sobota, 27 grudnia 2014

Od Annabeth

Zaspamuję wam moimi opowiadaniami gdyż z niewyjaśnionych przyczyn nie ma ani KLAUDII ani AN to postanowiłam nie zwlekać i sama coś nabazgrać bo mimo tego, że weny brak, coś pisać trzeba, ja bynajmniej czuję taką potrzebę. Chociaż nie mam o czym pisać jest git! Daję radę, a was nie ma. 
 Co wyście sobie wczesnego sylwka odjebały? :D
 Nudzi mi się, a bez was jako tako czuję, że stoję w miejscu... 

________________________________
  Błądziłam po lesie i nawet nie mogłam znaleźć drogi. Szukałam jej, ale wydawało mi się, że idę w sam środek najgorszego miejsca w tej ''puszczy'' z której nie umiałam wyjść. Miałam takie przeczucie, że zaraz stanie się coś niedobrego, a jednak myliłam się. Była jedna kreska baterii, nie wiem, jak to możliwe bo przecież telefony się same nie ładują... ale wykorzystałam sytuację. Zerknęłam na zasięg - jedna kreska!
 Ucieszyłam się, może ktoś mnie stąd wyciągnie, albo w najgorszym wypadku nie znajdzie. Miałam cztery nieodebrane wiadomości od Mii... Matko, biedna... Martwi się o mnie...
  Tak na marginesie, ja o siebie się jeszcze bardziej martwię...
   Zadzwoniłam nie czekając do mojej przyjaciółki Mii. Odebrała po pierwszym sygnale. Czułam przerażenie w jej głosie, była zmartwiona.
-Gdzie jesteś?!
-Wiesz... Em...-Zadrżałam zdając sobie sprawę, że zaraz zrobi się ciemno a wtedy umrę ze strachu.-Zgubiłam się...
-Co?Gdzie?
-W jakimś lesie... wyleciałam na jakieś zadupie za Paryżem nie wiem jak nie wiem kiedy ale chyba to z powodu jakiegoś... nie wiem... strachu przed...- stop! Dalej nie brniemy... Nie musi wiedzieć o mojej historii z Cole'em i to, co się ze mną stało... dlaczego taka jestem... dla innych. - Nie ważne. Jestem w lesie, padnie mi zaraz bateria i jestem głodna i spragniona bo jak Boga i Matkę kocham boje się i coraz bardziej wkręcam sobie, że jakiś pan z siekierą na mnie poluje.
-Boże... Znajdę cię...
-Nie,nie. Poradzę sobie sama. Jeśli nie znajdę jakiegoś domu i kogoś kto mi pomoże, i nie wrócę za dwa dni możesz zacząć mnie szukać. Tylko mam nadzieję, że znasz te okolice...
-Nie... Nic z poza Paryża nie znam...
-Świetnie... Dobra, dam radę. Dwa dni - pamiętaj.
-Powodzenia...
-Dzięki... Kocham Cię, wiesz?
 Zaśmiała się odreagowując.
-Ja ciebie też siostra.
-Korzystam z zasięgu i baterii... Jak z Lukiem?
-Wiesz, nie wiem, czy to dobry pomysł.
-Skoro ci zależy to walcz. Nie wiedziałam, że aż tak kochasz jego okrutną osobowość.
-Okrutną?
-Tak... Lekceważy taką fajną dziewczynę...
-Walczyć?
-Tak! Jak najbardziej, spróbuj! Bez względu na wszystko, na okoliczności w jakich jestem, będe cię do swej śmierci wspierać. Chociaż nienawidzę facetów...
-Czemu?
-Nie powinnam o tym opowiadać... To bolesne i trudne.
-Może ci ulży?
-Nie moge...  tym myśleć. Zaraz się ściemni, poszukam jakiegoś domu.
-Od kiedy tam jesteś?
-Zaledwie dzień, jak nie dłużej. Straciłam poczucie czasu. Boże... Boje się... Jestem przerażona do granic mozliwości POMOCY!
-Nie znałam cie od takiej strony...
-Udaję wredną, Mia.
-Dlaczego?
-Bo nie mam zaufania do ludzi, niszczy mnie co druga poznana osoba... Boje się życia, tak boje się! Przyznaję. Nienawidzę Paryża, bo jest tu wiele zadufanych w sobie francuzów...
-Wmawiasz to sobie, nie uważasz tak.-Stwierdziła.
-Masz rację...-Jęknęłam.-Nie wiem kim jestem, co ze sobą chcę zrobić. Uciekam od wszystkiego.
-Ze swoimi uczuciami i racjami musisz radzic sobie sama.
-Dzięki... Leć do Luka. Bądź twarda i nie daj się. Jesteś najlepsza.
-Tak! Masz rację! Idę, teraz!-Usłyszałam jak zbiera się i zakłada buty.
 Potem padł mi telefon.
 Przerażona do granic możliwości zaczęłam płakać i wołać o pomoc, jednak nikt mnie nie słyszał. Zacisnęłam zęby i próbowałam powstrzymać łzy. Rozejrzałam się w okół i widziałam tylko drzewa. Jeszcze było jasno, ale i tak się bałam.

 Spacerując po lesie znalazłam jakąś opuszczoną chatę - tak wyglądała. Weszłam do środka wołając, czy ktoś tu jest. Było tam łóżko, nie takie zwykłe, tylko takie z trzema kocami i dodatkową podartą kołdrą z wymiętą poduszką. Pod ścianą stał zepsuty telewizor,termos i jakiś dziwny stary aparat, który był włączony.
 Dotknęłam termosa by sprawdzić, czy jest ciepły. Był. Przeszedł mnie dreszcz. Zesztywniałam, zaczęłam się bać. Wróciły obrazy z imprezy, moje krzyki i jego, wyzywał mnie, bił, katował. Był okrutny, traktował mnie gorzej jak psa. Mówił, że chce mnie zmęczyć, by mieć ''bezproblemowy dostęp''. Nikt mnie nie... słyszał... nikt...
  Spokojnie Ano... Przezwyciężysz to...
-Uch! Nie mogę! Nie,nie nie!-Wydarłam się zadrapując sobie ręce do krwi, wbijając paznokcie w skórę.
 Krew pojawiła się szybko, moje ręce były w... czerwonej gęstej substancji... Krwawię...
 Kucnęłam i spojrzałam na jakieś zdjęcia na aparacie. Przeglądałam je, a potem... nie mogłam uwierzyć. Na zdjęciach... byłam ja... Jak krzyczałam wołając o pomoc, jak rozmawiałam przez telefon...
 Rzuciłam aparat i zakryłam usta dłonią. Drżałam, nie wiedziałam co mam teraz zrobić. Powstrzymywałam się od krzyku, czułam, że nie jestem tu bezpieczna. Ktoś mnie obserwował, robił zdjęcia... Jestem sama w wielkim lesie na jakiejś wsi. SAMA. O Boże... Musze kogoś znaleźć... Może ktoś będzie przechodził tym lasem... poproszę o pomoc. Musze kogoś znaleźć.
 Tak też zrobiłam. Wybiegłam z chaty i podążyłam dalej. Byłam wyczerpana, nie byłam sobą. Wyglądałam jak zombie szukający pożywki. Jak ćma podążająca za światłem. Szeptałam ''jest tu ktoś... pomocy...Proszę...''  - Tak w kółko. Miałam serdecznie dosyć samotności i życia w tym strachu. Byłam cała lodowata, trzęsłam się z zimna, bałam się bo nieznajomy mnie pewnie teraz obserwował. Może zaatakować... cokolwiek. Moje ręce były zakrwawione, drapałam je dalej,wbijałam paznokcie. Bolało. Ale zastąpiło mi strach i przerażenie. Płakałam bez przerwy, byłam aż czerwona od łez, głowa mnie bolała, ale musiałam kogoś znaleźć... nie odpuszczę. Muszę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz


Gada teraz: