środa, 31 grudnia 2014

Od Annabeth 3.Pożegnanie?

  Weszłam do pokoju hotelowego czując, jak Lee odprowadza mnie wzrokiem. Weszłam do pokoju mojego i Kat, a tam wszyscy rzucili się na mnie szczęśliwi, ale zastanawiali się, jak to się stało, że tak nagle się pojawiłam.
-Nie martwcie się o mnie, jestem tu, ale musze naprawdę szybko się pakować...
-Co?-Szepnęła Kat - gdzie się wybierasz?
-Musze wyjechać... na jakiś czas. 
-Wracasz, już nas zostawiasz?-Parsknął Szron.
-Słuchajcie, musicie stąd wyjść. 
-Ale jak to?
-Proszę. Musicie wyjść teraz. Nie oglądajcie się za siebie, ja muszę się spakować... Proszę wyjdźcie... Nie mam czasu na wyjaśnienia. 
-Ale...
-Chodź.-Odciągnął ją Szron, który zauważył, że coś jest nie tak po moim spojrzeniu. Kat nic nie podejrzewała. 
   Wyszli, widziałam przez okno jak szli gdzieś dalej. Wiedziałam, że Cole może znajdować się tutaj w tym mieszkaniu, ale nie miałam czasu na to, by nad tym rozmyślać. Wzięłam swoją torbę, spakowałam tam dwa ręczniki, szczoteczkę do mycia zębów, perfumy i ubrania które wydawały się najpotrzebniejsze. Musiałam wziąć prysznic, ogarnąć się... ale zostało mi tylko dwie minuty, a wątpię, żeby Lee nie był punktualny.  Zależy mu na czasie, a ja wolałam się go słuchać. 
   Kiedy miałam wychodzić oczywiście, jakby inaczej mogło być, z pokoju wyszedł zaspany Cole. Matko, ja to mam szczęście,nie?!
   Chciałam wyjść, ale on mni zatrzymał. Nie wiedziałam co mam powiedzieć bo pewnie i tak by nie posłuchał. Próbowałam się więc przepchać, ale nie pozwoliło mi jego umięśnione ciało. 
-Lepiej mnie przepuść...
-Lepiej nie...-Nachylił się i złapał mnie mocno za ramiona. Krzyczałam. 
  Czułam, że jest już po czasie. Nagle do pokoju wparował Lee, pierwszy i chyba ostatni raz ucieszyłam się na jego widok. 
-A ty kim niby jesteś?
-Przykro mi, ale musisz ją puścić.
(Tak, to ten moment moje panie... xD!)
-Nie jest twoją własnością. 
-Słuchaj, mam spluwę, chcę strzelić, ale trzyma mnie fakt,że trzymasz Anę, więc jak jej nie puścisz, to cię zabiję i po sprawie.Proste jak ulica sezamkowa.-Powiedział nad wyraz spokojnie nawet uśmiechnął się lekko.
-Okay,okay...-Puścił mnie a ja podeszłam do Lee. 
-No i pięknie. Teraz, zdechł pies.-Wtedy strzelił. 
 Krzyknęłam zamykając oczy. Zabrał mnie z pokoju jak najszybciej i wpakował do samochodu. Pytałam czemu to zrobił, byłam roztrzęsiona. Wtedy jakby coś się w nim... przełamało...? To było dziwne. 
-Ana spójrz na mnie.-Nie chciałam.-Spójrz...-Delikatnie ujął mój podbródek i skierował moją twarz w swoja stronę.-Od teraz krew i strzelanina będzie jedną z naturalnych rzeczy które będziesz widywać. 
-Czemu mnie nie wypuścisz?
-Bo nie mogę. Jesteś ważna dla nas. 
-Dlaczego? Co ja wam zrobiłam, że mnie porywacie?
-Nic. Dopiero możesz coś zrobić dla nas. 
-Nie chcę dla was nic robić...
-Domyślam się, ale zaufaj mi, dobrze? Proszę, postaraj się mi zaufać, bo teraz ratuję ci życie. Będę to robić. Zaufaj mi raz, a obiecuję, że nic ci nie będzie. 
 Kiwnęłam głową. Nie wiem, czemu to zrobiłam. Po prostu... Tak.
 Jechaliśmy teraz do Mii, bo go o to prosiłam. Zgodził się, ale dał mi tak samo - dziesięć minut. Czekał w recepcji. Wiedziałam, że to nie są żarty i muszę się śpieszyć.
  Kiedy weszłam do mieszkania Mii bez  pukania wystraszyła się, ale na mój widok rzuciła mi się w ramiona. Dopiero teraz poczułam głód jaki we mnie narastał, chciało mi się pić. Miałam dość. W jej ramionach czułam, że mogę odpocząć. Nie mogłam jednak zostać dłużej. 
-Ana! Jak ty tu dotarłaś... jezu... wyglądasz okropnie...
-Wiem,wiem... Słuchaj. Nikomu nic nie mogę mówić, ale obiecaj mi, że nikomu nie powiesz...
-Obiecuje...!
-Wpakowałam się w poważne kłopoty. Musze odejść, ale wrócę. Będziemy miały kontakt, mam telefon. Będziesz mogła dzwonić kiedy chcesz. Tylko obiecaj, że nikomu nie powiesz, że mam kłopoty. Moje życie jest zagrożone. 
-Co?!
-Ciii...-Szepnęłam.-Mia, kocham cię siostrzyczko, tylko nikomu nie możesz nic powiedzieć,dobrze? Wrócę, ale ty też jesteś w niebezpieczeństwie. To wszystko robię by chronić najbliższych i siebie, rozumiesz? Przyszłam cię zapewnić, że wiem co robię. Do póki ja żyję tobie nic nie grozi. Bądź spokojna... Jesteśmy w kontakcie. Jadę na policję powiadomić, że jestem. 
  Wyszłam nie czekając na pytania mojej przyjaciółki. Nie mogłam. Załatwiałam to sprawnie i szybko. Jak musiałam. 
  W policji zrozumieli mnie i wszystko pozałatwiałam. Potem wyjechałam z miasta gdzieś dalej. Lee wiedział gdzie jedzie i co robi. Ufałam mu na tyle...
   Znalazłam się w jakiejś opuszczonej fabryce, widocznie tam miał się spotkać z Sebastianem. Weszłam wraz z nim, potem tylko przysłuchiwałam się rozmowie. 
-Nie zabronisz mi zabijać...
-Zabronię ci zabić ją.-Powiedział ostrym tonem Lee.
-Ja tu wydaję rozkazy, jasne? Braciszku, nie kwestionuj moich poleceń i decyzji...
-Ona nie zasługuje na to, byś ją traktował jak resztę. 
-Reszta jest taka sama jak ona. Teraz będzie pod twoją opieką. Jesli coś wywinie, wiesz, że masz ja zastrzelić. To twoja specjalność. Prawda?
 Lee zacisnął zęby i szepnął
-Tak. Prawda.
-No.-Uśmiechnął się.-Teraz jedziesz do siebie.-Mrugnął do niego Sebastian a wtedy Lee wyszedł bez słowa. 
  Kiedy dojechaliśmy do jego domu na obrzeżach jakiegoś miasta, pokazał mi gdzie jest łazienka i gdzie będę spać. 
  Był zły na brata. Byli braćmi... Nic mnie już nie zdziwi... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz


Gada teraz: