wtorek, 23 grudnia 2014

Od Luca

 Szczerze? Byłem wściekły. Co za upierdliwy, wredny babsztyl. W samolocie była taka milutka. Szkoda, że jej to minęło...
  Nie wiedziałem co począć. Że tez musiałem na nią wpaść! Teraz mógłbym już odbierać pieniądze za naszyjnik i szukać działki na moją winnicę...
A sadzonka którą - aktualnie - "przechowywała"  Ana była niczym innym jak winoroślą japońską. Zamierzałem skrzyżować ją z innym rodzajem winorośli lisiej i wyprodukować własne, niepowtarzalne wino.
Rzecz jasne ta wariatka musiała mi przeszkodzić w planach.
Postanowiłem poczekać na nadejście nocy.
Wtedy rzecz jasna działałem najlepiej.
 Z reszty oszczędności wynająłem pokój. Gdy już dotarłem do swojego dotychczasowego lokum, rzuciłem kluczyki na łóżko i udałem się do łazienki. Tam wziąłem szybki prysznic i wróciłem do pokoju. Wyszedłem na balkon i usiadłem na balustradzie obserwując Paryż i myśląc.

http://media.giphy.com/media/gUNSxDPuGbYlO/giphy.gif
Musiałem odzyskać sadzonkę! Mniejsza o nią, ale chodzi o ten pieprzony naszyjnik! Musiałem go jak najszybciej spieniężyć i zacząć nowe życie...
 Nawet nie wiem kiedy zrobiło się ciemno. Wieża Eiffla lśniła cudnym blaskiem, jednak ja na to nie zwracałem uwagi. Zszedłem z balkonu i ruszyłem na dół.
Za ladą siedziała urocza brunetka. Usta pomalowała na wiśniowo. Wiedziałem,że szybko ją owinę sobie wokół palca.
- Bonsoir Madame - przywitałem ją i pocałowałem w rękę.
Uśmiechnęła się nieśmiało i strzeliła ciemnymi oczami.
Oparłem się niedbale o kontuar i zacząłem się bawić jakimś ozdobnym aniołkiem przytwierdzonym do  blatu..
-Alors que la soirée va là? - spytałem szarmancko.
-Tranquillement - odparła ze śmiechem - Vous êtes Français? - spytała.
- Si.
- Vous voyez ... et entendez - powiedziała mrugając.
Roześmiałem się i złapałem ją za rękę.
- Écoutez Cutie - powiedziałem poważnie - Voulez-vous me faire une petite faveur?
Już po chwili wiedziałem gdzie mieści się pokój Anabeth, a nawet miałem do niego klucz. Zadowolony z własnego, świetnie działającego uroku osobistego i nabycia nowej znajomości ruszyłem na trzecie piętro.
 Przystanąłem pod drzwiami.
O tak była tam.
Cicha muzyka wypełniała pokój, a podłoga uginała się od rytmicznych skoków i przysiadów.
Postanowiłem poczekać. Gdybym teraz wszedł, na pewno by na mnie nawrzeszczała i zrobiłby się nieprzyjemny raban.
Nie wiem ile czasu siedziałem obok drzwi i wypalałem paczkę papierosów. Wreszcie muzyka ucichła, a woda w łazience zaszumiała.
Uznałem, że to idealna okazja.
Przekręciłem klucz w zamku i wszedłem do środka.

Pokój był dosyć mały, ale przestronny. Ana chyba śpiewała. Nawet ładnie - pomyślałem i zacząłem szukać roślinki.
 Wyrzucałem jej ubrania z szafki i przekopywałem walizkę. Nigdzie!
Serce zaczęło mi się tłuc w piersi. Ona musi tu gdzieś być!
I wtedy zobaczyłem - stała na parapecie. Biedna obeschła...

Doskoczyłem do niej w mgnieniu oka i przytuliłem do siebie.
- Mon bébé - szepnąłem z czułością i rozwinąłem szmatkę.
Wytrzeszczyłem oczy i zacząłem dokładnie oglądać korzenie winorośli.
- Damn! - zakląłem wściekły i przerażony.
Naszyjnika nie było.
W tej chwili w drzwiach łazienki stanęła Ana. W wilgotnych włosach i kusym ręczniku narzuconym na smukłe ciało stała patrząc na mnie przerażona, a cichy śpiew zamarł jej na ustach.
- Co ty tu robisz? - krzyknęła.
Lecz ja nie zwracałem na nią uwagi.
Mój naszyjnik może właśnie w tej chwili oddalał się w czerwonej torbie ode mnie coraz bardziej.
A z nim marzenia i przepustka do lepszego życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz


Gada teraz: