brązowymi włosami do tyłu rozglądając się.
-No,no... Jak na Paryż ten pokój jest dosyć mały. Ale przyznam szczerze, syfu nie ma jak u Leona.
-Byłaś u niego?
-Tak, Szron miał coś do załatwienia z nim, weszłam... Bez ciebie ten facet tonie w swoich własnych skarpetkach. Istny burdel, jak Boga kocham.
-Tęskniłam za tobą...-Szepnęłam.
-Oj, dobra dobra! Bo się rozkleję! Dlatego tu przyleciałam! Lot - bomba! Kocham latać, szczególnie podróżować. Byłam u twojej mamy po parę niezbędnych rzeczy - otworzyła czarną skórzaną torbą i zaczęła wyjmować z niej jakieś ciuchy, nie były moje - na pewno ci się przydadzą w PARYŻU.
 Podeszłam do łóżka, gdzie leżała sterta ciuchów. Boże, to nie moje!
-Kat, nie wiem czyje to ale na pewno nie moje.
-Ależ teraz już twoje.
-Mówiłaś, że byłaś u mojej mamy po kilka...
-Tak, ale to inna bajka. Tu są ciuchy od twojej mamy. Musiałam wpaść, zadzwoniła, że zapomniałaś ładowarki do laptopa, a do telefonu jak zgubiłaś, tak twoja mama odnalazła ją za pralką.
 Kocham Cię mamo.
-Dziękuję Ci, ale co zrobię z tymi rzeczami, które wytrzasnęłaś z jakiegoś seks-sklepiku we wspaniałym Newcastle?
-Ty mała niewdzięcznico z Polski! Ja ci tutaj przyniosłam zajebiste rzeczy na podrywy francuzów i jak mi się odwdzięczasz?!
 Roześmiałam się patrząc na swoja przyjaciółkę. Matko, dobrze, że tu jest.
-Ależ dziękuje Ci, kochana, za ubrania, których nawet nie umiałabym na siebie wcisnąć, a ponad to... Nie łaziłabym po Paryżu w tym czymś.
-Ale uwierz, nie przeszkadzałoby im to.
 Rzuciłam w nią poduszką.
-A co ze Szronem? Powiedział, że nigdzie cię samą nie puści... no... a w Paryżu znajduje się dużo przystojnych francuzów.
-Bez obaw, nigdy nie pozwoliłabym ani jednemu się do mnie zbliżyć! Wiem jacy są. Nie raz miałam przygody z tymi psami.
-Psami?-Zaśmiałam się.
-Tak! Niektórzy to wyjątkowe gnidy. Takich to powybijać. Ale nie ważne! Szron kiedy by był ze mną zabił by wzrokiem każdego francuzika.
-Tego jestem pewna. Znam go, wiem, że zamordowałby takich którzy by się na ciebie krzywo spojrzeli. Ale jest w porządku. Kocha cię, może jest trochę zazdrosny...
-Tak, bardzo. Ale rozumiem to. Cole się wypytywał o ciebie.
-Nie chcę mieć nic z nim wspólnego, wiesz o tym. Nie lubię o nim mówić.
-Rozumiem, po tym co ci zrobił. To jest niewybaczalne... Aczkolwiek sama dałabym mu w zęby.
-Kończmy ten temat. Jestem tu i nie chcę o nim rozmyślać.
-Jasne.
 Spojrzałam na zegarek. Poderwałam się szybko zakładając skórzaną czarną kurtkę. Zakładając trampki prawie wyrżnęłam zębami o podłogę. Kat zaśmiała się i zapytała, gdzie się tam śpieszę.
-Randka?!-Pisnęła Kat.
-Nie chodzę na randki.
-No tak... Stara Ana którą znam nie chodzi na randki.
 Uśmiechnęłam się i wyszłam.

 Na treningu dostałam opierdziel od Patricka za spóźnienie. Nie odezwałam się, bo wiem, że byłoby gorzej. Nigdy nie dyskutował z jego ''uczniami''. Wiedziałam, że to nie ma sensu. Zawsze wiedział swoje, no i tyle.
 Z kwaśną miną przebrałam się i wróciłam do zebranej Lux i reszty. Uśmiechnęła się lekko do mnie pociesznie, jednak nie odwzajemniłam uśmiechu. Czułam się tu dziwnie, przytłoczona tymi najlepszymi. Matko, teraz dopadło mnie to, że ja tu nie pasuję. Zaczęłam błądzić wzrokiem po sali, po Lux, która z uniesiona brodą słuchała Patricka.
 Ja tańczyłam z Francisco, który właśnie doszedł do naszej grupy. Czyli on tańczy ze mną. Boże, dajże spokój.
 Kiedy zaczęliśmy, chłopak był bardzo skupiony. Kontrolował moje ruchy jak i swoje, co wybijało mnie z rytmu muzyki jak i tańca. Denerwowało mnie to, że jest taki pewny siebie. Zacisnęłam zęby. Francisco podrzucił mnie a ja wyskoczyłam, wykonałam salto. Wychodziło perfekcyjnie, gdyby nie ostre spojrzenie Lux. Widocznie chłopak wpadł jej w oko, a jej partner nie wystarczał. Znów się zacznie... Była najbardziej zazdrosną dziewczyną jaką znał świat, no, może oprócz Kat. Czasem moja przyjaciółka potrafiła walnąć focha aż włos się na głowie jeżył.
-Co z wami?!-Krzyknął Patrick wyłączając muzykę.-Więcej energii, uczucia! To Paryż, wczujcie się w ten klimat! Poudawajcie, że coś do siebie czujecie!
-Przykro mi, Patrick, ale wątpię, że to wyjdzie. -Westchnęła Lux.
-To zatańczycie i koniec! Przyłóżcie się!
-Patrick, przepraszam... Ale nie mogę.-Odezwałam się wspierając koleżankę.
-Jak to?-Warknął zdenerwowany.
-Każesz nam czuć miłość, jakieś uczucia... Ale to nie ma sensu, nie umiem tego udawać...
-Albo to, albo koniec z waszą karierą, która nawet się nie zaczęła. Macie robić to, co wam każą nauczyciele albo koniec z marzeniami.
-Ale tak się nie da!
-Coś jeszcze Miko?!-Wydarł się.
-TAK NIE MOŻNA!
-Masz problem! Reszcie to pasuje! Prawda?
 Przytaknęli. Parsknęłam a Francisco złapał mnie za ramię.
-Daj spokój...
-Nie dotykaj mnie!-Odsunęłam się od niego.-Mam dość! Jesteś taki sam jak reszta! Myślisz, że uczucia można sobie usunąć kiedy się chce!
-Co ty masz do moich decyzji?! Tańcz jak ci mówię!
-Wykorzystywałeś nas i nadal to robisz! Jesteś nieczułym sukinsynem! Nie liczysz się z nikim, masz innych gdzieś, liczysz się ty i twoja reputacja! Masz gdzieś ludzi i to co z nimi będzie, chodzi tylko o wielkiego wszechwiedzącego nauczyciela tańca Patricka Bell'a! Miałeś gdzieś moją mamę i masz gdzieś innych! Niszczysz marzenia nawet gdyby ktoś zrobił to co byś chciał! Tak jak to zrobiłeś z moją mamą!
 Wrzasnęłam i wparowałam do szatni. Przebrałam się, za mną stanął Francisco.
-Ogarnij się, proszę.
-Zostaw mnie, rozumiesz?! Wyjazd!
Przepchnęłam się przez drzwi i wyszłam.

 Do hotelu wróciłam późno. Była tam Kat która czekała na mnie cały czas. Była blada, a jej palce czerwone od zimna. Widocznie była teraz na balkonie, podziwiała miasto. Złość minęła, a myśl, że zaraz pocieszy mnie i rozśmieszy przyjaciółka, od razu zrobiło mi się lepiej. Później porozmawiałam z mamą, która zdzwoniła, kiedy akurat Kat poszła spać. Udawałam, że wszystko jest w porządku. Rano miałam zamiar pozwiedzać miasto na spokojnie. Tak też zrobiłam...

Od Luca

 Przeczucie mi mówiło, aby nie spuszczać z oczu Any.
I przeczucie się nie myliło.
Siedziałem na ławce i udawałem, że czytam gazetę paląc papierosa. Za ciemnych okularów obserwowałem poczynania Any. Kręciła się przez chwilę niespokojnie wokół chodnika, a potem....
  Zaszokowany zobaczyłem "tą" blondynkę w której torbie prawdopodobnie był mój naszyjnik, która przytuliła się do Any.
- Mia! - krzyknęła Ana na powitanie.
Aha. A więc miała na imię Mia.
Gdy ruszyły wolno aleją, podźwignąłem się z ławki i niepostrzeżenie ruszyłem za nimi, garbiąc się lekko i nie rzucając się w oczy byłem dla Any prawie nie do rozpoznania.
-Znasz Paryż?
-Jego większą część. Nie jestem pierwszy raz u cioci. A ty? Co cię sprowadza do Paryża?
-Mówiłam ci, że tańczę, tak? No, więc mój nauczyciel wybrał kilku najlepszych no i tutaj jest najwyższy poziom. Tu wygra w mistrzostwach tylko jedna osoba.
-Kiedy masz mistrzostwa?
-Za dwa miesiące. Wiele się może zmienić... Mogę sobie odpuścić... Może coś się stać... rozumiesz?
-Tak.
-A co u ciebie?
Wtedy  ta Mia zaczęła nawijać coś o jakimś chłopaku i problemach. Gdy wymówiła imię "Luce" aż przystanąłem zaskoczony. Lecz szybko się okazało że mówi o /Luku/ nie /Liku/ i tu na pewno nie chodzi o mnie.
  Ech te problemy miłosne... Po co się w ogóle z kimś wiązać? 
"Kochać to znaczy niszczyć, a być kochanym to znaczy zostać zniszczonym"
Teraz tylko musiałem się dowiedzieć, gdzie ta Mia mieszka.
Więc gdy Ana o to spytała byłem w niebie.
- U ciotki Fan <podała adres>.
Wniebowzięty odwróciłem się i poszedłem wolno do hotelu.
Teraz mogłem zawitać u niej o każdej porze.
I odebrać swoją należność.

wtorek, 23 grudnia 2014

Od Annabeth

 Byłam zaszokowana. Wpatrywałam się w niego, a dopiero później doszedł do mnie fakt, że stoję przy nim tylko w ręczniku. Przestało mnie to obchodzić, kiedy zdałam sobie sprawę, że wlazł do mieszkania tak po prostu, gdy drzwi były zamknięte na amen.
-Czekaj, jak tu wlazłeś?
-Gdzie naszyjnik?
-Jaki naszyjnik? Odpowiedz mi na pytanie, jak tu wlazłeś?
-Nie ważne jak! Gdzie jest naszyjnik?!
-Nie wiem! Nie było tam żadnego naszyjnika!
-Cholera...
-Koleś, weź wyjdź mi z mieszkania!-Wskazałam na drzwi.
-Nie przeszkadza ci, że stoisz tu przed przystojnym francuzem w samym ręczniku?-Warknął.
 Parsknęłam śmiechem i pokręciłam głową.
-Jezu, wyjdź stąd!
-Dobra,dobra... Piszczko.
 Wzruszył ramionami i wyszedł. Wreszcie! Koniec kłopotów z tym typem. Jezu Chryste, ile on mi problemów natworzył.
 No i ten fakt teraz mnie dobił, że stałam przed nim w samym ręczniku. Boże... Co za facet! I jak dostał się do mieszkania?
 Wyszłam jakoś około czternastej by pozwiedzać Paryż. Nie miałam nic innego do roboty, bo dziś wtorek, więc wolne od tańca i męczących prób. Patrick codziennie by chciał nasz uczyć, jednak już umiemy wystarczająco dużo, żeby dał nam jeden dzień wolnego, raz w roku.
 Kiedy patrzyłam na wieżę Eiffla aż mnie zemdliło. Odwróciłam wzrok i zamknęłam na moment oczy. Miałam lęk wysokości, a kiedy patrzyłam na wielką wieżę aż mną rzucało. Miałam kiedyś okazję pokonać lęk, ale stchórzyłam. Byłam wtedy mała, bałam się.
 Zadzwonił nieznany numer. Zastanowiłam się czy odebrać. Jednak po czwartym sygnale szybko nacisnęłam palcem na zieloną słuchawkę na ekranie.
-Tak, słucham?
-Cześć... Tu Mia...
-O Boże, Mia? Hej! Co u ciebie?
-No... Jestem u ciotki w Paryżu... Wiesz, chodzę po mieście, nudzi mi się więc pomyślałam, że zadzwonię.
 Nie mogłam uwierzyć! Jest w Paryżu!
-Też jestem w Paryżu! Jestem koło wieży Eiffla.
-Naprawdę? Spotkajmy się!
-Z przyjemnością! Gdzie się spotkamy?
-W sumie to zaraz będę przy wieży.
-Dobra, to do zobaczenia.-Zaśmiałam się nie dowierzając i rozłączyłam się.
 Mia trafiła do mnie w trzy minuty. Wiedziała gdzie co jest, co mnie zdziwiło. Poszłyśmy na spacer.
-Znasz Paryż?
-Jego większą część. Nie jestem pierwszy raz u cioci. A ty? Co cię sprowadza do Paryża?
-Mówiłam ci, że tańczę, tak? No, więc mój nauczyciel wybrał kilku najlepszych no i tutaj jest najwyższy poziom. Tu wygra w mistrzostwach tylko jedna osoba.
-Kiedy masz mistrzostwa?
-Za dwa miesiące. Wiele się może zmienić... Mogę sobie odpuścić... Może coś się stać... rozumiesz?
-Tak.
-A co u ciebie?
 Mia opowiedziała mi dokładnie swoją sytuację. Miałam zamiar się z nią bardziej zaprzyjaźnić... Polubiłam ją. A jej sytuacja z chłopakiem wydawała mi się dziwaczna...

Od Luca

 Szczerze? Byłem wściekły. Co za upierdliwy, wredny babsztyl. W samolocie była taka milutka. Szkoda, że jej to minęło...
  Nie wiedziałem co począć. Że tez musiałem na nią wpaść! Teraz mógłbym już odbierać pieniądze za naszyjnik i szukać działki na moją winnicę...
A sadzonka którą - aktualnie - "przechowywała"  Ana była niczym innym jak winoroślą japońską. Zamierzałem skrzyżować ją z innym rodzajem winorośli lisiej i wyprodukować własne, niepowtarzalne wino.
Rzecz jasne ta wariatka musiała mi przeszkodzić w planach.
Postanowiłem poczekać na nadejście nocy.
Wtedy rzecz jasna działałem najlepiej.
 Z reszty oszczędności wynająłem pokój. Gdy już dotarłem do swojego dotychczasowego lokum, rzuciłem kluczyki na łóżko i udałem się do łazienki. Tam wziąłem szybki prysznic i wróciłem do pokoju. Wyszedłem na balkon i usiadłem na balustradzie obserwując Paryż i myśląc.

http://media.giphy.com/media/gUNSxDPuGbYlO/giphy.gif
Musiałem odzyskać sadzonkę! Mniejsza o nią, ale chodzi o ten pieprzony naszyjnik! Musiałem go jak najszybciej spieniężyć i zacząć nowe życie...
 Nawet nie wiem kiedy zrobiło się ciemno. Wieża Eiffla lśniła cudnym blaskiem, jednak ja na to nie zwracałem uwagi. Zszedłem z balkonu i ruszyłem na dół.
Za ladą siedziała urocza brunetka. Usta pomalowała na wiśniowo. Wiedziałem,że szybko ją owinę sobie wokół palca.
- Bonsoir Madame - przywitałem ją i pocałowałem w rękę.
Uśmiechnęła się nieśmiało i strzeliła ciemnymi oczami.
Oparłem się niedbale o kontuar i zacząłem się bawić jakimś ozdobnym aniołkiem przytwierdzonym do  blatu..
-Alors que la soirée va là? - spytałem szarmancko.
-Tranquillement - odparła ze śmiechem - Vous êtes Français? - spytała.
- Si.
- Vous voyez ... et entendez - powiedziała mrugając.
Roześmiałem się i złapałem ją za rękę.
- Écoutez Cutie - powiedziałem poważnie - Voulez-vous me faire une petite faveur?
Już po chwili wiedziałem gdzie mieści się pokój Anabeth, a nawet miałem do niego klucz. Zadowolony z własnego, świetnie działającego uroku osobistego i nabycia nowej znajomości ruszyłem na trzecie piętro.
 Przystanąłem pod drzwiami.
O tak była tam.
Cicha muzyka wypełniała pokój, a podłoga uginała się od rytmicznych skoków i przysiadów.
Postanowiłem poczekać. Gdybym teraz wszedł, na pewno by na mnie nawrzeszczała i zrobiłby się nieprzyjemny raban.
Nie wiem ile czasu siedziałem obok drzwi i wypalałem paczkę papierosów. Wreszcie muzyka ucichła, a woda w łazience zaszumiała.
Uznałem, że to idealna okazja.
Przekręciłem klucz w zamku i wszedłem do środka.

Pokój był dosyć mały, ale przestronny. Ana chyba śpiewała. Nawet ładnie - pomyślałem i zacząłem szukać roślinki.
 Wyrzucałem jej ubrania z szafki i przekopywałem walizkę. Nigdzie!
Serce zaczęło mi się tłuc w piersi. Ona musi tu gdzieś być!
I wtedy zobaczyłem - stała na parapecie. Biedna obeschła...

Doskoczyłem do niej w mgnieniu oka i przytuliłem do siebie.
- Mon bébé - szepnąłem z czułością i rozwinąłem szmatkę.
Wytrzeszczyłem oczy i zacząłem dokładnie oglądać korzenie winorośli.
- Damn! - zakląłem wściekły i przerażony.
Naszyjnika nie było.
W tej chwili w drzwiach łazienki stanęła Ana. W wilgotnych włosach i kusym ręczniku narzuconym na smukłe ciało stała patrząc na mnie przerażona, a cichy śpiew zamarł jej na ustach.
- Co ty tu robisz? - krzyknęła.
Lecz ja nie zwracałem na nią uwagi.
Mój naszyjnik może właśnie w tej chwili oddalał się w czerwonej torbie ode mnie coraz bardziej.
A z nim marzenia i przepustka do lepszego życia.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Od Mii

Stanęłam i zdezorientowana zaczęłam sie oglądać. Byłam w Paryżu. Dlaczego? Rodzice stwierdzili, że tak będzie lepiej. Sądzą, że jak spędzę trochę czasu u cioci Fanny. Ja nie byłam z tego powodu zadowolona. Byłam z daleka od Luka.. a nadal miałam nadzieję że go odzyskam. No i w domu został White a tęskniłam za nim. 
Fanny miała przyjechać po mnie. Nie zdziwił mnie fakt że tego nie zrobiła. Cała ona. Pewnie zapomniała lub po prostu sie spóźni. Wiec co mi szkodzi trochę pozwiedzać? Mam telefon.. ciocia ma do mnie numer.. a widząc to ze ja dzwoniłam do niej i ma nieodebrane połączenia powinna zadzwonić szybko. 
Poszłam prosto przed siebie wzdłuż chodnika. Paryż jest piękny. Byłam tu z cztery razy w życiu a ostatni był z.. 2 czy 3 lata temu. W każdym bądź razie było to dawno. Idąc tak zastanawiałam sie nad swoim życiem. Miałam dopiero 18 lat. Chłopak ze mną zerwała rodzice sie rozwodzą. A czego bym chciała? Tylko spokojnego.. życia przy boku ukochanej osoby. Rodzice przepisali mi całą rezydencje w spadku. Jednak ja jej nie chciałam .Nie chciałam pieniędzy i luksusów. Nie powiem że są złe. Jedni twierdzą że przez pieniądze ludzie do końca nie mogą być szczęśliwi, że w bogatych rodzinach nie ma miłości. Ja jednak twierdze inaczej. Byłam wychowywana w domu pełnym miłości. Nigdy nie odczuwałam ze mogłabym być nie kochana przez rodziców. Miałam co prawda wiele niań jednak rodziców też miałam i nie tylko w pracy bo poświęcali mi wiele czasu. Teraz nie wszystko jednak trochę sie zmieniło. Rodzice przestali sie "tak" kochać.. a Luk przestał kochać mnie. Rodzice przestali walczyć. Może i ja powinnam przestać walczyć o Luka? On nawet sienie stara. dzwoniłam do niego wiele razy. .nie odbierał. Wysłałam miliony wiadomości.. nie odpisał ani na jedną. Tylko z jego mamą i siostra miałam kontakt. Im też zależało na tym bym wróciła do siebie z Lukiem. 
Właśnie przechodziłam przez park kiedy zadzwonił telefon. Dzwoniła ciotka Fanny. 
-Mia gdzie jesteś?-zapytała.
-W parku obok lotniska. 
-Dobrze już podjeżdżam po ciebie. Wyjdź na ulice! 
Tak też zrobiłam. Fanny podjechała po mnie swoim starym ale fajnym samochodem. 
-Wsiadał młoda!
Zapakowałam do bagażnika walizkę i wsiadłam na miejsce pasażera. 
-Spóźniłaś się.-powiedziałam.  
-Nie, to ty przyjechałaś za wcześnie. 
Cała Fan. 
Jak zwykle to ona ma racje i jak zwykle była zapominalska. Pewnie po prostu zapomniała że przyjeżdżam ale już sie nie odzywałam. Kochałam ją. Fanny była siostrą mojego taty.
-Jak tam? Podróż minęła spokojnie?
-Tak ale powiem ci ze macie tu niezłych chuliganów. Jeden wpadł na lotnisko a za nim policjant. 
-E.. pewnie zwykły kieszonkowiec. 
-A ty jak zwykle z lekkością przyjmujesz wszystkie informacje.
Zwracałam sie do niej po imieniu. Nie lubiła jak sie na nią mówiło Pani albo ciocia. Miała dopiero 30 lat a zachowywała sie jak nastolatka. Nawet z tą przeprowadzką do Francji. Jak do tego doszło? Po prostu zakochała sie we francuzie i stwierdziła ze sie tu wprowadzi. Ten związek potrwał chyba z miesiąc lub dwa (to i tak jak na nią sporo) aż sie rozsypał a ona tu została bo nadal czuła mięte do francuzów. Cała ciotka Fan. 

Od Annabeth

 Wściekła podeszłam do Luc'a i zmrużyłam oczy. Jego stan był naprawdę niepokojący, ale i tak nie zamierzałam oddać mu jego pieprzonej rośliny. 
-Ty, francuziku.-Zawołałam go kiedy ten odchodził.
-Czego?
-Mam twoją roślinkę. Wiem o co ci cały czas chodzi. 
-Oddaj ją.
-Nie będziesz mi rozkazywać.-Zaśmiałam się.
-Oddaj kurwa. 
-Nieładnie tak mówić.-Mruknęłam słodkim głosikiem.
-Gdzie to jest?-Warknął groźnie. 
-Dobra, przestań mówić takim tonem, poważnie... Twoja ''rzecz'' jest u mnie w pokoju. Wyjęłam ją z torby kiedy weszłam do hotelu. 
-Jest ważna, oddaj mi ją!
-Wsadziłeś mi to gówno a mogłam mieć kłopoty! Nie oddam ci tego. 
-Sam wejdę do twojego pokoju i to wezmę.
-Jest zamknięty. Boże! Nienawidzę francuzów. Wszyscy jednakowi, myślą, że im wszystko wolno. 
-Masz ją, to mi oddaj.
-Znalezione nie kradzione.
-Dzieciak.
-Przerośnięty pieprznięty francuz ćpun.
-Zamknij się i oddaj mi to co należy do mnie.
-N I E. Ile mam mówić? 
-Bo co? Sama chcesz?!
-Nie hoduję gówna.-Szepnęłam.-Nie dostaniesz tego. 
-Jutro masz tu być z rośliną, jak nie to sam to wezmę.
 Roześmiałam się i wzruszyłam ramionami.
-Pech, bo jutro będę zajęta. A twój kwiatuszek schowany. 
-Znajdę to. Gdzie będziesz jutro? Przyjdę i mi to oddasz.
-Bardzo ci na tym zależy.-Pokręciłam głową z niedowierzaniem.-Jesteś beznadziejny. Jutro będę miała ćwiczenia przygotowujące, więc zajmie to godzinę. Pomyślę czy ci to oddać. 
-Ale ty pieprzysz.
-To ciebie ciągnie do tego, nie mnie. Masz poważny problem. Nie będę ci prawić kazań bo nie od tego jestem. Nie jestem twoją laską żeby mnie to obchodziło. Ale to wielkie gówno a tobie się to podoba. Dla mnie nie jesteś normalny. 
-Boisz się mnie?-Parsknął.
-Szczerze, tak, kiedy jesteś agresywny. Ale nawet takim sposobem tego nie odzyskasz. Nie ufam ci, więc tego nie dostaniesz. 

Od Luca

Była tu.
Złapałem ją za rękę i odwróciłem do siebie.
- Puść mnie kryminalisto! - syknęła.
Parsknąłem śmiechem.
- No,no. Kto by pomyślał. Na pokładzie samolotu, taka milutka...
- To przez fobię latania! - przerwała mi w połowie zdania i wyszarpnęła się z mojego uścisku - Słuchaj nie wiem kim jesteś i czego ode mnie chcesz - rozkręcała się, a ja połowę swojej uwagi przeniosłem z niej na torbę, która teraz leżała obok niej na ławce.
Nie mogłem po prostu schylić się i wyciągnąć mojej sadzonki.
Musiałem zastosować metodę....
Ona mówiła coraz szybciej i gestykulowała coraz gwałtownie, czasem uderzając mnie w ramię, a ja obserwowałem całe pomieszczenie hotelowe. Nagle zobaczyłem faceta z obsługi pchającego wózek z torbami i walizkami. Zanim maszerowała ta blondynka z samolotu z torbą identyczną jak torba Any.
To była okazja.
Nie musiałem nic kombinować, wszystko samo się rozwiązało.
 Do środka wpadł jakiś mężczyzna uciekający przed gliną. Biegł na oślep i w momencie kiedy blondynka położyła torbę na wózek, wpadł w niego wywracając faceta z obsługi, blondynkę i torby.
Ponieważ działo się to wszystko parę metrów ode mnie i Any, pod pozorem ucieczki przed bandytą, wziąłem ją na ręce, a torbę zarzuciłem sobie na ramię. Zaszokowana przez chwilę nie protestowała, a potem zaczęła wierzgać wściekle nogami i rzucać się we wszystkie strony.
- PUŚĆ MNIE WARIACIE! - darła się wniebogłosy.
Jednak lata ćwiczeń i praktyki w ucieczkach pozwoliły mi teraz jej nie wypuścić z ramion.
 Wbiegłem umyślnie w cały karambol. Wszystko się jednak skomplikowało. Coś podcięło mi nogi i poleciałem do przodu wypuszczając krzyczącą Anabeth. Torba potoczyła się po podłodze... I zniknęła mi z pola widzenia.
  Minutę potem zobaczyłem wybiegającą z hotelu nieznajomą blondynkę... Z czerwoną torbą. Problem w tym, że nie wiedziałem  czy to ta z moją sadzonką, czy nie.
  Nie wiem jak udało mi się wyjść z tego karambolu. Po parunastu minutach uciekinier i glina byli już daleko po za hotelem. Wszyscy zbierali swoje torby i ogarniali teren. Zobaczyłem Ane, która podnosiła czerwoną torbę.
  Niespodziewanie jakiś mężczyzna wyrwał jej ją z ręki i warknął.
-Oddawaj złodziejko. To nie twoja torba.
Po czym zostawił ją zaszokowaną i poszedł do wyjścia.
- Merde! - zakląłem pod nosem i ruszyłem za nim przerażony.
Niestety ślad po nim zniknął na ulicy.
Złapałem się za głowę.
To był koniec.
Gdzie ja znajdę tą blondynkę? Albo tego faceta?
I skąd mam wiedzieć w której torbie jest moja biedna, wysuszona sadzonka i zawinięty w nią drogocenny naszyjnik??
Je ai été dans le cul

niedziela, 21 grudnia 2014

Od Annabeth

 Lot zdawał się nie mieć końca. Miałam wrażenie, że spadamy, albo... albo... no sama nie wiem! Było okropnie. Nienawidziłam lotów, jedynie przyleciałam tu dlatego, że nauczyciel tańca wybrał najlepsze osoby do szkolenia tutaj, w Paryżu. Znajdują się tu najlepsi... Nie mam z nimi szans, ale nigdy tu nie byłam. Chciałam też zwiedzić trochę, ale informacja, że będę leciała samolotem mnie zaszokowała. Nigdy nie podróżowałam samolotem! W ogóle nigdzie się nie ruszałam, wtedy było tylko Newcastle... Taniec i malowanie... Życie towarzyskie i praca w kawiarni.
 Luc spojrzał na mnie skuloną na siedzeniu, westchnął i poprawił pozycję siedzącą, albo nazwę to lepiej - rozwalonego leniwca.
-Umiesz w ogóle francuski?
-Nie - Odparłam szybko.
-To po cholerę tam lecisz, skoro nie masz jak się dogadać?
-Bo dostałam propozycję, z której nie mogłam zrezygnować.
-Twój chłopak chce cię zobaczyć i kupił ci bilet w najbardziej romantyczne miejsce na świecie?
-Po pierwsze nie mam chłopaka, po drugie, nie uważam, że Paryż to najbardziej romantyczne miejsce.
-Nie gadaj. Nawet ja tak uważam. Skoro trzymasz się tego, to wiedz, że jesteś pozbawiona serca.-Udawał minę smutnego zbitego psa.
-O nie,nie,nie. Wypraszam sobie, jestem jedyną kobietą na świecie która przebrnęła przez wszystkie tandetne książki romantyczne, te dobre i najlepsze, w których się zakochałam.  A to ty wydajesz się nie mieć serca, bo mam wrażenie, że podajesz się za jakiegoś króla czy coś w tym stylu. Moja wypowiedź byłaby bardziej, ale jestem przerażona lotem, więc nic innego nie wymyślę, by ci dogadać.
-Dogadać? Czekaj,czekaj... ale co ''byłaby bardziej...''?
-No... Bardziej bardziej.
-Jesteś dziwaczką.
-A ty cholernie wkurzający.
-Twoje gadanie też jest wkurzające.
-Ty mnie zagadałeś.
-Ale chociaż nie myślisz o locie, co?-Uśmiechnął się złośliwie a ja nagle krzyknęłam, kiedy samolot zaczął lądować.
 Wstałam w tym samym momencie co Luc. Był ode mnie wyższy o dwie głowy, co mnie zirytowało. Byłam też poddenerwowana lotem, miałam nogi z waty, a na końcu zobaczyłam Lux (Urodziła się w Paryżu, ale jest niezwykle chamska i wredna),nauczyciel Patrick, Gary,Seba i Vericka. To grupa najlepszych, ci wybrani. Ja nie miałam osoby do tańca, wolałam robić to sama. Jeśli był taniec grupowy, nie mogłam się skupić. Patrick wypominał nam o uczuciach przeniesionych na drugą osobę w tańcu ale ja nie mogłam tego pojąć. Skoro tak nie jest, dlaczego miałabym robić coś, co jest kłamstwem w stosunku do mnie?
-Pomóc pani z bagażami?-Zapytał ironicznie uśmiechając się Luc.
-Nie.
-Wyglądasz, jakbyś miała zemdleć. -Zaśmiał się.
-Ciągle tu jesteś? Myślałam, że wyszedłeś.-Mruknęłam, złapałam walizkę i podążyłam do wyjścia.
 Ono też było przerażające.
 Lux z Vericką śmiały się ze mnie, kiedy wylazłam z samolotu jako przed ostatnia, bo Luc wyszedł zaraz po mnie. Kiedy stanął za mną chwycił mnie za rękę i poprowadził do wyjścia. Złapało nas kilku francuskich policjantów. Przewróciłam oczami.Nawijali coś po swojemu, a Luc zaczął z nimi dyskutować. Rozmowa stawała się coraz bardziej burzliwa, wiec wkroczył Patrick. Był znany,a mógł odciągnąć uwagę ochroniarzy.
 Ku mojemu zdziwieniu i Luc'a, puścili nas po niedługim przekonywaniu Patricka. Podszedł do mojego przyczepionego sąsiada z samolotu Gary.
-Czego chcesz od Any?
-Mówiłaś, że nie masz chłopaka.
-Bo nie mam.-Warknęłam.- Odwal się.
-Czekaj czekaj!-Zatrzymał mnie Luc.-Przypadkowo... em...
-Zamknij się, spadaj stąd zanim mnie zdenerwujesz bardziej. Zaczynasz mnie przerażać.
 Patrick kazał mu się wynosić jednak Luc stał się agresywny, co mną potrząsnęło. Stanęłam przed nim jak mała dziewczynka, bo wzrostem naprawdę to śmiesznie wyglądało. Nie było mi teraz do śmiechu.
-Spadaj, bo wezwę gliny.
-Niech przeszukają ci torebkę to zobaczysz.-Syknął mi do ucha.
-Co?-Sięgnęłam do niej, a on zatrzymał mnie.
-Nie teraz nie patrz.
-Jesteś CHORY! Odwal się wreszcie!-Krzyknęłam, a wtedy policja się nim zainteresowała.
 Znając takich cwaniaczków jak on wybrnie z tego łatwo. Ale w hotelu sprawdzę jeszcze co miał na myśli ten świr.
 Hotel miał pięć gwiazdek, według mnie na to zasługiwał. Był wielki, a pokoje i łazienka nieziemska. Jedzenie i słodkości też wyglądały apetycznie. Lubiłam się obżerać, ale teraz interesowała mnie rzecz w mojej torbie. Pognałam do pokoju, otwierając drzwi prędko poszłam do łazienki, zamknęłam się tam i wyjęłam z torby wszystko.
-Jezu Chryste!-Syknęłam tupiąc nogą wściekła.-Cholerny francuzik!
-Wszystko dobrze, Ana?
-Tak,tak... wiesz.. przejdę się.
 Musiałam znaleźć tego fagasa! Nie wzięłam ze sobą ''kwiatka'', mam do pogadania z nim, o ile w ogóle go znajdę. Jego mała roślinka jest schowana. Nikt jej nie znajdzie, chociażby nie moi przyjaciele. Nie grzebią mi w rzeczach. Znajdę tego Luca... pogadam z nim. Nie oddam mu jego kwiatuszka, bo nie będę pomagać CHORYM ludziom. Tym,którzy biorą ten chłam... Przeraża mnie jego agresja, ale i tak mu nie dam tego, co sobie będzie chciał.

Od Luca

- Szybciej proszę! - jakiś gruby męski głos doszedł mnie z zewnątrz, a po nim energiczne pukanie.
- Zaraz panie - burknąłem pod nosem i wsadziłem korzenie roślinki pod wodę - Pij malutka, pij - szepnąłem do sadzonki troskliwie.
-  Ktoś potrzebuje skorzystać z toalety! - huknął tamten.
Westchnąłem i zawinąłem roślinkę w szarą szmatkę. Zerknąłem na zawinięty w niej łańcuszek i uśmiechnąłem się do siebie. Już niedługo.
 Gdy wracałem zahaczyłem o kuchnie. Stanąłem przy blacie i zobaczyłem na półce poniżej dwie małe wódeczki.
- Poproszę dwie szklaneczki z lodem.
Gdy stewardessa mi nalewała, stanąłem bokiem i wsunąłem buteleczki do kieszeni. Nie zorientowała się i z przemiłym uśmiechem podała mi kieliszki.
 Wróciłem do Beth z zadowoloną miną. Wyłożyłem się na fotelu i postawiłem kieliszki na tacce po czym nalałem do nich zawartości.
Obrzuciła mnie nieprzyjemnym wzrokiem.
- Francuz - burknęła - Na dodatek z wąsem.
Uniosłem brwi.
- Masz coś do Francuzów kochana?
- Nie mów do mnie kochana - warknęła.
Zaśmiałem się.
- Spokojnie Amerykanko.
- Nie jestem Amerykanką - odparła.
- Nie? - uniosłem kieliszek do ust - A już myślałem, po twoim zachowaniu...
- Moim zachowaniu?! - wybuchła - I kto to mówi?! Wścibski, nieokrzesany a na dodatek - nie oszukujmy się - niezbyt czysty, podejrzany Francuz, który zaraz wrzuci mi pigułkę gwałtu do tego kieliszka i zacznie mamić, a potem...
- No no - przerwałem jej - kochanie nie pochlebiaj sobie. Sugerujesz mi po parunastu minutach znajomości, że chciałbym cię...?
-  Tak! - warknęła, a potem szybko się poprawiła - To znaczy nie, ale....
Zaśmiałem się cicho pod nosem.
- Z takimi jak ty nigdy nic nie wiadomo!
Gestykulując niechcący uderzyła mnie w roślinkę ukrytą pod kurtką.
- Ej uważaj! - syknąłem.
- Co tam chowasz?? - spytała podejrzliwie.
Zacząłem wstawać, a ona  zawołała za mną gdy szedłem do łazienki.
- Ojej no przepraszam!
Sprawdziłem czy sadzonce nic się nie stało, pogapiłem się chwilę na łańcuszek, a potem oddałem 
kieliszki w kuchni. Poszedłem w kierunku miejsca który zajmowałem.
Zobaczyłem po drugiej stronie blondynkę która kłóciła się z kimś przez telefon. Zauważyłam że jej bordowa torba była taka sama jak torba Anabeth. Mam nadzieję, że los nie sprawi znów żadnej omyłki i torby zachowają obydwie właścicielki.
  Zerknąłem na Anę. Spała. To była wyśmienita okazja. Odpiąłem jej torbę i wsunąłem roślinkę. Celnicy nigdy by mnie nie puścili, a osób takich jak ona po prostu się nie czepiali. Zadowolony usiadłem obok niej. Wyszło przebiegało zgodnie z planem.

Od Luca

 Wszedłem do środka.Stewardessa spojrzała na mnie przelotnie i powiedziała.
- Proszę siadać panie...
Nie uraczyłem jej podaniem swojego nazwiska i usiadłem w dogodnym miejscu na początku.
Ruda ruszyła za mną.
- Panie... - utknęła patrząc na mnie, ale nie dokończyłem jak poprzednio, więc chrząknęła -  Proszę pana to miejsce jest zajęte.
- Tak? - uśmiechnąłem się rozbawiony - A przez kogo?
Odwróciła się.
- Pani przed chwilą wyszła do toalety.
Parsknąłem śmiechem.
- Pani.... - utknąłem tak jak poprzednio ona.
-Dubferry.
- Dubferry - powtórzyłem, po czym w duchu parsknąłem śmiechem - Wybaczy pani, ale tu mam miejsce - wyciągnąłem i pokazałem jej bilet.
- Przepraszam panie... proszę pana - poprawiła się szybko - ale ma pan miejsce... o tam - pokazała palcem miejsce po drugiej stronie pokładu, obok jakieś blondyny, która speszona odwróciła wzrok.
- Po środku? Świetnie - mruknąłem pod nosem, ale posłusznie powlokłem się tam.
 Rozsiadłem się obok dziewczyny i mrugnąłem do niej.
- Nienawidzę Paryża latem kiedy słońce grzeje, nienawidzę Paryża zimą kiedy pada śnieg, nienawidzę jego wieży, bo jest taka wysoka - śpiewała jak w agonii blondynka  do siebie i nie zauważyła mnie  kuląc się na krześle.
Uniosłem brwi.
Wariatka - pomyślałem.
- Paryż jest taki piękny. Czemu go nie lubisz? - spróbowałem kolejny raz próby skontaktowania się z nią.
Udało się. Ale na krótko. Spojrzała na mnie, po czym wróciła do własnych myśli.
Wtedy stewardessa (nie ruda) zaczęła objaśniać zasady BHP, a samolot zaczął kołować, dziewczyna przerażona zatrzasnęła zasłonkę w oknie i skuliła się na krześle.
- Boisz się latać? - spytałem KOLEJNY raz.
Zerknęła na mnie i kiwnęła powoli głową.
Krzyknęła gdy wreszcie samolot wzbił się w powietrze.
Odsunąłem zasłonkę i podziwiałem widoki.
Blondynka odwróciła się do okienka tyłem i wzdrygnęła się.
- Bardzo się boję - powtórzyła cicho.
Zmrużyłem oczy i pokazałem na nią palce.
- Znam ten typ - odparłem.
- Ten typ??
- Ty się nie boisz samolotów. Ty po prostu boisz się życia.
- Ja?!
- Nie potrafisz się bawić.
- Potrafię bardzo mile spędzać czas.
Parsknąłem śmiechem.
- A co robisz?
- Żyję!
Wywróciłem oczami.
- Też mi zabawa....
Przygryzła wargę.
- Ile miałaś lat jak straciłaś swój... no wiesz kwiat.
- Kwiat... a kwiat.... Uważam że to zbyt osobiste pytanie. Nawet nie wiem jak masz na imię!
- Luc skarbie.
- /Luk/ ?
- /Lik! - poprawiłem ją z westchnięciem - A ty blondynko która ma strach przed samolotem i życiem?
- Anabeth - mruknęła pod nosem i wlepiła wzrok w szybę.
A ja dotknąłem mojej roślinki pod kurtką. Najwyższy czas ją nawodnić.

Gada teraz: