środa, 3 grudnia 2014

Od Michaela

 Wróciłem podłamany do mojego dotychczasowego miejsca zamieszkania. Załamany rzuciłem plecak ze szkicami i podstawowymi rzeczami potrzebnymi do życia pod ścianę i westchnąłem.Gdzie iść? Do Niny? Nie.. Ona miała swoje zmartwienia i problemy, nie chciałem jej się narzucać Do Bronxa? Nigdy! Ostatnio pokłóciliśmy się i to dosyć poważnie. A Mel...? Ech.... Mimo że między nami nie było najlepiej, musiałem z kimś pogadać...
  Wygrzebałem w plecaku jakieś trzy złote, które zostały mi z ostatniej sprzedaży... Tak... Na obwarzanka starczy...
 Ale idąc tak na rynek i wstępując na rynek zaparłem się. Obwarzanka?! Życie mi się rypnęło, ciotka z domu wyrzuciła, ze budy do której zresztą już nie chodzę też za niedługo wylecę... A mi się zachciewa - obwarzanka?! Poczułem nagłą ochotę przełamania swoich zasad. Po prostu.. Dość tego spokojnego życia pod kapciem ciotki i utrzymywaniem domu. Mi też się coś od życia należało...
  To był impuls. Gdy sprzedawca schylił się po jakiś towar dla klientki kupującej przede mną, wyciągnąłem rękę i.... - już miałem w rękach szlugi biegnąc ile sił w nogach w stronę rynku. Czułem dziwny ścisk gdzieś  w duszy... Czyżby sumienie??
Miałem ochotę natychmiast zawrócić i oddać sprzedawcy te szlugi, tym bardziej iż nikt za mną nie krzyczał ani nikt mnie nie gonił...
Ale natychmiast jakiś nowy, nieznany mi dotąd głos warknął w głębi czaszki
- "Przestań! Nic nie będziesz oddawał! Należy ci się to od życia!!"
I posłuchałem go.
Wyciągnąłem jednego i zapaliłem. Ale ten dym był jakiś dziwny.... Trujący i toksyczny. Zaszkliły mi się oczy, bynajmniej nie z braku w prawy w paleniu. Tu chodziło o coś więcej... Zawsze chodzi o coś więcej...
Jak robot dotarłem w końcu do straganu Mel. Takiego pustego w środku, załamanego życiem z już czwartym petem w ustach zastała mnie przyjaciółka. Popatrzyła na mnie bez słowa i podsunęła zwykłe pudełko po piwie.
Palcami zmusiła mnie, bym wzrok utkwiony w podłoże przeniósł na nią.
- Mów - rzuciła jedno słowo i wylało się ze mnie wszystko. Cały ten żal który nagromadził się z powodu ciotki która okazała się matką, z powodu ojca który ją zgwałcił i podejścia tej pierwszej do mnie.. Nie radziłem sobie z tym wszystkim. Mówiąc i na przemian paląc, wygrzmociłem całą paczką. Odetchnąłem głęboko i na koniec dodałem.
- A te  szlugi ukradłem - po czym rzuciłem puste opakowanie na ulicę.
Melania ze stoickim spokojem podniosła je po  czym wyrzuciła do kosza, oddalonego od nas parę metrów. Zrobiło mi się wstyd i popadłem w jeszcze większe przygnębienie.
A ona złapała mnie za rękę i szepnęła.
- Będzie dobrze. Uwierz. Czuję, że idą lepsze czasy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz


Gada teraz: