Młodzi pacjenci z łatwością charakterystyczną dla nich wieku doskonale przystosowywali się do nowego życia. Szpital nie był dla nich spokojnym ustroniem, ale miejscem, gdzie toczyło się ich życie, gdzie bawili się, kłócili, kochali. Zafascynował mnie zwłaszcza ich drapieżny i okrutny humor, który stał się dla mnie normalny kiedy sama zachorowałam. Nadawali sobie przezwiska , dzięki którym mogli nabijać się ze swoich chorób. Niektórym dorosłym spoza szpitala wydawało się to szokujące, ja jednak uważałam, że ta prześmiewczość stanowi zdrowe podejście! Bo jaka broń poza żartem pozwala śmiać się z tego, co nie jest śmieszne, i stawiać czoło temu, co jest nie do zniesienia?
Odkryłam także powody ich cierpienia: czasami była to choroba, lecz także samotność, osamotnienie związane z nieobecnością rodziców lub - co jeszcze gorsze - nieumiejętnością rodziców utrzymywania relacji z chorym dzieckiem. Jakże wielu ojców i matek, zdruzgotanych tym, co spotkało ich potomstwo, nie potrafiło prowadzić normalnej rozmowy, okazywać radości, żartować. Niektórzy nawet znikali, przytłoczeni skrępowaniem, wyrzutami sumienia lub wstydem, co dla mnie było niewybaczalne, ale dla niektórych przypadków zrozumiałe.
Pod koniec zimy siedemnastego roku mojego życia mama stwierdziła, że wpadłam w depresję. Zapewne doszła do tego wniosku, bo rzadko wychodziłam z domu, spędzałam długie godziny w łóżku, ciągle czytałam tę samą książkę, mało jadłam i całkiem sporo wolnego czasu, którego miałam w nadmiarze, poświęcałam na rozmyślaniu o śmierci.
W każdej ulotce, na każdej stronie internetowej i w ogóle we wszelkich materiałach dotyczących raka wśród efektów ubocznych choroby zawsze wymieniana jest depresja. Lecz tak naprawdę ona jest skutkiem ubocznym umierania. Mama wysłała mnie więc na cotygodniowe zajęcia grupy wsparcia.
Do grupy, której skład bezustannie się zmieniał, należeli młodzi ludzie o różnych etapach rozwoju choroby nowotworowej. Dlaczego jej skład się zmieniał? Efekt uboczny umierania.
Oczywiście, spotkania grupy były koszmarnie przygnębiające. Odbywały się co środa w podziemiu kościoła, mieszczącego się w kamiennym gmachu zbudowanym na planie krzyża. Siadaliśmy wszyscy w kręgu, samym środku tego krzyża, dokładnie tam, gdzie nałożyłyby się na siebie dwie belki i gdzie znalazłoby się serce Jezusa.
Zwróciłam na to uwagę, bo Patrick, lider grupy wsparcia i jej jedyny pełnoletni uczestnik, na każdym koszmarnym spotkaniu mówił o uświęconym Sercu Jezusa i o tym, jak to my, młodzi chorzy na raka, siedzimy dokładnie w samym jego środku i tak dalej i tak dalej.
Nie będę opisywać niepotrzebnie na co chorował Patrick. Mogę wam tylko wyjaśnić, że miał raka jąder. Umierał... ale nie umarł. Mieszka w fotelu rodziców grając w gry komputerowe.
Dziś w czwartkowe po południe wpadła do mnie Sarah. Jej mama zmarła na białaczkę, została sama z ojcem który pracuje w jakiejś firmie. Jest skromna, ubiera się zawsze dobrze, gdzie ja przy niej wyglądam okropnie, ale jakoś nie obchodził mnie nigdy wygląd. Codziennie starała się mnie zabierać na spacery do centrum handlowych, ale nie lubiłam molochów... Ona kochała. Jednak miałam problemy wchodzenia po schodach, moje płuca nie były w stanie wytrzymać, ale kazałam im dawać jakoś radę. Znów kolejny dzień z Sarah... Dobrze, że ją mam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz