Siedziałem spokojnie na ławce paląc papierosa, kiedy wyszła. Serce mi zabiło. Może właśnie odzyskam naszyjnik! Pospiesznie zgasiłem peta i wstałem. Mia ruszyła w stronę przystanku autobusowego. Los mi dziś wyjątkowo sprzyjał.
Po dwóch minutach autobus zahamował z głuchym jęknięciem. Wsiadłem do niego za zamyśloną Mią i oparłem się wygodnie o automat obserwując ją jak grzebie w torebce szukając drobnych.
Gdy wreszcie wyciągnęła 2 euro i błędnym wzrokiem zerknęła na napisy, uznałem że to pora na moje wejście. Z lekkim uśmieszkiem spojrzałem na nią i celowo przemówiłem po francusku.
- Vous aider?
Zaskoczona i lekko przestraszona otworzyła usta i spojrzała na mnie.
- Je ne parle pas francais - wydukała robiąc przerwy co każde słowo.
Roześmiałem się.
- A po jakiemu?
Odetchnęła z ulgą.
- Już myślałam, że pan jest rodowitym Francuzem.
- Urodziłem się we Francji, ale umiem mówić po angielsku - mrugnąłem po niej, a potem przeniosłem wzrok na monetę i automat - Pytałem czy pani pomóc.
- Jaka tam pani - żachnęła się - Aż tak staro wyglądam?
Uśmiechnąłem się. Miła była ta Mia. Otwarta i ciepła. Nie to co ta jędza z samolotu..
- Skądże - odparłem i kontem oka zauważyłem wchodzącego do środka kanara. Poznałem go po tym jak pewnym krokiem zbliżał się do kierowcy. - Lepiej pomogę... Ci, zanim ten przemiły pan sprawdzi twój bilet - wskazałem na niego ruchem głowy i szybko kupiłem bilet i Mii i mi.
Po chwili już po skasowaniu czekaliśmy obaj na sprawdzającego.
Łypnął na nas surowym okiem i odszedł po zerknięciu na bilety. Już uspokojony mogłem kontynuować dalszą konwersację.
- A więc mówisz, że nie "Pani"?
- Nie. Mia jestem - podała mi rękę.
- Luc - przedstawiłem jej się.
Zamarła z dłonią w mojej ręce.
- /Luk/ ?
Westchnąłem.
- Nie. /Lik/
Nie powiedziała nic tylko zagryzła wargę i popatrzyła z nagle załzawionymi oczami w dal.
Chrząknąłem lekko zażenowany. Nigdy nie umiałem pocieszać płaczących niewiast. A zwłaszcza niewiast płaczących z powodu złamanego serca.
Przypomniałem sobie ich rozmowę z wczoraj.
- Chłopak? - spytałem cicho.
Uniosła brwi.
- Nie.. nie wiem... Tak... Nie... To znaczy... Ech... Tak.... - wydukała wreszcie.
- Chusteczkę? - mruknąłem wyciągając paczkę.
- Dziękuję - uśmiechnęła się przez łzy, które już popłynęły ciurkiem po jej policzkach. Nawet z czerwonym nosem i zapuchniętymi oczami była ładna.
- O to mój przystanek - ocknęła się gdy autobus się zatrzymywał. Zerknęła na mnie - Jedziesz gdzieś konkretnie?
- Właściwie... To nie...
- To choć, potowarzysz mi, umówiłam się z przyjaciółką.
- Czemu nie? - uśmiechnąłem się.
Gdy tak szliśmy ulicą, a ja jeszcze raz spytałem o tego Luk'a ona znowu się rozkleiła i zaczęła o nim nawijać całą drogę. Słuchałem w skupieniu. Musiałem zdobyć jej zaufanie i sympatię, tylko tak mogła mi oddać naszyjnik...
- Wiesz co? Pomogę ci - spytałem nieoczekiwanie.
Zaskoczona zerknęła na mnie.
- Znamy się parędziesiąt minut, a ty chcesz mi pomóc w ratowaniu związku?
Wzruszyłem ramionami.
- Czemu nie? Lubię pomagać ludziom - gładko skłamałem. Ale raz kozie śmierć.
- No nie wiem... - mruknęła.
- Zobaczymy - mrugnąłem do niej i w tej chwili na horyzoncie pojawiła się Anabeth. Nie widziała mnie bo stała odwrócona tyłem. W tej chwili zrozumiałem, że jeśli powie ona Mii o tym kim jestem to na pewno ją do mnie zniechęci....
- Dobra, nie będę wam przeszkadzał w spotkaniu - powiedziałem szybko - Zobaczymy się jutro.
- Gdzie mieszkasz?!- krzyknęła jeszcze za mną gdy odchodziłem.
- Znajdę cię - odkrzyknąłem i szybkim truchtem skierowałem się nad rzekę.
(Julka znając życie wolę cię uprzedzić, zanim napiszesz. Nie oznajmiaj Mii kim jest Luc bardzo cię proszę xDD)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz