Pożegnałam się z Mią i umówiłam. Za dwa dni się widzimy, o ile nie zmienią nam się plany co do czegoś, u mnie np. Patrick może kazać brać tyłek w kroki i zabierać się na trening. Jutro pierwszy etap, a ja jestem w rozsypce.
W domu uczesałam włosy i związałam w kucyka. Tam mi było najwygodniej tańczyć. Założyłam jasne jeansy i białą bluzkę w koronkę, kiedy miałam się zbierać do wyjścia, do mieszkania ktoś zapukał. Przewróciłam oczami mając nadzieję, że to nie ten wariat z samolotu, bo miałam go serdecznie dosyć. Ale ku mojemu zdziwieniu, przede mną stanęła zdyszana Kat z torbą w ręku.
-Kat!-Krzyknęłam i wtuliłam się w nią jak w pluszowego misia, Jelly.
Tak, miałam swojego białego puszystego misia Jelly. Nie, wcale to nie dziwne, że woziłam go ze sobą...
-No już,już!-Zaśmiała się i próbowała złapać oddech.
Kat miała cukrzycę. Jej chłopak Szron pewnie nie wie, że przyjechała do Paryża. Nie puściłby jej za żadne skarby tutaj samej. Jest nadopiekuńczy, ale jak słowo daję, kawał przystojniaka. Często się wyzywają, kłócą, ale zaraz później godzą.
Kat jest moją przyjaciółką od serca, wie o mnie tyle ile nikt inny na świecie. Weszła do mieszkania w zarzuciła brązowymi włosami do tyłu rozglądając się.
-No,no... Jak na Paryż ten pokój jest dosyć mały. Ale przyznam szczerze, syfu nie ma jak u Leona.
-Byłaś u niego?
-Tak, Szron miał coś do załatwienia z nim, weszłam... Bez ciebie ten facet tonie w swoich własnych skarpetkach. Istny burdel, jak Boga kocham.
-Tęskniłam za tobą...-Szepnęłam.
-Oj, dobra dobra! Bo się rozkleję! Dlatego tu przyleciałam! Lot - bomba! Kocham latać, szczególnie podróżować. Byłam u twojej mamy po parę niezbędnych rzeczy - otworzyła czarną skórzaną torbą i zaczęła wyjmować z niej jakieś ciuchy, nie były moje - na pewno ci się przydadzą w PARYŻU.
Podeszłam do łóżka, gdzie leżała sterta ciuchów. Boże, to nie moje!
-Kat, nie wiem czyje to ale na pewno nie moje.
-Ależ teraz już twoje.
-Mówiłaś, że byłaś u mojej mamy po kilka...
-Tak, ale to inna bajka. Tu są ciuchy od twojej mamy. Musiałam wpaść, zadzwoniła, że zapomniałaś ładowarki do laptopa, a do telefonu jak zgubiłaś, tak twoja mama odnalazła ją za pralką.
Kocham Cię mamo.
-Dziękuję Ci, ale co zrobię z tymi rzeczami, które wytrzasnęłaś z jakiegoś seks-sklepiku we wspaniałym Newcastle?
-Ty mała niewdzięcznico z Polski! Ja ci tutaj przyniosłam zajebiste rzeczy na podrywy francuzów i jak mi się odwdzięczasz?!
Roześmiałam się patrząc na swoja przyjaciółkę. Matko, dobrze, że tu jest.
-Ależ dziękuje Ci, kochana, za ubrania, których nawet nie umiałabym na siebie wcisnąć, a ponad to... Nie łaziłabym po Paryżu w tym czymś.
-Ale uwierz, nie przeszkadzałoby im to.
Rzuciłam w nią poduszką.
-A co ze Szronem? Powiedział, że nigdzie cię samą nie puści... no... a w Paryżu znajduje się dużo przystojnych francuzów.
-Bez obaw, nigdy nie pozwoliłabym ani jednemu się do mnie zbliżyć! Wiem jacy są. Nie raz miałam przygody z tymi psami.
-Psami?-Zaśmiałam się.
-Tak! Niektórzy to wyjątkowe gnidy. Takich to powybijać. Ale nie ważne! Szron kiedy by był ze mną zabił by wzrokiem każdego francuzika.
-Tego jestem pewna. Znam go, wiem, że zamordowałby takich którzy by się na ciebie krzywo spojrzeli. Ale jest w porządku. Kocha cię, może jest trochę zazdrosny...
-Tak, bardzo. Ale rozumiem to. Cole się wypytywał o ciebie.
-Nie chcę mieć nic z nim wspólnego, wiesz o tym. Nie lubię o nim mówić.
-Rozumiem, po tym co ci zrobił. To jest niewybaczalne... Aczkolwiek sama dałabym mu w zęby.
-Kończmy ten temat. Jestem tu i nie chcę o nim rozmyślać.
-Jasne.
Spojrzałam na zegarek. Poderwałam się szybko zakładając skórzaną czarną kurtkę. Zakładając trampki prawie wyrżnęłam zębami o podłogę. Kat zaśmiała się i zapytała, gdzie się tam śpieszę.
-Randka?!-Pisnęła Kat.
-Nie chodzę na randki.
-No tak... Stara Ana którą znam nie chodzi na randki.
Uśmiechnęłam się i wyszłam.
Na treningu dostałam opierdziel od Patricka za spóźnienie. Nie odezwałam się, bo wiem, że byłoby gorzej. Nigdy nie dyskutował z jego ''uczniami''. Wiedziałam, że to nie ma sensu. Zawsze wiedział swoje, no i tyle.
Z kwaśną miną przebrałam się i wróciłam do zebranej Lux i reszty. Uśmiechnęła się lekko do mnie pociesznie, jednak nie odwzajemniłam uśmiechu. Czułam się tu dziwnie, przytłoczona tymi najlepszymi. Matko, teraz dopadło mnie to, że ja tu nie pasuję. Zaczęłam błądzić wzrokiem po sali, po Lux, która z uniesiona brodą słuchała Patricka.
Ja tańczyłam z Francisco, który właśnie doszedł do naszej grupy. Czyli on tańczy ze mną. Boże, dajże spokój.
Kiedy zaczęliśmy, chłopak był bardzo skupiony. Kontrolował moje ruchy jak i swoje, co wybijało mnie z rytmu muzyki jak i tańca. Denerwowało mnie to, że jest taki pewny siebie. Zacisnęłam zęby. Francisco podrzucił mnie a ja wyskoczyłam, wykonałam salto. Wychodziło perfekcyjnie, gdyby nie ostre spojrzenie Lux. Widocznie chłopak wpadł jej w oko, a jej partner nie wystarczał. Znów się zacznie... Była najbardziej zazdrosną dziewczyną jaką znał świat, no, może oprócz Kat. Czasem moja przyjaciółka potrafiła walnąć focha aż włos się na głowie jeżył.
-Co z wami?!-Krzyknął Patrick wyłączając muzykę.-Więcej energii, uczucia! To Paryż, wczujcie się w ten klimat! Poudawajcie, że coś do siebie czujecie!
-Przykro mi, Patrick, ale wątpię, że to wyjdzie. -Westchnęła Lux.
-To zatańczycie i koniec! Przyłóżcie się!
-Patrick, przepraszam... Ale nie mogę.-Odezwałam się wspierając koleżankę.
-Jak to?-Warknął zdenerwowany.
-Każesz nam czuć miłość, jakieś uczucia... Ale to nie ma sensu, nie umiem tego udawać...
-Albo to, albo koniec z waszą karierą, która nawet się nie zaczęła. Macie robić to, co wam każą nauczyciele albo koniec z marzeniami.
-Ale tak się nie da!
-Coś jeszcze Miko?!-Wydarł się.
-TAK NIE MOŻNA!
-Masz problem! Reszcie to pasuje! Prawda?
Przytaknęli. Parsknęłam a Francisco złapał mnie za ramię.
-Daj spokój...
-Nie dotykaj mnie!-Odsunęłam się od niego.-Mam dość! Jesteś taki sam jak reszta! Myślisz, że uczucia można sobie usunąć kiedy się chce!
-Co ty masz do moich decyzji?! Tańcz jak ci mówię!
-Wykorzystywałeś nas i nadal to robisz! Jesteś nieczułym sukinsynem! Nie liczysz się z nikim, masz innych gdzieś, liczysz się ty i twoja reputacja! Masz gdzieś ludzi i to co z nimi będzie, chodzi tylko o wielkiego wszechwiedzącego nauczyciela tańca Patricka Bell'a! Miałeś gdzieś moją mamę i masz gdzieś innych! Niszczysz marzenia nawet gdyby ktoś zrobił to co byś chciał! Tak jak to zrobiłeś z moją mamą!
Wrzasnęłam i wparowałam do szatni. Przebrałam się, za mną stanął Francisco.
-Ogarnij się, proszę.
-Zostaw mnie, rozumiesz?! Wyjazd!
Przepchnęłam się przez drzwi i wyszłam.
Do hotelu wróciłam późno. Była tam Kat która czekała na mnie cały czas. Była blada, a jej palce czerwone od zimna. Widocznie była teraz na balkonie, podziwiała miasto. Złość minęła, a myśl, że zaraz pocieszy mnie i rozśmieszy przyjaciółka, od razu zrobiło mi się lepiej. Później porozmawiałam z mamą, która zdzwoniła, kiedy akurat Kat poszła spać. Udawałam, że wszystko jest w porządku. Rano miałam zamiar pozwiedzać miasto na spokojnie. Tak też zrobiłam...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz