Szłam pustą drogą obserwując ludzi kupujących prezenty świąteczne. Dzieci wierzące w świętego Mikołaja, ubieranie choinki z której sypią się igły, śpiewanie kolęd... To ten czas, którego nienawidzę. Dawanie sobie prezentów było fajne kiedy miałam dwanaście lat. Kiedy zaczynałam być chora rodzice odsuwali się ode mnie chowając prawdę o tym, że jestem chora. Kiedy się ich pytałam ile to potrwa, chemioterapia, kiedy się skończy ból, jaki odczuwałam patrząc na swoich zmartwionych i niewyspanych rodziców którzy pilnowali mnie jakbym zaraz miała wyjść z łóżka szpitalnego i odejść. Przyjmowali mnie teraz na oddział dziecięcy, bo tam byli moi lekarze, którzy wspólnie podejmowali decyzję na temat mojego leczenia.
Na spotkania musiałam dalej chodzić, tak, te w samym sercu Jezusa, poznałam Simona. Jest niewidomy, o rok starszy ode mnie. Zostawiła go dziewczyna, rozpaczał straszliwie jednak z moją pomocą dał sobie radę. Rozmawiałam z nim, rozbawialiśmy się na wzajem, no i .... przeszło mu. Nie byłam najlepsza w pocieszaniu ludzi, jednak tych nienormalnych, chodzi mi tu o chorych, takich jak ja czy Simon... Oni znali żarty o chorobach, mogli się z nich wyśmiewać, znali ten humor, jednak ludzie normalni, inaczej - zdrowi - nie wiedzieli jak mają zachować się kiedy żartujemy z chorób.
Kiedy czekałam na mamę przed budynkiem, pożegnałam się z Simonem, no i dalej czekałam. Uczucie mojej mamy i taty, że zaraz mogę zniknąć z ich życia... wyobraźcie sobie, ile sprawiłabym im bólu. To mnie martwi. Wybuchnę, zostawiając po sobie swoje ślady, zniszczenia... Inni będą za mną tęsknić, inni nienawidzić. W sumie mam tylko rodziców, Simona i swoją przyjaciółkę... Ale to dla mnie bardzo ważne, że oni są. Tylko... skrzywdzę ich swoim odejściem. Nic na to nie poradzę, jedni są zdrowi, drudzy chorzy, umieramy.
Podeszła do mnie mała, blond włosa dziewczynka i uśmiechając się delikatnie zarzuciła włosami i spojrzała w górę, na mnie rzucając pytania w moją stronę.
-Co masz w nosie?
Ukucnęłam przy niej i z uśmiechem odparłam:
-To takie rurki, które z tej butli - pokazałam na plecak w którym była butla z tlenem - prowadzą powietrze dzięki któremu oddycham.
-Fajne to jest?
Wyjęłam rurki z nosa, wzięłam głęboki wdech, i podałam małej dziewczynce do sprawdzenia rurki. Wzięła dwa wdechy i oddała mi je.
-I jak?-Zapytałam.
-Lepiej się oddycha. Dlaczego?
-Wiesz, myślę, że to powietrze jest troszkę zanieczyszczone, a to, które mam tutaj, w tej butli jest... czyste i nieskażone.
-A dlaczego zanieczyszczone?
Zaśmiałam się i znów jej odpowiedziałam.
-Pewnie przez te fabryki i ludzi, którzy palą papierosy. To powietrze jest skażone.
-Czyli, że jak ludzie palą, to jest złe?
-Bardzo.-Skinęłam głową a dziewczynką dotknęła plecaka z butlą.
-Ciężkie to jest?
-Zobacz.-Podałam jej, by pociągnęła za uchwyt plecaka na kółkach. Podeszła do mnie i wzruszyła ramionami.
-Nawet lekkie.
-Gdzie twoi rodzice?-Spytałam zdając sobie sprawę, że parking jest pusty a dziewczynka bez opieki.
-Emm... Tam gdzieś.-Pokazała palcem na budynek, w którym znajduje się serce Jezusa autorstwa Patricka.
-Aha... A może pójdziemy ich poszukać?
-Powiedzieli, że zaraz przyjdą.
-Aaa...
No i w tej właśnie chwili podeszli do mnie jej rodzice.
-Dzień dobry.-Uśmiechnęła się niska, przy kości kobieta.
Uśmiechnęłam się do niej i wzięła córkę na rękę.
-Dziękuję, że miała pani na nią oko, Ciekawska z niej dziewczynka.-Sprzedała jej całuska w policzek a ta zarumieniła się lekko.
-Nie ma sprawy.
-Do widzenia.-Skinęła głową kobieta i odeszła do samochodu w którym czekał już prawdopodobnie jej mąż.
Mama podjechała wreszcie, wsiadłam i bez słowa zapięłam pasy.
-I jak było?-Uśmiechnęła się szeroko.
Ja tylko spojrzałam się na nią zastygając w bezruchu, mój wzrok mówił ''chyba sobie żartujesz'', a mama z uśmiechem ruszyła z parkingu.
-''Tak mamo było świetnie!'' - Próbowała udawać mnie szczęśliwą, ale nie. Nienawidziłam tych spotkań. Mówiłam już o tym?Chyba tak...
W domu siedząc na kanapie przykryta kocem pijąc gorącą czekoladę, usłyszałam w TV, że jakieś napady stają się częstsze, ale nie wychwycono złodzieja. Mówią, że wygląda na profesjonalistę, albo wielkiego szczęściarza, bo cały czas im się wymyka. Pokręciłam głową słuchając tego. Nie obchodziło mnie to ani trochę, bo to sprawa policji, że jest tak beznadziejna w środkach, że nie potrafi tego kogoś złapać. A jak jest też seryjnym mordercą? Zabija ludzi siekierą?
Chyba czytam za dużo kryminałów...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz