niedziela, 28 grudnia 2014

Od Annabeth

IDE PISAĆ JOŁ MEN MADAFAKA
KLAUDIA MA....
MAŁEGO PTAKA
!

________________________________

  Błądziłam już drugi dzień. Nie wiedziałam teraz gdzie jestem, byłam na jakimś polu. Chociaż tyle... Ten nieznajomy nie będzie mógł mnie obserwować. Telefon nadal nie działał, a ja chciałam by choć na minutę bateria była naładowana, choć jedna kreska. 
  Dobiłabym się do Mii... Gdziekolwiek. Wiedziałam, że jestem niedaleko Paryża, ale nie znając terenu i języka jak trafię do hotelu?
  Na przeciwko pojawił się kolejny las. BOŻE! No bez przesady ile tego jeszcze?! Miałam wrażenie, że się oddalam... Od cywilizacji... Może zostanę pustelnikiem? 
  Zobaczyłam kogoś koło lasu, obserwował mnie, ale nie zastanawiałam się ani chwili i podbiegłam do mężczyzny. Zdziwił się kiedy zobaczył moje rany na rękach od zadrapań, jednak nie obchodziło mnie to.
-Znasz Angielski?-Wysapałam zmęczona.
-Tak.-Odparł.
-Potrzebuję pomocy... Naładować telefon... no i trafić do Paryża. Mogę zadzwonić z Twojego? Tak w ogóle... Ana jestem.-Przedstawiłam się.
-Joseph. Tak... Proszę.-Podał mi telefon a ja nie czekając wykręciłam numer. 
  Oczywiście, do Mii. Kat nie miała telefonu, zgubiła go. Albo Szron jej zabrał. Nie wiem o co mu chodziło... Ale nie ważne ...
  Mia nie odebrała. Wydzwaniałam non stop... Wreszcie się  do niej dobiłam. 
-Mia! 
-Ana? Co to za numer?
-Spotkałam na tym zadupiu jakiegoś chłopaka... pożyczyłam telefon... mam chwilę. Przyjechałabyś po mnie? Nie wiem... gdzie... jestem...
-Coś nie tak?
-Źle się czuje...
-Będę  po ciebie, tylko nie wiem gdzie jesteś...
-Spytaj się kogoś... jest tu dużo lasów... 
  Odwróciłam się w stronę Josepha. Patrzył na mnie jakoś... dziwnie. Jakby chciał mnie zabić. Milczałam, czując się coraz gorzej.
-Ana? ANA! ODEZWIJ SIĘ PROSZĘ!
-N...n... p...pomó...ż... mi... 
  Upuściłam telefon i zemdlałam. 

  Obudziłam sie w jakimś pomieszczeniu. Bolała mnie głowa, byłam głodna... Zastanawiałam się gdzie jestem. Odebrano mi telefon, co mnie zdenerwowało. Boże! Znów próbowałam być miła, ktoś mnie wykorzystał i zabrał gdzieś... Oby Mia mnie znalazła.
  Rozkleiłam się.
-A jak mnie nie znajdzie...-Szepnęłam.
 Do środka wszedł właśnie Joseph. Zmierzył mnie wzrokiem, tak, jak to zrobił Cole... wtedy... na imprezie. 
-No,no... Tyle czasu błądziłaś po lesie, łatwy cel sobie wybrałem, nie uważasz?
-C...Co ty wygadujesz...?-Wycedziłam cofając się. 
-Nie ma stąd ucieczki, chyba, że sam cię nie wypuszczę, a tak się nigdy nie stanie. Teraz jesteś moja.
-Co...?! Jesteś... nienormalny... Puść mnie!
Zaśmiał się i pokręcił głową.
-To tuż przy samej drodze, nikt się nie domyśli, że tu jesteś, nawet ta twoja przyjaciółeczka czy kim ona tam jest. Przyjdę później, wtedy się tobą zajmę.
 Wyszedł a ja zaczęłam uderzać w drzwi i drzeć się w niebo głosy. Bałam się. Usiadłam pod ścianą i prosiłam, by Mia mnie odnalazla... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz


Gada teraz: