Patrzyłem bez wyrazu na budynek. Robiłem to tyle razy, że byłem w to doskonale wprawiony. Mimo to ryzyko za każdym razem było ogromne. 99 % że mnie złapią.
Nie zrażony tymi niezbyt uroczymi myślami popatrzyłem na Oliviera i Maxona.
- Gotowi? - mruknąłem.
Obaj potaknęli głową. Olivier - mój dobry kumpel - był już w to wprawiony. Siedział w tym "biznesie" chyba tyle lat ile ja. Mimo tego widać było po nim, że się denerwował - tego uczucia nigdy nie dało się pozbyć niezależnie od wprawy i doświadczenia.
Zerknąłem na Maxona. On wydawał się totalnie spięty. Drżał lekko i przygryzał wargę. Robił to chyba trzeci, lub czwarty raz. Trochę mu współczułem. Moje pierwsze razy też były ciężkie.
Westchnąłem cicho i wyrzuciłem niedopałek. Zerknąłem na zegarek. Za dwie minuty dwudziesta druga. Właściciel zadowolony i pewny siebie, chyba lekko podpity wyszedł ze sklepu w towarzystwie jakieś smukłej blondyny.
To był dla nas znak.
- Jak to ustaliliśmy. Maxon na czaty. Oliver ze mną do środka.
Znów nerwowo skinęli głową. Mogliby się odezwać... Chociaż nawet mi przy tym stresie z trudem przychodziło mówienie.
Postanowiłem być prawdy. Dość tego strachu! W końcu na "akcji" byłem już któryś raz z rzędu... Nie ma się czego bać! - mruknąłem do siebie na końcu bez przekonania, zatarłem ręce i zabrałem się do roboty.
Facet odjechał. Zamknął drzwi nieostrożnie tylko na jeden zamek. Nawet nie założył krat. Tym lepiej dla nas.
Z uśmieszkiem zadowolenia zacząłem się podkradać. Nasunąłem na twarz kominiarkę, a na ręce rękawiczki, po czym ruszyłem przed siebie. Słyszałem za sobą ciche stąpanie chłopaków. Tak jak ja byli już wyszkoleni w skradaniu - chociaż Maxon... No cóż mógłby się jeszcze postarać.
Dotarłem pod rozłożystą choinkę i zatrzymałem się. Zerknąłem przez ramię na chłopców. Też się zatrzymali.
Teraz był chyba najtrudniejszy punkt wyprawy. Trzebabyło niezauważonym dostać się do sklepu. A zawsze jakiś starszy pan mógł przecież przechodzić ulicą, albo głupia małolata wybrała się na sentymentalny spacerek. Trzeba było być ostrożnym.
Nabrałem powietrza w płuca. Teraz.... Albo nigdy.
Puściłem się szybkim truchtem przed siebie i już po chwili byłem pod drzwiami. Nie chciało mi się wyciągać sprzętu do łamania zamków. Wystarczył mi poręczny łom, który dziwnym trafem leżał niedaleko drzwi.
Podniosłem go i dałem Olivierowi. On najlepiej znał się na pokonywaniu pierwszej przeszkody.
Maxon został w tyle. Stał na czatach. Chyba na nim ciążyło najbardziej odpowiedzialne zadanie. Musieliśmy mu też zaufać. Równie dobrze mógłby od razu uciec gdyby zobaczył gliny, a nie wracać się by nas powiadomić. Jednak dobrze wiedział, że potem mogłyby się dziać nieprzyjemne rzeczy, gdybyśmy się spotkali...
Drzwi się uchyliły, alarm nie zawył. Co za kretyn z tego właściciela, nawet się porządnie nie zabezpieczył..
Olivier rozsunął plecak, a ja szybko podszedłem do pułki z tytoniem. Mieliśmy mało czasu.
Zacząłem wrzucać paczki do plecaka, gdy nagle usłyszeliśmy bieg i wrzask Maxona.
- Gliny!! Zwiewamy!!
Olivier zaczął szybko zapinać plecak, lecz ja nie mogłem się powstrzymać i złapałem go za rękę.
- Czekaj chwilę...
- CO TY ROBISZ?! - zaczął krzyczeć gdy zobaczył, że wrzucam kolejne paczki - Złapią nas!!!
Wyprawnym ruchem wrzuciłem ostatnie sztuki i zasunąłem plecak. Zarzuciłem go sobie na ramię i puściłem się biegiem przepuszczając przed sobą Oliviera. Maxon był już daleko w przodzie, a gliny za nami...
Nie wiedziałem czy zdążymy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz