Siedziałem na ławce w parku intensywnie myśląc. Zrobić to czy nie? Decyzja coraz bardziej wahała się w stronę podjęcia tej decyzji. Nie wiedziałem kiedy to zrobię i na który salon napadnę. Wiedziałem tylko, że nie wmieszam w to Oliviera i Maxona. Tym razem musiałem działać samodzielnie. I miał być to mój już ostatni raz... oczywiście jeśli wszystko dobrze pójdzie.
Albo bogactwo i winnica w Paryżu...
Albo więzienie i długi wyrok odsiadki.
Paręnaście minut potem wybrałem się pod jeden z najbogatszych salonów jubilerskich w Maine. Patrzyłem na witrynę wystawową "Apartu". Westchnąłem ciężko. Za szybą sklepu błyszczały przeróżne bransoletki i łańcuszki. Jeden szczególnie wpadł mi w oko..
W tej samej chwili zadzwonił Olvier. Po chwili odebrałem.
- No? - powiedziałem do telefonu (też kradzionego).
- Gdzie jesteś Luc?
- Na mieście.
- Wbijaj do Maxona dziś wieczorem. Czekamy.
Rozłączył się, a ja znów przeniosłem ciężkie spojrzenie na witrynę sklepu. gdyby się udało...
Wygrałbym życie.
Parę godzin potem wiedziałem już co zrobię... Nie mogłem dłużej odwlekać decyzji... Dziś nie poszedłem do Maxona. Istniało ryzyko że już nigdy ich nie zobaczę...
Na następny dzień, czatowałem w pobliżu, gdy zamykali sklep. Teraz to nie była zwykła osiedlówka. Ochroniarz zatrzasnął ciężką kratę, włączył alarm i po chwili odszedł.
To będzie trudna robota.
Tak naprawdę działałem jak w amoku. Kluczykiem rozerwałem kłódkę i dostałem się do środka. Szybko obezwładniłem alarm i weszłęm do środka.
Byłem w raju.
Szybko skierowałem się do upatrzonego wcześniej łańcuszka. Wybiłem szybę i wydostałem go.
Pięknie lśnił.
Przełknąłem ślinę. W oddali słyszałem wycie syren i ujadanie policji.
Nie zwlekałem. Wiedziałem, że mnie znajdą.
Dlatego nie pozostawało mi nic innego.
Musiałem wyjechać.
Do Paryża.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz